Spotkania polityki i narracji, onuc i opatrzności, gówna i wiatraka.
RSS
środa, 15 września 2010


Fiodor Filipowicz Pawluczkin jeszcze przed udaniem się na nocny spoczynek zbatożył bratanka, Kostię Mikołajewicza, wydziedziczył jego siostrę, Larysę Mikołajewnę, a woźnicę Potapowa kazał wlec za końmi, czego nie wypełniono tylko dlatego, że Potapow sam musiałby wtedy powozić.

Wszystko zaczęło się od tego, że brat Fiodora Filipowicza, Mikołaj Filipowicz Pawluczkin, typ dosyć nędzny, ale obywatel ziemski, zrobił znaczny dług karciany,  a wpadłszy w desperację, uciekł się do czegoś, co nazywał „całkowicie honorowym fortelem”, a co w końcu okazało się zwykłym oszustwem. Zamiast się odegrać, został przyłapany, doszło do naruszenia honoru w nader przykry sposób, wyznaczono termin i miejsce pojedynku, o świcie, trzy wiorsty od Putliszek, koło nowopryłuckiego hutoru.

 

Nikt sobie nic z tego nie robił, bo jeszcze przed śmiercią, znany z gadatliwości służący Mikołaja Filiopowicza, Prohorycz, wygadał przed całym miastem, że jego pan w ogóle nie zamierza się pojedynkować, pragnie jedynie przybyć na wyznaczone miejsce i w „sposób nader godny” naświetlić nieporozumienie, które zaszło „z powodu okoliczności, o których nie wypada mu mówić, ponieważ uwikłany jest w nie honor kobiety, prawdziwej, a nie tylko wydumanej artystki, której przybycie nasza gubernia, gdyby miała odrobinę smaku i wykwintności, uznałaby za niekłamany zaszczyt”.

 

Przygotowując się do godnego stawienia się na miejscu pojedynku, Mikołaj Filipowicz zamknął się w wozowni, żeby się zapoznać z obsługą broni. Jednak oglądając pistolety, strzelił sobie w pysk, a że trzymano tam jakieś niezabezpieczone prochy, naftę i oleje do smarowania, cała wozownia i w ogóle wszystko w diabły wybuchło i zginęli wszyscy, łącznie ze służbą, pięcioma domownikami i rezydentami nieszczęsnego ziemianina. Zginęła również Zofia Iwanowna Mokryszko, która podająca się za daleką kuzynkę Mikołaja, i „dosyć znaną stołeczną śpiewaczkę”,  twierdziła, że do Putliszek przybyła „wyłącznie w drodze wyjątku” by „zarazić gubernię olonecką atmosferą Petersburga”. Zaraziła, w jakiejś mierze, bo gdy sprężone gazy eksplozji dotarły do jej pokoju na piętrze, straszliwy podmuch wyrzucił ją przez dach. Sąsiad, Mituczkin, który ją całymi dniami podglądał, twierdził, że w momencie wybuchu była całkiem naga, że ćwiczyła arię rusałki z modnej wtedy opery, właściwie operetki  „Przemożna miłość” i śpiewała jeszcze na wysokości pół wiorsty.

 

Nie była to jedyna korzystna dla Putliszek okoliczność, jaka wynikła z tej tragedii, dowiedziawszy się bowiem o śmierci brata, Fiodor Filipowicz strasznie zbladł, pod skórą przesunęły mu się jakieś kości i wyglądał jak koza Mituczkina, która co i rusz właziła na teren Pawluczkinów by smutnym i przerażonym wzrokiem patrzeć na wszystko, co się u Fiodora Filipowicza działo.  A działy się rzeczy niezwykłe, bo, o dziwo, Fiodor Filipowicz złagodniał, co niektórych, tych naiwniejszych, ucieszyło, chociaż przecież z takiego łagodnienia nigdy nic dobrego nie wynika.

 

Szeroka publiczność naszego miasta nie mogła się wprost tej zmianie nadziwić, ponieważ Fiodor należał do tego dziwnego typu, dosyć zresztą u nas rozpowszechnionego, który wprawdzie będąc zupełnie pozbawiony wszelkiego wyuzdania i chciwości (pieniądze go w ogóle nie interesowały, a jak je dostał to używał ich jak ptaszek, po jednym ziarenku), to jednak nikczemnego i w dodatku zbzikowanego (ilekroć mówiono przy nim o „tych rzeczach”, zatykał uszy).  Nie można przy tym powiedzieć, że brakowało mu rozsądku, ale miał go tylko w sprawach honoru i sprawach narodowych, nigdy w robieniu interesów, w której to dziedzinie był po prostu jak dziecko, podobnie zresztą jak jego starszy, nieżyjący już brat. Można więc powiedzieć, że rozsądku brakowało Fiodorowi Filipowiczowi wyłącznie na sposób narodowy, właściwy całemu naszemu ówczesnemu ziemiaństwu.

 

Łagodność trwała nie dłużej niż miesiąc, do przyjazdu matki Fiodora Filipowicza, Marii Ignatiewny, która będąc obłożnie chora przebywała dotąd w Szwajcarii.  Była to kobieta wysoka, sucha, żółta, o twarzy długiej i nieco końskiej, która kazała się do siebie zwracać „generałowa”, chociaż jej zmarły mąż, oczywiście Filip, był ledwie skromnym urzędnikiem kolejowym na jakimś nieistotnym węźle pod Mińskiem, przez który wówczas przewożono wyłącznie drewno i bawełnę. Miał jednak mundur i jakąś broń, kiedy więc zaczęła się wojna ojczyźniana 1812 roku, wziął udział w potyczce i stracił palec. Francuzi zostawili go potem na stanowisku, a nawet dali mu podwyżkę i dom po jakimś rosyjskim patriocie, nic więc dziwnego, że gdy Francuzów wyparto, mąż Marii Ignatiewny zniknął gdzieś, a potem zmarł w odległej guberni. Wkrótce potem stał się jednak w oczach Marii najważniejszym obrońcą naszych zachodnich rubieży, który poniósł „ofiarę krwi, a w końcu również i życia”. Potem mówiła o nim jako w ogóle o pomysłodawcy manewru Michaiła Iłłarionowicza Kutuzowa pod Borysowem, oraz jako o „na dobrą sprawę, generale.”


Największą osobliwością stosunku łączącego Marię Ignatiewną z synem było to, że pisywali do siebie nawet wtedy, gdy przebywali pod jednym dachem, czasem zresztą dwa razy dziennie. To właśnie pod wpływem tych listów, Fiodor na powrót zmienił się w gwałtownika, kazał służbie i domownikom rozpowiadać po okolicy, że gdyby zamiast gier karcianych uprawiono u nas krykieta, jak w Anglii, Mikołaj Filipowicz jeszcze by żył. Jeśli któryś z domowników czy rezydentów się z tą opinią nie zgadzał, Fiodor Filipowicz wydziedziczał i batożył.  Potapow, może dlatego, że był cham, miał wobec instrukcji Fiodora Filipowicza największe zawahania:

-- Gdyby nasi jedli też ślimaki, jak Francuzy, więcej by w lasach byłoby cietrzewia, ale przecież nie jedzą, bo dlaczego niby mieliby to robić i co to wszystko ma wspólnego z cietrzewiem? Rzecz w tym, że Mikołaj Filipowicz nie powinien był zaglądać do lufy naładowanego pistoletu.

Trudno się dziwić, że Potapowa chcieli ciągnąć za końmi.

 

Kostia Mikołajewicz, wówczas jeszcze gimnazjalista i jego siostra Larysa, jakiś czas sobie radzili, ale dziewczynę (która miała na względzie przyobiecane cztery tysięcy rocznego dochodu, jeśli znajdzie właściwą partię) pewnego dnia, przy obiedzie zgubiła nadmierna gorliwość:

-- Jest dziś, Kostia, piękna pogoda, czy zamiast siedzieć w stołowym, gnuśnieć i kształtować w sobie złe nawyki, nie powinniśmy, jak nasz świętej pamięci ojciec, Mikołaj Filipowicz, zagrać w krykieta?

 

Maria Ignatiewna zaczęła się dławić, Fiodor Filipowicz wprost zzieleniał, kości policzkowe wróciły mu na dawne miejsce i zaczął wydziedziczać. Larysa, utraciwszy nadzieję na rychłe zamążpójście, wyznała potem Kostii, że pragnie wziąć dwadzieścia pięć rubli w asygnatach, które zachowała na czarną godzinę i pojechać przed siebie, albo „po prostu rzucić się do rzeki”.  Kostia uzmysłowił jej, że Maria  Ignatiewna nie pociągnie długo (bywa, że cyniczne myśli rodzą się również w duszach szlachetnych, takich jak dusza Kostii, będąc zresztą wyrazem wszechstronności i zakresu owej szlachetności).

 

W każdym razie, od tego momentu, w domu Filipowiczów zapanował chaos. I to z tego zamętu Maria Ignatiewna wpadła na pomysł „godnego upamiętnienia” Mikołaja Filipowicza, szczególnie zaś jego zasług w krzewieniu „mądrej i pożytecznej wiedzy” o „historii naszej guberni i zaletach kultury fizycznej, pośród stale radykalizującej się młodzieży.” Usłyszawszy to Kostia odsunął od siebie jadło, jakby zamiast kotletów, podano kozie bobki:

-- Przecież on młodzież tutejszą batożył bez opamiętania, a Fiedkę Kostupowa praktycznie zakatował bez żadnego powodu.

 

Fiodor Filipowicz zabrał Kostię do czeladnej, obił mu tam pysk, a przy okazji ponownie skopał Potapowa.  Kostia zawziął się i w ogóle nie płakał,  jednak następnego poranka, kozę Mituczkina znaleziono z poderżniętym gardłem.

 

Tymczasem Fiodor Filipowicz, oczywiście pod wpływem matki, uwierzył w ogromną rolę brata w wyjściu rosyjskiego ziemiaństwa, przed którym stoją „określone zadania” ze zgubnego nałogu robienia karcianych długów i porachunków, dla których ukrócenia, Mikołaj Filipowicz wybrał „szlachetną śmierć”.

-- Nie zapominajmy też ile zmarły zrobił dla rozwoju szlachetnej rywalizacji zespołowej, opartej na tężyźnie, finezji i zmyśle taktycznym, tak istotnych przy pobiciu generała napoleońskiego, Henryka Dąbrowskiego, pod Borysowem.

 

„Upamiętnienie” stało się dla obojga obsesją, chociaż, a może właśnie dlatego, na wierzch wypływały rozmaite sprawki Mikołaja Filipowicza, łącznie z jego romansem z Zofią Iwanowną, która wcale nie była kuzynką, ani śpiewaczką, nago była owej nocy z zupełnie innych niż rola rusałki powodów, a w momencie wybuchu śpiewał Prochorycz , który wiedział, że jego pan zabawi w wozowni dłużej, niż się spodziewa. Naturalnie, nadal pozostaje tajemnicą, dlaczego Prohorycz śpiewał tak cienko.

 

Żeby ukrócić te nędzne plotki, Maria Igantiewna postanowiła wydać huczne przyjęcie, w którym uczestniczyć miało całe „nasze ziemiaństwo” i „postępowa część mieszczaństwa”, która „nie zatraciła jeszcze zdolności postrzegania spraw narodowych we właściwej perspektywie”.  Rozesłano też pewną ilość zaproszeń do „radykalizującej się młodzieży.” To właśnie jeden z tych, już zapewne całkiem radykalnych młodzieńców podsunął Fiodorowi Filipowicz myśl, że należy zainscenizować, „z zachowaniem stosownej historycznej wierności”, ale „bez poświęcania całokształtu moralnego wydźwięku tych wydarzeń” scenę odebrania mostu na Berezynie generałowi Henrykowi Dąbrowskiemu przez Filipa Pawluczkina przy asyście „jego nieletniego syna, Nikołuszki”.

 

Od razu było widać, że zamiast przyjęcia będzie katastrofa. Na bankiet przybyło znacznie więcej osób niż się spodziewano, część towarzystwa przybyła przed czasem i było to nader podejrzane towarzystwo, jacyś drobni kupcy z bardzo licznymi córkami ubranymi w perkalowe sukieneczki.  Dziewoje śmiały się, proszę zauważyć, niezwykle głośno, ale ich spojrzenia pozostawały czujne i wyczekujące. Wszyscy natychmiast domagali się by im wskazać drogę do bufetu, a kiedy im mówiono, że bufet otworzą dopiero po poranku literackim, rozlegały się dosyć niedwuznaczne okrzyki zniecierpliwienia.  

 

Wkrótce potem, sztabskapitan Lebiadkin brutalnie wdarł się w rozmowę Fiodora Filipowicza z pewnym generałem lejtnantem w stanie spoczynku (prawdziwe towarzystwo właśnie zaczęło się schodzić) i to właśnie wtedy, kiedy rozmowa schodziła, mimo oporów generała lejtnanta, na potrzebę upamiętniania „rzeczywistych bohaterów”:

-- Osobiście, jeśli upamiętniam, to wyłącznie Zofię Iwanownę Mokryszko.

I tu się jeszcze nader detalicznie wypowiedział o zaletach ciała Zofii Iwanowny; generał się zdumiał możliwościami rzekomej śpiewaczki, a Fiodor Filipowicz musiał zatkać uszy.

 

Uciszono nieprzystojny gwar i zaczęła się część artystyczna. Zamiast jednak spodziewanego odczytu na temat życia Mikołaja Filipowicza, na scenie ustawił się jakiś samozwańczy chór radykalnej młodzieży.  Co świetniejsi goście zaczęli podejrzewać skandal, a damy wprost bały się o swoje bezpieczeństwo. Chór odśpiewał, z szaloną powagą, nader patetyczną pieśń, z której wynikało, że Mikołaj Filipowicz nie tylko nie strzelił sobie w twarz, ale w ogóle nie tyle strzelał, ile splunął w twarz cynizmowi i zniechęceniu, które panoszą się w naszej guberni, a teraz jego ziemskie resztki, wymieszane z resztkami po Zofii Iwanownej, „śpiewają zza grobu” wezwanie do „czynnego wspierania sportów zespołowych i rekreacji nad wodą”, i inne takie niedorzeczności.

 

Im gorzej udawało się przyjęcie, tym bardziej zawzięci byli Maria Ignatiewna i Fiodor Pawluczkin, żeby godnie upamiętniać. Stół z trunkami stał się dla nich symbolicznym mostem nad Berezyną, od którego Maria (znacznie od syna postawniejsza) wespół z Fiodorem odsuwali nacierających mieszczan, a zdobywszy go (co nie było wielką sztuką bo szampan się właśnie kończył), zebrali huczne oklaski jakichś podejrzanych młodych ludzi, jedynych, jacy pozostali na sali. W programie były jeszcze sztuczne ognie, ale pewnemu dziewczęciu, którego nikt zresztą nie znał, przyszło do głowy by zaproponować kolejną, niedorzeczną inicjatywę:

-- Zamiast ogni sztucznych, powinniśmy, podobnie jak Mikołaj Filipowicz, w nadchodzącą miesięcznicę jego śmierci  symbolicznie wysadzić się, naturalnie dla efektu i przy użyciu sztucznych ogni, i w ten sposób upamiętnić i zwieńczyć wielkie dzieło nauczyciela rosyjskiej młodzieży i krzewiciela postępowych wartości.

 

Nie tylko mieszczaństwo, ale w ogóle cała gubernia zgodziła się na ten pomysł dziwnie skwapliwie, ale gdy nadszedł ów pamiętny wieczór, wysadziła się wyłącznie Maria Igantiewna z synalkiem, i to nie duchowo, tylko dosłownie, bo Kostia Mikołajewicz zadbał by zamiast sztucznych ogni użyto prochu, od czego zresztą wcale nie zapanował spokój, bo jakie jest nasze mieszczaństwo każdy wie, a nasza młodzież radykalizuje wyłącznie dla hecy.

 

 Zainspirowane  balem dobroczynnym u Julii Michajłowny z Biesów i opisem niektórych postaci w Braciach Karamazow.

 

 





19:41, balsamlomzynski
Link Komentarze (148) »
piątek, 10 września 2010


W ostatecznym rozrachunku wszyscy wielcy prezesi zostają sami, ale na prezesa spółdzielni Pokój samotność spadła paradoksalnie, jak francuski Żyd na rumuńskiego Cygana, jak kanar na pasażera tramwaju zjeżdżającego już do zajezdni, zgodnie z żelazną zasadą prostoty w ruchu tramwajowym i skarlenia w ruchu myśli francuskiej, ale wbrew logice serca i innych organów wewnętrznych. 


Spółdzielnia na poły pogrzebowa, na poły ekshumacyjna, którą prezes traktował jak własną spółkę córkę nie miewała się dobrze:  obroty wzrastały, ale po stronie personelu, społeczeństwo się starzało, ale jeszcze szybciej dziecinniało; wprawdzie mroczna nisza prezesa nie podlegała presjom globalizacyjnym i outsourcingowi, śmierć jednak taniała, powszedniała i podlegała zabójczej deflacji, a rząd, pragnąc eksploatować tych tylko, których nic już nie boli, obciął ponadto dodatek pogrzebowy.  


Niemłodego już działacza w jakiejś mierze gospodarczego trawił niepokój, z jego diety zniknęły warzywa i owoce, pojawił się złowieszczy salceson i nieobliczalna pasztetowa, sypiał słabiej, podejrzewał więcej, szczególnie we wtorki wieczór, kiedy od strony Gwiaździstej nadchodziło złowrogie dudnienie, a że tramwaje po Mickiewicza nie jeździły od miesięcy, prezes poczuł się w obowiązku przeprowadzić czynności wyjaśniające.


Zamiast do służebnych socjologów, których miał bez liku, małodusznie udał się do wróżki, a że zależało mu na kimś sprawdzonym, religijnym, wielodzietnym i z nieskazitelną przeszłością, trafił na księdza Isakiewicza, który pod pseudonimem T.W. „Niezapominajka” wróżył teraz z kart:

-- Księże Tadeuszu, jakże to?

-- Kościół się prezesie, kończy, nie znam się na miłosierdziu bożym, ani ludzkim, ale znam się na postkomunistach, jak oni się za Kościół biorą, znaczy, że to przesądzone, bo to historyczni determiniści, łapią się na procesy z dawna rozpędzone; dialektyk ze mnie, przyznam, żaden, ale im większa była wszechwładza Kościoła, tym bardziej sprośne nadejdą profanacje.

-- Czuję, księże, że popełniłem straszliwy błąd, przedwcześnie odwołując antykomunizm, można było jeszcze przez lata ekshumować.

-- Co się plotło to się nie odplącze. Sprawa przedmiotowa czy podmiotowa?

-- Że niby co, proszę księdza?

-- Biznes czy sprawy sercowe?

-- Jezusie Nazareński, jakie sercowe, broń panie boże. Biznes? Jakież tam ja znowu mogę mieć rozterki biznesowe, proszę księdza, sprawy narodowe, oczywiście że narodowe.

-- Przyszłość czy przeszłość?

-- Czyście zupełnie oszaleli, księże Tadeuszu, oczywiście, że przyszłość, przeszłość przecież znam.

-- Wróżba z przeszłości wyjdzie taniej.

-- A co wy mi tu po taniości, księże, jedziecie, chcę kształtować przyszłość, a nie zaoszczędzić parę groszy, przeszłość w całości poddaje się mojej wyobraźni, a pieniądze nie mają dla mnie żadnego znaczenia.

-- Karty mówią co innego: Źródła osobowe, oficer prowadzący, płaszczyzna pozyskania, TW „Kijanka”, na bóg miły, król wino na walecie żołędnym.

-- A cóż to za bzdury?

-- Czarne na czarnym, wina z żołędzi nie będzie, ale z waleta będzie laweta.

-- A skąd wy to niby wiecie, księże, a gdyby na ten przykład król żołądź był na damie wino, to co by to sugerowało?

-- Sugerowałby straszliwa nudę, kino francuskie, albo festiwal teatralny Malta.

-- Takie wróżenie kłóci się ze swą własną definicją, przyszły czas zdarzenia jest dla każdej normalnej wróżki towarem podstawowym i wy nad tym musicie, księże Isakiewicz, popracować. A wiecie przynajmniej kto mi śmierć tę zadaje, wrogowie? interwenci? zapaterzyści?

-- Spójrzmy w arkana większe: Lokal kontaktowy, pozyskanie stopniowe, odmowa współpracy, TW „Henryka”, rejestracja pozorna, tramwaj numer piętnaście. Jacy tam zapaterzyści, prezesie, kobieta, nasza, związkowa aktywistka, tramwajarka.

-- Tramwajarka? A jak zginę, czy otrują mnie w stołówce?

-- Spójrzmy w arkana mniejsze: Konsumpcja, koniak „Ararat”, butelka „Dżin”, szafa Leśniaka, pióro wieczne „Pelikan”.  Żeby być otrutym na stołówce, trzeba tam, prezesie, czasem bywać. A cóż tu ja widzę: Teczka pracy, wydział III, szeroki wachlarz środków operacyjnych, dwaj figuranci, dwie figurantki, jak na faszystów całkiem liberalne towarzystwo, giną w mękach, trzy dziesiątki, bez dzwonkowej, król żołędny z dwójką czerwień, czysty nonsens. Niedobrze, prezesie, wygląda na to, że się pan zawiesi.

-- Wróżysz księże z bardzo dziwnych kart! Arkana mniejsze i większe to są karty anielskie, władcy, diabeł i głupiec, a nie teczki.

-- Tarot, prezesie, jest dla podlotków, nie dla polityków historycznych.

-- No to sprawdźcie jeszcze, czy jest coś, co mogę zrobić, żeby zapobiec tragedii.

-- Może pan na jakiś czas, prezesie, unikać tramwajów.

 

Prezes długo myślał gdzie w Warszawie jest najmniej tramwajów i wymyślił, że pętla trzydziestki szóstki jest miejscem najpewniejszym. W latach siedemdziesiątych tramwaj ten jeździł z nadzwyczajną nieregularnością, w latach osiemdziesiątych strajkował, potem spotkał go uwiąd z rąk metra, a teraz dotknąła go przebudowa, który lepiej wypełniała znamiona wieczności niż wszyscy święci pańscy.

 

Ruszył prezes piechotą, znużony limuzyną o zaciemnionych szybach czyniących skuteczne okazywanie wyższości niemożliwym. Doszedł na pętlę przy Potockiej, gdzie kiedyś wszystko się kończyło i wszystko zaczynało, gdzie bohaterskie miasto do dziś stawia czoła architekturze czasu pogardy dla przestrzeni.  Siadł na ławce i patrzał na tę architekturę z lubością, bo to ona mu była bliższa, z niej wysysał ból niezbędny do eksploatacji mas ludzkich upychających właśnie ostatnie samochody, czasem kiepskie, ale stanowiące o awansie społecznym, na pękających w szwach parkingach pomyślanych za czasów gdy nieuchronność losu ludzkiego polegała na pieszych przemarszach z hal wypełnionych pustką i mrożonym mintajem, z obustronnie z ramion zwisającą torbielą, gdy najczystsze formy duchowego kontaktu człowiek osiągał we wnękach kuchennych, a fizycznego w tramwaju przepełnionym ludnością u swych podstaw cuchnącą. 


Siedział prezes na ławce pod wiatą z pleksiglasu opatrzoną w napisy i instrukcje, które od nieczytania zamieniły się w swoje przeciwieństwo; wąchał nocny zapach osiedlowej piekarni pracującej na okrągło dzięki porzuconym przez historyczne związki pracownikom i słuchał nienawistnego, ale bliskiego już teraz dudnienia. Siedział i się zapatrywał, trochę na krajobraz, a trochę na niewesołą przyszłość.  Starał się, żeby tramwaj nie tylko nie nadjechał, ale by jawił się jako czysta niemożliwość, podobnie jak pewna kobieta po ciężkiej ustrojowej transformacji:

-- Zaraz przyjedzie.

-- Sprawy tego rodzaju rozstrzygam we własnym gronie, droga pani. A trzeba pani wiedzieć, że ja wolę jak tramwaju nie ma.

-- Jeśli po alkoholu, to lepiej iść do domu, nic tu nie wysiedzi.

-- Proszę mi tu bez takich prosto z mostu, nie wychowałem się na podwórku, a pani jest tu tylko wytworem wyobraźni. A w domu mi coś strasznie dudni, to może być trzydziestka szóstka, a mnie znajomy ksiądz kazał unikać tramwajów przeszłości.

-- Z knajpy dudni.

 

W istocie, gdy prezes spojrzał ku pogiętym pawilonom z czasów schyłku myśli gierkowskiej, ujrzał jasną jak świetlana przyszłość placówkę gastronomiczną Coco de Oro, w której w każdy wtorek młodzież z pogranicza dwóch światów waliła w afrykańskie djembe obleczone w skórę wołu, w  latynoskie congi i kubańskie bongosy, dunduny z Gwinei, skromne cowbelle, tabla-bayany o trzydziestu dźwiękach podstawowych i dziewięciu głównych, przeszkadzajki agogo i upojne timbalesy typu matador.

-- A co oni tak walą?

-- Chcą przyspieszenia.

-- Osobiście uważam, że tak jak jest, jest dobrze.

-- Tramwaje będą luźniejsze, ludzie do czysta wymyci, życzliwi, uczciwi, w drogą konfekcję odziani, będą się kochać jak króliki. 

-- Miłość w trzydziestce szóstce?

-- Bębnią o piętnastkę.

-- Nie pozwolę na takie numery.

-- Piętnastka się wymknęła panu ostatecznie.

 

Bębnienie się wzmogło, a że rozmowa trwała za długo, dotyczyła wewnętrznych spraw spółki, i była dialogiem prezesa z jego własną kobiecością, zawieszenie pogłębiało się w sposób nieuchronny. Udał się jeszcze po poradę do przychodni na Szajnochy, gdzie siedział przedwieczny nocny portier:

--  O tej porze, panie, to się co najwyżej może ustawić, tylko do czego, tylko śmierć przyspieszy. Może do punktu pobrań?


Ale tam było napisane, że jest remont i pobrania są na Felińskiego. Poleciał chętnie, bo to w końcu jego prawdziwie rodzinne okolice. Tam, mimo ciemnej jeszcze nocy zastał trzydzieścioro osób czczych i niewsypanych, na wieki wykluczonych z enelmedu i medluxu, nieżyczliwych światu i małodusznie sięgających myślami do poprzednich czasów. Nie zapytał dumny prezes kto ostatni do pobrania, bo to było poniżej jego godności, a nic bardziej czczej kolejki enefzetowskiej nie wkurza niż cudza wyniosłość.
 Gdy przychodnię otwarto, ludzie chorzy, z których wielu doświadczyło przebłysku sprawności, zaatakowali punkt pobrań i kiosk rejestracyjny.  Gdy się spóźniony prezes zbliżył do personelu medycznego, wyśmiano go, a na zawieszenie zaproponowano zestaw prostych ćwiczeń gimnastycznych.


Uniósł ręce, oraz lewą nogę, napiął wątły mięsień brzucha i wygiął przeponę, a nie zaznawszy ulgi, zakupił jeszcze proponowane przez rząd dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne, dzięki czemu z sali usunięto zbędnych staruszków, których jęki w korytarzu bardzo podniosły standard prezesa.
 Praw determinizmu historycznego nie udało się odwrócić: bilis, gęsta, lekko zasadowa wydzielina wątroby, przeniknęła do cavum peritonealis, gdzie nastąpiło zwarcie. Prezes wypełnił jeszcze stosowny formularz, pogrążona w smutku rodzina pobrała skromny dodatek i zgodnie z ostatnim życzeniem, które tak właśnie powinno było brzmieć, rozrzuciła prochy nad pętlą wyrwanej utartym szlakom piętnastki, a z powodu mgły prochy zastygły nad pętlą, już jako gęsta i szkodliwa dla zdrowia zawiesina z prezesa.

 

 http://www.youtube.com/watch?v=8x8S5Mgimy0

 

 Rysunek („Bus Stop”): Paulina Maksjan

http://www.paulinamaksjan.pl/

 

 

 

 




08:21, balsamlomzynski
Link Komentarze (14) »
Zakładki:
Obowiązkowo
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne