Spotkania polityki i narracji, onuc i opatrzności, gówna i wiatraka.
RSS
poniedziałek, 06 marca 2017
 

Tempo w jakim toczy się życie kluczowych dyplomatów Europy przyprawia zwykłych śmiertelników o świerzb. Rano Waszczykowski o mało nie strzelił sobie w łeb: z samotności, od zakulisowych drwin kolegów, z powodu wielkiego brzuszyska, które wyrosło mu wskutek wyboru Wielkiej Brytanii na głównego sojusznika RP w Unii Europejskiej, demontażu Trójkąta Weimarskiego i innych namacalnych dowodów, że Waszczykowski jest zwykłym ćwokiem, tyle że z grzywą. Nie ma w tym oczywiście nic szczególnego, ćwokiem, i to jakim, był też Jaki, Szyszko, Maciora, Radziwiłł, ale Waszczu czuł tego poranka, że tyle w nim zmysłu dyplomacji i myślenia strategicznegio, ile gwałtownych zwrotów akcji i nagłej zamiany ról w życiu płciowym prezesa. Dlatego postanowił zjeść coś jeszcze, a potem defitywnie z tym wszystkim skończyć.

Jakże małej wiary był człowiekiem! Już pół godziny później zadzwonił telefon i Waszczu leciał Emirbayerem do Brukseli spotykać się z odpowiednikami z Grupy Wyszegradzkiej i krajów Beneluksu. Już nad powłoką ciężkich, wiosennych chmur, postanowił zjeść coś jeszcze (eskalopki z cielęciny, serniczek) i definitywnie zająć się wymyślaniem strategii na przeforsowanie kandydatury Saryusza-Wolskiego:

-- Dobrze tak lecieć Emirbayerem, przynajmniej nie pieprznę w drzewo. 

 

Minister spraw zagranicznych Belgii, Didier Reynders, przysłał bardzo uprzejmą notkę, że gdyby wcześniej dowiedział się o staraniach Polski o opuszczenie Platformy na przystanku Polska, nie udawałby się akurat dzisiaj z wizytą do Konga, niegdysiejszej kolonii Królestwa Belgii, tylko pojechał tramwajem konnym do Parc de Laeken, nawóz koński osobiście zbierałby do płóciennego worka i "podsypał pod pieczarki" jeszcze tego samego wieczoru, kiedy nawóz "ciagle dymi". Notatka, jak to w dyplomacji europejskiej, nie powinna dawać się rozumieć dosłownie, ale Waszczykowski odniósł nieprzyjemne wrażenie, że tym razem jest odwrotnie. Reynders najwyraźniej postanowił jednak przysłać kogoś  w zastępstwie, bo swoje uczestnictwo w rokowaniach przy Rue Stevin 139, w budynku ambasady RP, w którym niedyś mieściła się dyrekcja generalna Poczty Belgijskiej, zapowiedział Czarnecki. 

 

W przeddzień rokowań, które przeszły do historii jako Rozrachunki na Poczcie, Waszczkowski spał krótko, spryskał się wodą kolońską Emporia Armani City Glam sięgnął po odzież i stwierdził, że się w nią nie mieści. Zdesperowany poleciał do Health City Louise, fitnessu dwie przecznice od ambasady. Niczego to oczywiście nie zmieniło i Waszczkowski małodusznie rozważał w szatni, na drewnianej ławce, żeby tym razem rzeczywiście coś z tym wszystkim zrobić. Obok Waszczu zasiadł człowiek w jeszcze gorszej sytuacji, nie tylko z podwójnym podbródkiem, ale zgoła z drugą twarzą, i oczkami umieszczonymi tak daleko z tyłu za wubrzuszeniami policzków, że równie dobrze mogłyby uchodzić za rany postrzałowe, co zresztą nie było zupełnie wykluczone. Co jednak najdziwniejsze, człowiek ów wbił się jakoś w koło ratunkowe z basenu, którym dysponował wszechstronny fitness center:

-- Kisljak, ambasador ektraordynaryjny i plenipotentny. Witold Bogusławowicz, niech się pan nie zamartwia, po prostu niech pan się na przyszłość wystrzega eskalopków, można ich zjeść tonę i nigdy nie jest dosyć. Serniczek po prostu w ogóle pomińmy. Kiedy mnie się zdarza nie mieścić w odzież, a obowiązki naglą, nakładam koło ratunkowe, przyrzucam się szlafrokiem, jakim dysponuje każdy szanujący się hotel, wszyscy myślą, że po prostu nie umiem pływać. 

-- Jest pan człowiekiem nader bywałym, Siergiej Iwanowicz, a rosyjska dyplomacja należy do najlepiej zorientowanych, proszę mi powiedzieć, co to oznacza jeśli dyplomata belgijski sugeruje, że podsypie pieczarkom nawozu?

-- Dymiącego? 

-- Z płóciennego worka. 

-- Znaczy, że nie przyjdzie, ale to nie jest pański najważniejszy problem, Grupa Wyszegradzka też się nie stawi, będzie natomiast Szczerski. 

 

Napięcie przed kluczowymi rokowaniami na temat przyszłości Europy było tak wielkie, że Waszczykowski nie tylko, że nie zapytał skąd Kisljak wiedział o eskalopkach i otczestwie Waszczykowskiego, ale i o to dlaczego Kisljak, w końcu ambasador Federacji Rosyjskiej w Waszyngtonie, sprawca upadku Doradcy Bezpieczeństwa i Prokuratora Generalnego USA, ciągle w kole ratunkowym z napisem Health City Louise, uczestniczy w rokowaniach, a nawet je, rzec można, zagaja:

-- Panowie, zachodzę w głowę i za nic nie mogę sobie przypomnieć, co mamy negocjować, ani co nas łączy. Gdybym się jąkał, co w dyplomacji rosyjskiej po prostu nie uchodzi, pomyślałbym, że chodzi właśnie o to, ale pan Waszczykowski jest przecież jedynie tłusty i jest ćwok. Gdyby chodziło o konieczność przywdziania koła ratunkowego, to to z kolei wykluczałoby pana Szczerskiego. Ale wszedłszy między morza, trzeba ABC. 

W istocie, po stronie Grupy Wyszegradzkiej, Beneluksu i rządu RP, nie jąkał się tylko Waszczu:

-- Może jest pan gospodarzem tych rokowań, Siergieju Iwanowiczu? 

-- W istocie, łączy nas w końcu interes ruski. Powiem wam koledzy szczerze,  sprytnie to wykombinowaliście, żeby zamiast na Nowogrodzkiej, spotkać się w Brukseli. Jeśli zdobędziecie pozwolenie prezesa na wycieczkę do Waszyngtonu, będziecie mogli przebudować również porządek transatlantycki. Byleby wam tylko nie przyszło gwałtownie zamienić się rolami. 

 

 

 

 

07:57, balsamlomzynski
Link Komentarze (9) »
wtorek, 28 lutego 2017

 

 

Poseł europejski Saryusz-Wolski odczuwał wiosenne zmęczenie bardziej, niż zwykle. Czy to z powodu rosyjskich machinacji, czy to z powodu świadomości, że pieniądze nie dają dostatecznie dużo szczęścia, w każdym razie nie w ścisłym tego słowa znaczeniu, czy to dlatego, że stan zapalny w jednym z kluczowych organów posła przeradzał się w niekontrolowany podział komórek, w każdym razie, przyszłość Europy zdawała mu się teraz mniej istotna, niż to, by udało się zdobyć rezerwację w Il Pasticcio. A jeśli miało się nie udać, to żeby kolejka nie była za długa. Domowe proseco, które obsługa podawała oczekującym, ostatnimi czasy przyprawiało europosła o delikatne kłucie w sercu, przedwczesną nieostrość widzenia, a wieczorem, wracało, jako zgaga i kaszel, na siłowni, do której chodził nie tyle dla kondycji, ile na rehabilitację, zleconą przez lekarza wiele lat temu. Można powiedzieć, choć oczywiście nie powinno się, że to właśnie pilne przestrzeganie zaleceń lekarskich przyczynić się miało do zguby jednego z przyzwoitszych ludzi niedawnej przeszłości. 

W jeden z takich dni, kiedy wszystko traci znaczenie, podczas mozolnych ćwiczeń, poseł europejski uległ drobnej i niewinnej w sumie pokusie, na którą prasa francuska prychnęłaby z pogardą, ale jako że Wolski pochodził z zasranego kraju, poczuł się jak śmieć. Tydzień później, do jego stolika w Kanarku (Il Pasticcio, gdzie kręcili się asystenci i asystentki europosłów, nagle przestało wchodzić w grę) przysiadła się obywatelka o krzywym i ciastowatym pysku: 
-- Que faisons-nous avec ces images putain? 
Co znaczy, mniej więcej: Do takich rzeczy opozycja totalna wykorzystuje siłownię? 
-- Mówię też po rosyjsku. 
-- Wszyscy mówimy po rosyjsku, ale pański przyszły prezes nie znosi tego języka. 
-- Nie każcie mi się wypowiadać o Krymie, każdy się zorientuje, że jestem szantażowany. 
-- Pies jebał Krym, panie pośle, powie pan, że Trumpem nie powinno się straszyć Europejczyków. 
-- Tylko tyle? 
-- Oczywiście, że nie, pies jebał Trumpa, oczekujcie, pośle Saryusz-Wolski, dalszych instrukcji.

 

23:46, balsamlomzynski
Link Komentarze (34) »
Zakładki:
Obowiązkowo
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne