Spotkania polityki i narracji, onuc i opatrzności, gówna i wiatraka.
RSS
piątek, 31 października 2014

 

 

 

 

Wszystkie obietnice polskiej prokuratury okazały się niewarte funta kłaków i listopadowym świtem po Polańskiego ruszyły amerykańskie oddziały wyspecjalizowane i nasze nienadzwyczajne.
Reżyserowi stanęły przed oczami najczarniejsze wspomnienia, dlatego nie czekając na pomoc prawną, opłotkami przemknął ze staromiejskiego hotelu do przyjaźniejszych, jak pamiętał z przeszłości, okolic, gdzie spodziewał się schronić. Z wyglądem, który go natychmiast zdradzał, nie mógł zaspokoić pragnienia, nie mówiąc o głodzie, włóczył się tedy ciemnymi ulicami z wyrwanym przez bufetową asfaltem i odsłonięta kanalizacją, zaglądając do okien na niższych piętrach, w poszukiwaniu kogoś, kto da coś zjeść zanim całkiem zdradzi. 

Tak się składa, że posłanka Sobecka, nie mogąc znieść hotelu sejmowego, gdzie nie mogła być sobą, wynajmowała mieszkanie na Smoczej. Akurat wyszywała nazwiska na dużym gobelinie dla Rydzyka, do tak zwanej kaplicy pamięci. Polański rozpoznał parę nazwisk dobrych ludzi, pomyślał, że ma do czynienia z typowym dla polskich katolików filosemityzmem, przetarł szybę rękawem, zapukał, pokazał posłance zmęczoną i bladą, ale jakże znaną twarz: 
-- Niech mnie pani wpuści. 

Posłanka w życiu nie widziała żadnego filmu Polańskiego, ani jego samego. Tego jednak wieczoru, wyszywając nazwiska na czarcie zapotrzebowania Rydzyka, nie mogła jakoś uciec od rozważań, że życie bez miłości płciowej jest życiem zmarnowanym, zaś życie płciowe, które nie jest zgodne z najskrytszymi pragnieniami, jest, nie przymierzając, jak rydzykowa kaplica pamięci. Szepnęła nawet coś w rodzaju modlitwy: "Spraw, Boże, bym się chociaż przekonała, co straciłam".
Zobaczywszy przemoczonego ulicznika, zabobonna kobieta uznała, że oto nastąpiła reakcja niebios na jej ciche wołanie. 


-- Nie będę dla pani ciężarem, w tym mieszkaniu jest szafa z podwójnymi plecami, wiem gdzie, jest tam nawet prowizoryczna łazienka, schowam się, proszę tylko przynosić wodę, chleb i choć raz w tygodniu kapustę, na szkorbut. 
Posłanka Sobecka zrozumiała, że przybysz zostaje na dłużej i zbaraniała z radości. 
-- Proszę się nie obawiać, zapłacę jak to się wszystko skończy. Oto mój zegarek, wart wiele tysięcy dolarów. Jestem bogaty. 
-- Niech się pan nie chowa. 
-- Nie mogę pani narażać. 
-- Możemy się za coś przebrać, na to samo wyjdzie. Jest Halloween, nikt się nie zorientuje. 
-- Najgorzej w takiej sytuacji byłoby zakłócać zwykłe wieczorne obyczaje. 
-- O tej porze zazwyczaj przemierzam z różańcem kilka stacji mojej domowej drogi krzyżowej. 
-- Ach, to świetnie, bo ja w pewnym sensie też, niech pani weźmie bicz i udaje rzymską kohortę, ja zaś przywdzieję prześcieradło i turban. 

Przebrali się ze zdumiewającą dla Sobeckiej wprawą. Posłanka miała w pawlaczu stary kask rowerowy, Polański wetknął weń jakieś pióra i farfocle, sporządził bicz z przewodów elektrycznych, pokazał jak nim zamaszyście trzaskać, sam założył turban z ręcznika i nagi do pasa ruszył chwiejnie z jadalni przez przedpokój, dźwigając na plecach ikeowe krzesło typu Börje: 
-- Niech pani bije, inaczej się zorientują. 
-- Nie chcę pana skaleczyć.
-- Ależ nie szkodzi. Proszę też koniecznie lżyć i wyzywać.
-- Ty judejski psie. 

Przeszli przez wszystkie pozycje Drogi, wiązali się nawzajem, krzyżowali i zamykali w ciemnicach, a uwolniwszy się, rzucali sobie w ramiona i nie tylko. Potem ona chciała nieść krzesło, on się zrazu nie godził:
-- Nie chcę stać na niczyjej drodze do prawdziwego szczęścia, ale proszę pomyśleć, jakie karkołomne wnioski musiałby wysnuć z takiego zachowania tutejszy episkopat?

-- Kij mu w Oko, bij mnie pan i znieważaj. 
 

Amerykańskie odziały przebiegły pod oknami Sobeckiej trzy razy, polskie cztery. Porucznik Pyza meldował nerwowo, że coś się na Smoczej dzieje, sierżant Peterson bardzo długo przyglądał się scenie przez noktowizor, na podnośniku i z zakrzywieniem, ale w końcu nie uznał zachowania kochanków za niezwykłe:

-- Ten z krzesłem bardziej przypomina Wajdę, niż Polańskiego, a ta chuda z pejczem to sprawa raczej dla Gądeckiego, niż dla sił specjalnych.

23:52, balsamlomzynski
Link Komentarze (46) »
wtorek, 28 października 2014

 

Hrabia Alexandre de Marenches, pomieszkujący na Wawrze i w willi na skarpie przy Cytadeli tłumacz i wydawca, był ostatnim francuskim szpiegiem w Polsce.  Macierzysta organizacja Alexandre, Direction Generale de la Securite Exterieure nie zadaniowała go starannie, a Alexandre nigdy nie zasypywał GDSE meldunkami.

Trudno, żeby było inaczej: hrabia miał odpowiedzieć na jedyne pytanie jakie pozostawało jeszcze dla Francuzów zagadką: Que possible la vie en Pologne, en particulier en Novembre?

Wszyscy szpiedzy francuscy pragnęli szpiegować w Ameryce, której szczerze nienawidzili, i którą kochali do szaleństwa, nikt nie chciał szpiegować w Polsce i w Belgii, które zwisały im do żywego, dlatego hrabia, w ramach zasadniczego pytania o możliwość cywilizacji w Polsce, szczególnie w listopadzie, zadaniował się sam.

Dla utrudnienia pracy naszym służbom wywiadowczym przez całe lata zawzięcie psuł reputację Wawra na Żoliborzu i Żoliborza w Wawrze, aż kiedyś znaleziono go pobitego w rowie w Ząbkach:
--Il n'a pas d'importance, ce qui compte pour moi est tout simplement pas à être retrouvé dans un fossé à l'extérieur de VarsovieCo znaczy mniej więcej: "Dobrze, że przynajmniej nie wywieźli poza Warszawę.”
-- Les dents ne sont pas à VarsovieCo znaczy: „Uzębienie nie znajduje się w Warszawie.”

Hrabia myślał zrazu, że gdzie indziej wybito mu zęby, a gdzie indziej go wyrzucono z samochodu, ale okazało się, że zębów nie utracił, a o bliskości stolicy nie mogło być mowy.

Alexandre de Marenches szedł wzdłuż rowu przez gęstą mgłę, której pochodzenia do dziś nie udało się ustalić, dotarł do stacji kolejowej, ujrzał niezwykłą osowiałość i wykluczenie, zapytał łysiejącego przechodnia z asymetrycznie rozłożonym ciężarem w dotkliwym, oburęcznym otorbieniu:
-- Czy to przynajmniej Tomaszów?
-- To aż Ząbki.
-
- Czy Ząbki to jeszcze pierwsza strefa biletowa?
-- Druga.
-- Pour dieu bon, od jak dawna?
-- Od 3 kwietnia 2012 roku.
-- Si récemment! Pourquoi?
-- Nie wiadomo, jest pan, hrabio, tak daleko od Warszawy, jak to możliwe.
-- Skąd pan wie, że jestem hrabią?
-- Wiem tylko, że ja nie jestem nim z całą pewnością.
-- Gdzie tu można coś zjeść?
Łysiejący przechodzień zaczął kręcić, opowiadał niejasno o darmowym transporcie publicznym i o tym, że Wawer jest jeszcze dalej.  

W restauracji San Marino przy Powstańców 25 Hrabia Alexandre de Marenches sporządził ostatni meldunek dla Direction Generale de la Securite Exterieure. W San Marino trwał właśnie plebiscyt  Korona Smakosza, który corocznie następuje dziesięć dni po GALA ZĄBKI FIGHT NIGHT. Meldunek, na którym GDSE zidentyfikowało okruchy specjalności zakładu, bananowca,  kończył się słowami: Vie à Varsovie est possible parce qu'il n'y a aucun moyen de vivre à Ząbki. Co znaczy, „Pierwsza strefa biletowa jest możliwa dlatego, że życie w drugiej jest nie do pomyślenia.”

 

20:20, balsamlomzynski
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2
Zakładki:
Obowiązkowo
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne