Spotkania polityki i narracji, onuc i opatrzności, gówna i wiatraka.
RSS
sobota, 29 września 2012

 

 

Ogarnięty typowymi dla tej branży egzystencjalnymi zawahaniami, Kołotko, właściciel wędliniarni, producent popularnych kiełbasek z koniny w połowie składających się z mięsa strusia, tego samego dnia kiedy miał zabiegać o serce swojej ukrainskiej służącej, Iriny, napisał również testatment:
-- Bogaty jestem, ale żyć dotąd nie umiałem.

Wędliniarz ów, człowiek podejrzliwy i nielubiany, sporządził ostatnią wolę wedle wzoru przygotowanego przez radcę Porczyka, a następnie umył się, ubrał w nowy zestaw bielizny, białą koszulę, czarny garnitur prosto spod igły i podkropił  się wodą kolońską Millesime Imperial po tysiąc sześćset złotych za butelkę:
-- Kropię się pierwszy raz. Żyć nie umiem.

Zamiast do sejfu, który znajdował się w gabinecie na parterze, włożył  testament do wewnętrznej kieszeni marynarki. Przed wyjściem na spotkanie z Iriną, położył się na chwileczkę na pięknej austriackiej otomanie. W południe następnego dnia, spał wciąż jeszcze.



Zobaczywszy męża leżącego uroczyście w biały dzień, w czarnym garniturze i ogromnych, czarnych pantoflach, żona Alicja, kobieta o niezwykłych, strusich proporcjach ciała, ucieszyla się niezmiernie, powiadomila córkę z pierwszego małżeństwa, zawołała doktora Kiereńskiego i księdza. Doktor sprawdzil pobieżnie szyjną tętnicę, ksiądz pokropił austriacki fotel stojący obok otomany, wszycy troje napili się kawy z kuchni i już dwa dni później odbył się cichy i niezwykle pośpieszny pogrzeb.

Alicja czekała dwa dni na telefon od plenipotenta zmarłego męża, plenipotent nic a nic, więc ona do plenipotenta:
-- Mecenasie, czy nie pora otwierać testament?
-- Nie mam go. O ile wiem, zmarły przygotowywał go w dzień śmierci. Jeśli nie ma w sejfie, proszę sprawdzić odzież, którą wtedy miał na sobie.

Dwa tygodnie później, doktor Kiereński i Alicja Kołotko, wówczas już na wpół oficjalni kochankowie, udali się na cmentarz miejski. Trawę podcięli łopatą, ziemię złożyli na płachcie, doktor odbił wieko, zapachniało melonem, mandarynką i lemonką, Kiereński wydobyl testament z kieszeni Kołotki, podał dokument Alicji. Alicja otworzyła kopertę przy świetle latarki:
-- Wszysto przepisał Irinie.

Oddała testatment doktorowi. Ten przeczytał i schował  na powrót tam gdzie go znalazł. Przyłożył wieko. Alicja tymczasem zemdlała i wpadła do dołu. Wspinając się na powierzchnię, doktor pociągnął za płachtę i ziemia osunęła się. Kiereński się chwilę zastanowił, a potem ułożył na świeżej ziemi plastry trawy.

Miesiąc później, w noc księżycową i zimną, Irina Prochorenko i doktor Kiereński, wówczas juz na wpół oficjalni kochankowie, podcięli trawę szpadlem, ziemię odkładali na zabezpieczoną dwiema deskami płachtę. Chwyciwszy Alicję za nogi i ramiona, przenieśli ją na bok, podnieśli wieko, doktor sięgnął pod połę narynarki, poczuł, że Kołotko ścisnął go straszliwie za nadgarstek:
-- Pochowano mnie mimo, żem żywy?
-- Kropić się nie umiałeś.
-- Co to mogło być?
-- Millesime Imperial. Udar i koma. 
-- Co zrobić, żeby się nie powtórzyło?
-- Aspirina raz dziennie, ryby morskie, ciepły klimat śródziemnomorski.

Wypowiedziawszy te rekomendacje, doktor  Kiereński, który sam żywił się byle jak, dostał zawału serca i osunął się na miejsce Kołotki.  Irina, która bywała dla wędliniarza pielęgniarką, z poczucia obowiązku pomogła mu wydobyć się na powierzchnię:
-- A co pan zrobił, pan Kołotko, kto kupi u Kołotko wędliny, jak czterdzieści dnie spędził w grobie?

Kołotko położył na świeżej ziemi plastry trawy i potem dwie noce i dwa dni jechał samochodem w kierunku ryb morskich i klimatu środziemnomorskiego.  Wynajął skromne mieszkanie w górach Sierra Nevada z ‘widokiem na góry Atlas’ w Maroko. Jadał ryby i patrzył na morze, ale  doskwierała mu samotność. Góry Atlas widział tylko raz, w dzień kiedy pałcił czynsz za sześć miesięcy z góry. Coraz częściej natomiast widział przez sen, jak lekarz wbija mu w ramie igłę z kroplówką, jak pielęgniarka w stroju białym jak śnieg podaje mu czarną kawę, a struś przynosi kiełbaskę z koniny. Kiedy godził się we śnie na kroplówkę, krew uchodziła z lekarza i zostawał po nim stetoskop; kiedy pił kawę, pielęniarka wylatywała wyjąc jak hiszpańska diablica przez okno; kiedy godził sie skosztować kiełbaskę, struś wyrywał mu z ręki nóż i podcinał sobie gardło.     

Jesienią następnego roku do miasta przybył turysta hiszpański, Salvador Jimenez de Amariga.   Zamieszkał w nalepszym hotelu miasta, nad niegdysiejszą wędliniarnią Kołotki, obecnie własnością braci Porczyk&Porczyk.

Nocą Salvador Jimenez podciął murawę szpadlem, ziemię złożył na zabezpieczonych dwiema deskami płachcie. Dokopał się do dna grobu. Nie było tam nikogo, jedynie wiadomość:

‘Cmentarz przeniesiono do lokalu Prawa i Sprawiedliwości’.

02:52, balsamlomzynski
Link Komentarze (15) »
wtorek, 18 września 2012

 


Dwudziestego dziewiątego września, mniej więcej wtedy, gdy koźlarz czerwony ostatecznie ustępuje pola niekszałtnej gąsce, w przedwojennym mieszkaniu w Alejach budziła się bliżej nieokreślona polska osoba fizyczna. Budzenie przebiegało fazami, bo stan osoby pod wieloma względami wskazywał na tradycyjne spożycie: była rozpacz w walącym jak młot sercu, było łomotanie pod czaszką, było nieporadne skradanie się ust suchych ku krawędzi pucharu; był wreszcie kompletny uwiąd niedalekiej przeszłości, podszyty strachem, że stało się coś strasznego.
Z drugiej strony, osoba doświadczała rzeczy niezwyczajnych: obustronne drżenie śródprzeponowe, pocenie się w trybie śluzowatym i gęstym, upiorna wysypka i rogowacenie skóry.

Niewątpliwie spożywano; pozostawało pytanie, co.

Osoba uświadomiła sobie, że nic nie wie i sprawdziła najnowszą prasę. Poza Amberem, nic się jednak nie działo. Prasa donosiła jedynie o ostatecznej śmierci nauki polskiej.

Osoba uświadomiła sobie gdzie jest łazienka, ale jak przyszło co do czego, nie wiedziała czy się odlewać na stojąco czy w przysiadzie. Czy można się dziwić, że w związku z powyższym porzygała się osoba do umywalki? Kiedy ociekając śluzem ujrzała swoje oblicze w jednym z kafelków, zapłakała gorzko, ale łzy pociekły po kostkach i osoba zdała sobie sprawę, że stoi do góry nogami. Kiedy powróciła do naturalnej konfiguracji, sytuacja nic a nic się nie poprawiła, bo okazało się, że obraz świata nie jest już wiernym, leninowskim odbiciem i odzwierciedleniem rzeczywistości, ale poszatkowaną mozaiką, jak w owadzim oku, albo jak na stu czteredziestu czterech ekranach wystaw elektroniki w sklepach wielkopowierzchniowych, co do których, podobnie jak do banków, osoba poczuła gwałtowną chęć ich opodatkowania:
-- Na bóg miły, dlaczego właśnie supermarkety i banki, a nie witryny internetowe i komórki?

Kiedy osoba wróciła na salonu, okazało się, że przy szklanej tafli jamnika, siedzi jak gdyby nigdy nic czysto wiejski ogór z pryszczem, piórami z połyskiem, oczami wołu, klatą po rekultywacji, naszyjnikiem ze szczerego złota, słowem, były funkcjonariusz intymny CBA, Kaczmarek, czy jakoś tak, w każdm razie agent Tomek. Oczka, które miał na wierzchu, wyrażały niewinność pacholęcia, a głos, którym się chętnie i obficie poslugiwał, przymilność pustynnego węża:
-- Witam waszą ekscelencję, cieszę się, żeście się ekscelencjo obudzili, pora teraz obudzić Polskę. Pozwoliłem sobie przygotować skromny pakiet startowy.
Osoba fizyczna spojrzała na jamnik. Agent ustawił na nim szklankę skoku pomarańczowego z lodem i linijkę białego proszku. Osoba gwałtownie wypiła napój:
-- Pan wybaczy, ale na chwilę się jeszcze położę.
-- To normalne, proszę się nie krępować. Pozostaję do usług waszej ekscelencji.
-- Proszę wybaczyć, ale co do ubiegłego wieczoru, to ja właściwie nie wiem czy on w ogóle miał miejsce.
-- Ani słowa więcej. Proszę się częstować.
-- A co to jest?
-- Sierść psa, który ekscelencję kąsał.
-- Ale co to?
-- Czysta feta. Grodzisk Mazowiecki, CBŚ 2006.
-- A skąd pan to ma, jeśli można wiedzieć?
-- Od wiceministra sportu w przyszłym rządzie waszej eskcelencji.
-- W rządzie? Czy to ma jakiś związek z wczorajszym wieczorem?
-- Coś mi się wydaje, że ekscelencja wzięła wczoraj pod powiekę kwas, a potem dwie, albo i trzy fifki huany. Nierozsądnie. Mógła sobie ekscelencja wybić fifką oko, gdyby było tam gdzie je planowano. Proszę przyjąć linijkę i wszystko wróci do normy.
-- Miałem pod powieką kwas?
-- Dietyloamid kwasu lizergowego.

Chociaż osoba nie miała pojęcia jak to się robi, wszystko poszło jakoś dziwnie sprawnie. Lewa dziurka prawy kciuk, prawą wdech po kostki; drugi kciuk, zator w prawej, wdech aż do uzyskania odrzutu w tył; powrót pewności siebie.
-- Niestety, nadal nie pamiętam czy byliśmy umówieni.
-- Naturalnie, ekscelencja nie tylko życzyła sobie mojej obecności, ale kazała od razu śledzić. Oto co usłyszałem: przyjedź rano ze sprzętem, z linijką fety do mnie prywatnie, od razu założymy sobie podsłuchy, zaczniemy kusić i rządzić.
-- Sobie założymy? Co miałem wtedy pod powieką?
-- Nic, ale na fazie schizowała ekscelencja tak, że to zupełnie inny był teleport.
-- Czy można zapytać dlaczego już teraz zwraca sie pan do mnie per ekscelencja? Nie ma przecież większości.
-- Zaraz po nominacji ekscelencja przeprowadziła mistrzowskie negocjacje. Będzie dwie trzecie, to już przesądzone.
-- Z kim negocjowałem?
-- Głównie z Januszkiem od Krzyża i z Padre Redemptore.
-- Co obiecałem Palikotowi?
-- To było na ucho, ale bardzo był zadowolony.
-- A Rydzykowi?
-- Koncesję i trzydziestoprocentowy udział w rynku telewizyjnym.
-- Maryjo, królowo Polski, gdzie ja miałem wtedy fifkę?
-- Ależ to się da zrobić. Redemptore zobowiązał się pokazywać boks.
-- Boks nie wystarczy na trzydzieści procent.
-- Kobiecy wystarczy na co najmniej dwadzieścia.
-- Kobity się będą bić?
-- Kobity i biskupi.
-- Mam nadzieję, że nie po mordach.
-- Kto ma ryja in corde, noster est. Nie będzie wiadomo, czy w ringu jest kobieta i to zapewni brakujące dziesięć procent. W sumie, to będzie teleturniej.
-- Ktoś się już zgodził?
-- Z praworęcznych Ryczan; z kozią bródką, Dydycz.
-- A z kobiet?
-- Ziobro zawsze dziwica.
-- Sam to chętnie obejrzę.
-- Widzę, że feta już działa.
-- Kolory wróciły do wnętrza zarysów rzeczy.
-- Czy ciągle kocha ekscelencja wszystkie żywe stworzenia?
-- Rozumiem, że na kwasie stan mojej osoby na to wskazywał?
-- Oświadczyła się ekscelencja prezesowi.
-- Szczerze, czy dla politycznych korzyści?
-- A tego to nie wiadomo. Jest wasza ekscelencja wytworem polskiej nauki. Pytania zdawała profesor Staniszkis, dane sumował profesor Domański. Niektóre pytania były niejasne, profesor Domanski jest człowiekiem skrytym i małomównym, okolice intymne nie są jego specjalnością i nie wiadomo czy tylko sumował, czy też ujmował.
-- Profesor używa obu tych działań?
-- Nie w tym samym roku sprawozdawczym.
-- A jakie pytania zadała pani profesor?
-- Za jaki powinien być techniczny, merytoryczny, pisowski premier wszystkich Polaków spoza świata polityki, z tytułem profesorskim, może kobieta, a może mężczyzna?
-- A kto przygotował materiały i podzespoły, z których mnie wykonano?
--  Profesor Binienda.
-- No to jak ja się wobec tego w noc poślubną pokażę? Profesor Binienda działa wyłącznie parametrycznie. Co wyprawiał ze skrzydłem wszyscy widzieli, cóż dopiero z okolicami intymnymi? Czy wiadomo jakie założenia odbiły mu tym razem?
-- To nie ma to znaczenia. Na noc poślubną proszę przygotować knedle z kapustą, kiszkę ziemniaczaną, prezes niczego innego nie będzie żądał. Zapewniam ekscelencję, że do północy się uspokoi, a jeśli nawet, proszę pamiętać, żeby po pierwsze nadstawiać usta. Są najmocniejszą stroną ekscelencji.
-- Tego poranka nie byłem pewien czy posiadam usta.  
-- Niekompletność ciała jest dla prezesa podnietą.

 

21:42, balsamlomzynski
Link Komentarze (56) »
Zakładki:
Obowiązkowo
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne