Spotkania polityki i narracji, onuc i opatrzności, gówna i wiatraka.
RSS
poniedziałek, 29 września 2014

 

Ida (2013)

 

W sezonie letnim, kiedy kwitły zawciągi, funkie i kurdybanki Marianna Leokadia Motylak zapomniała skoczyć z okna i raz jeszcze przyszło jej teraz doświadczać jesieni. Jesień warszawska, wbrew obiegowym opiniom, nie przychodzi znienacka, jest już bowiem zawarta w sezonie letnim i musi się jedynie uwypuklić, co czyni podczas palenia żarłocznym cięgiem w fotelu z wikliny, w deszczu wymieszanym z wiatrem, od którego ubywa złudzeń, co do kierunku upływu czasu:
-- Myślałam, że to ostatnia szansa, żeby bez jesionki.

Płaszcz Marianny Leokadii był skrajnie démodé i to poniekąd dlatego miała w minionym sezonie skakać.
Przez całe lato, znajomi Leokadii, z krwi i internetu, za pomocą herbaty i taniego piwa wymijali gastronomiczną bazę miasta, w której zasiadała teraz klasa posiadająca:
-- Mogę poprowadzić komuś dom, żadna praca nie hańbi, hańbi jedynie to jebane życie.
-- Będziesz, Leokadio, żyć z tłumaczeń reklam Citröena.
-- Citröen: creative technologie?
-- Lepsze, niż Audi: vorsprung durch technik.

Skoro już mowa o samochodach, ilekroć przechodziła obok zaparkowanego Porscha, wzrokiem zdrapywała mu lakier.
Siedzieli zatem paląc żarłocznie bez jednej jesionki w starej, relatywnie do tego co dzieje się na Zajączka róg Mickiewicza, knajpie:
-- Czy wiesz, że są już czerwone piwa?

Rozrost i pogłębianie się gastronomicznej infry Żoliborza Marianna Leokadia brała poniekąd za własny:
-- Wiesz dlaczego, nie skoczyłam latem?
-- Bo dzieci, Marianno, bo kochasz to miasto?
-- Bo to nie takie hop-siup, Stefanie. 

17:44, balsamlomzynski
Link Komentarze (3) »
piątek, 05 września 2014



 

 

Dowiedziawszy się, że na starość jej przepowiednie nie tylko, że się nie spełniają, ale czynią to z zatrważającą precyzją, Jadwiga S., przez przeciwników zwana Jadźką, a przez pisuczyków jędzą, postanowiła zupdateować nie tyle aparat poznawczy, którego używa się do przepowiedni, ale rzeczywistość, którą się do aparatu wkłada. Kiedy więc wbrew jej solennym prognozom, Tuska wybrali na habemusa, uderzyła się otwartą dłonią w czoło, aż odpadła warstwa pudru z okresu uwłaszczania się nomenklatury:

-- Przeklinam cię, rzeczywistości, na wieki przeklinam, i niniejszym prognozuję, że będziesz istnieć wiecznie.

I rozpoczęła pakować się na kataklizm. Zawinęła tomik ulubionych bredni w świeżą bieliznę, na szyję narzuciła wszelkie perłowe naszyjniki; puste już, okrągłe pudełka po biżuterii nałożyła jako nauszniki; zapasowe zęby umieściła w piórniku z ubiegłego wieku, piórnik umieściła w sztywnej walizce transatlantyckiej, walizkę zaś wzięła w dłoń i udała się na najbliższą stację metra, którą właśnie testowano przed oddaniem do użytku. 


Pociąg o jednoprzestrzennych wagonach popędził po torach ledwo tykając lśniących torów. Grała muzyka Brahmsa, specjalnie dobrana, by niweczyć gęstą żółć płynącą w żyłach tubylców. Dojechała na Mory w Ursusie w takiej wygodzie i w takim zachodnim przepychu, że jej krew stała się wolna on jadu, a Ursus zakrzywił się i wglądał teraz jak Mountrouge:

-- Wyczułam, że tak tu będzie, teraz pora na czas.

Wezwała klimatyzowaną taksówkę z niepalącym kierowcą mówiącym wyłącznie uprzejmości, pojechała na lotnisko, przepłynęła z walizką przez terminale jak lodowe tafle, wymieniła transgraniczne uśmiechy z obsługą pachnącą lawendą, wsiadła do pierwszej klasy dreamlinera. Z rąk uprzejmych aniołów piła Belvedere z domieszką Grand Marnier, na oparach żyta i kwaśnej pomarańczy doleciała do samiutkiego Paryża.

Ujrzała lepki syf i zmęczone kolejki we wczorajszych skarpetkach, nie wiedziała odkładnie gdzie jest, ale widziała, że przestrzeń udało się jej zhańbić ostatecznie. Zapytała w miejscowym, jak sądziła, narzeczu:

-- Gdzie zdies ja mogu naniat' zielieńkich cziełowieczkow?

-- Nie warto, madame, dla jednej nocy, wprowadzą się na stałe, zasrają dywany, ograbią z biżuterii.

-- Życzę sobie raz jeszcze być podbitą, nie dla waginalnych zachcianek, nawet nie pamiętam, gdzie dokładnie ona się znajduje, ale by pognębić czas.

-- To paryski hotel, madame, nie ruskie koszary.
-- To miny przeciwczołgowe, cher monsieur, a nie nauszniki. 

22:11, balsamlomzynski
Link Komentarze (45) »
Zakładki:
Obowiązkowo
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne