Spotkania polityki i narracji, onuc i opatrzności, gówna i wiatraka.
RSS
poniedziałek, 09 lipca 2012

 

http://4girlsandaghost.wordpress.com/2011/02/24/ul-la-llorona-the-crying-woman/

 

Marianna Leokadia Motylak, piękna instruktorka wschodniej gimnastyki, żona głównego księgowego w znanej firmie konsultingowej, nie kochała już męża, mąż zaś nie kochał jej od lat z górą piętnastu.  Ostatnio dała się zauważyć zmiana w jej nastawieniu, bo w towarzystwie zaczęła przedstawiać się zgryźliwie:
-- Motylak, księgowawa.
-- Księgowa?
-- Księgowawa, żona księgowego, tak jak aptekarzowa czy inżynierowa.

Wzięła naturalnie kochanka, kochanek też. Można by zapytać, cóż w tym nadzwyczajnego? nie takie rzeczy się przecież ostatnio dzieją!  Rzecz jednak w tym, że kochanek kochanka był księgowym.

Odbywano pokątne stosunki, dzwoniono, komunikowano się, najpierw miłośnie, a potem, naturalnie, w trybie gróźb karalnych. W logice obiegu korespondencji pierwsza zorietnowała się Motylak. Zrozumiawszy, zaśmiała się fatalistycznie. Mnąc liścik z pogróżkami (“Jeśli nie podzielisz się ze mną pieniędzmi męża, będę zmuszony... a wtedy zgubieni będziemy oboje.”) obmyśliła prosty plan.

Nic nie dając po sobie znać, upalnego do białości wieczoru zadzwoniła i zaproponowała kochankowi sccrable, a także uiszczenie wymaganej szantażem sumy.  

Poszła na ulicę Promyka, gdzie kochanek mieszkał. W czwartym ruchu ułożyła słowo “prząśniczka”, a kiedy kochanek liczył punkty, napisała z jego telefonu esemesa do księgowego, wzywając go do stawienia się tej samej nocy (“kiedy wybije północ i ani minuty później”) i ze znaczną sumą pięniędzy (“pięćdziesiąt tysięcy i ani grosza mniej”).

W dziesiątej kolejce ułożyła: “nieśmiertelność”, a kiedy wszechstronny genitalista zapisywał punkty, zdzieliła go ciężką karafką z motywem myśliwskim. Przeciągnęła ciało do kuchni, odkręciał gaz, nastawiła ładunek z prostym zapalnikiem na 00:02, a oczyszczoną z odcisków karafkę ustawiła na półce w przedpokoju.
Plan był starannie obmyślany, ale na wszelki wypadek pobiegła przez działki nad rzekę ustanawiać alibi. Rozebrała się do naga, wykąpała, opróźniła pół butelki hawańskiej daiquiri i odczekała godzinkę patrząc na chudnący księżyc:
-- Znowu zero słowika!

W poświacie pojawiła się w końcu łódka. Łysy jak pobliskie ciało niebieskie jegomość łowił ryby. Motylak podpłynęła cichutko roztrącając płoche skrawki księżycowej poświaty. Uchwyciła się rękoma burty i zajrzała wękarzowi w bladą do nieprzytomności twarz:
-- Pan wybaczy, ale w taką noc nie sposób się nie zanurzyć. Pewnie spłoszyłam rybę, musi pan to i mnie i jej wybaczyć.
-- Co też kobieto opowiadasz, przecież przypływając tu, nago,  jeszcze bardziej przepłaszasz.
-- Czy ma pan kobiecie za złe, że przypływa do pana nago w upalną noc lipcową?
-- Czy pani oszalała?
-- Proszę mi przynajmniej powiedzieć, która jest godzina?
-- Za dwadzieścia dwunasta.
-- Na jakie gatunki pan się zasadza?
-- Co?
-- Jak ryba tu chodzi?
-- Jezu, co ci kobieto do tego, zresztą wiadomo, że nocą to najbardziej sandacz.
-- Bierze?
-- Nie.
-- A no co pan łowi?
-- Bożesz ty mój kochany!
-- Ach widzę, czerwone robaki.
-- Idźże już, kobieto, bo zadzwonię na policję.
-- Idę, ale nie ze strachu przed policją.  Niech pan jednak zapamięta na koniec dwie rzeczy: nie przegania się pięknych kobiet kąpiących się nocą w rzece, bo któraś z nich może okazać się wdową po bogatym księgowym, a sandacz chodzi tu ogromny, proszę tylko zmienić przynętę na ciasto z domieszką czosnku, podejść do ostrogi z dużym napływem, o tam pod mostem, i solidnie obstukać dno kopytem lub twisterem. Musi pan dobrze czuć puknięcie w dno. Kilka razy!

Wypiła resztę daiquiri i chwiejąc się tylko odrobinkę, ruszyła nago ku sercu Żoliborza. Rychło ruszył też patrol policji drogowej, zamiast jednak zaresztować, sierżant i starszy sierżant otworzyli okna i jechali tuż za Motylak wpatrując się w cud jakim było jej miękkie podchodzenie pod łagodne wzgórze. Tuż przed Placem Wilsona kobieta obróciłą się i powiedziała:
-- Dlaczego na całym Żoliborzu nie ma ani jednego słowika? Przeszłam z Powiśla, gdzie grałam w scrabble, aż po Plac, i nic.
Sierżanci wyskoczyli z samochodu. Pierwszy gapił się zbaraniały, drugi przystąpił wprawdzie do czynności, ale pozornych. Zamiast kajdanek przygotował mianowicie alkomat.
-- A czegóż to panowie stoją i nie realizują. Czyż nie jesteście aspiranci, albo inspektorzy?
-- On jest sierżantem, a ja starszym sierżantem. Czy zechce pani w to dmuchnąć?
-- Alkomat w taką noc? Marzyłam o tym.


Motylak ujęła alkomat w dwa palce. Z lekkim przysiadem i wyrazem niekłamanej rozkoszy wetknęła ustnik zupełnie nie tak jak się sierżanci spodziewali i stanowią instrukcje obsługi.  Wykonała jeden z tych tajemniczych wydechów dalekiego wschodu, od których pęcznieje nie to co powinno i urządzenie zabłysło na żółto jak biały fosfor. Oddała alkomat pośród chmury dymu o zapachu czosnku:
-- W taką pogodę panowie, polecam zimne piwo, zimny szprycer, zimną wodę.  Żeby tak jeszcze powietrze mogło być takie jak trzeba.
-- Jest pani aresztowana.
Starszy sierżant spisywał dane, zadawał drżącym głosem rutynowe pytania. Młodszy nakładał kajdanki na alabastrowe nadgarstki. Miał w oczach łzy kiedy narzucał na ramiona Motylak policyjny płaszcz.
-- A więc nie umrę z przeziębienia. Jak Jagiełło.

Wtedy rozgległ się potworny wybuch w okolicach Promyka. Policjanci porzucili wykonywne czynności i ruszyli na miejsce wypadku zostawiając Motylak w spokoju.

Po kochanku nie zostało ani skrawka porządnego DNA. Po rybaku zostało pół wiosła przegryzionego przez niezidentyfikowaną do dzisiaj bestię. Po księgowym pokaźna fortuna i karawka z motywem myśliwskim.

zdjęcie:
http://4girlsandaghost.wordpress.com/2011/02/24/ul-la-llorona-the-crying-woman/

23:36, balsamlomzynski
Link Komentarze (140) »
środa, 04 lipca 2012

 

http://www.leevnews.com/en/2011/05/18/uncle-vanya-and-over-6000-audiences/

 

 

 

Nadszedł czas teoretycznie letni, ale po raz pierwszy od dziesięcioleci, lato jako czas zasłużonej kanikuły, odprężenia, z którego coś wynika, mianowicie dalsze odpręznie, dla wielu z nas jakoś nie zamierzało się materializować. Owszem, upał był nie do zniesienia, odsłoniły się niektóre uda i wiele ramion; w miejsce wiosennych, zakwitły kwiaty letnie, a jesiennych ponad wszelką wątpliwość jeszcze nie było.  Lato pozostawało jednak jedynie w sferze możliwości. 

 W taki to właśnie teoretyczny dzień letni Bizpicki czekał w kawiarnianym ogródku na nadejście ludzi podobnie mu myślących. Na czym polegało to myślenie? Bizpicki, były minister czegoś tam, w jednym z tych rządów co to nie wytrwały nawet pół roku, obecnie działacz z gatunku niepodległościowych, a więc takich, którzy pragną nadal wydzierać niepodległość, niezależnie od jej oczywistości, okupantowi wewnętrznemu, nawet, a może szczególnie, jeśli ten nie okupuje, a jedynie się przyczaja poprzez propagandę praktyk genitalnych, od których działaczom niepodległościowym robiło się przed oczami ciemno; otóż Bizpicki, nie ma w tym nic zaskakującego, myślał o udach, ramionach i praktykach genitalnych, ale mówił wyłącznie o niepodległości i to stąd rodził się ów złowieszczy syndrom zwany prawicą niepodległościową w niepodległym państwie. 


Do byłego ministra dołączyli się po chwili: pewien rześki dżentelmen w jasnym garniturze, były generał, o którym mówiono, że obawia się o swoje życie i siwa, albo niekompetentnie utleniona kobieta o wyglądzie zawodowej wiedźmy: 
-- Nie wiem jak wy, panowie, ale dawno nie miałam wrażenia, że lato może być takie puste. Czy to upływ czasu, czy też przeciwnie, jego osobliwe wstrzymanie przez ten instytucjonalny terror? Czują panowie jak ta pustka wiruje, nie stając się niczym określonym? 
-- Nie lubię słowa narracja, ale to właśnie jest taka narracja, której padamy ofiarą, nic się nie zmieniło, proszę państwa, z uderzenia materii w materię wynikają zupełnie inne konsekwencje niż z wyminięcia jednej materii przez drugą na znacznej odległości. Nawet i to tu nie zachodzi: wyminięcie nie jest przecież zderzeniem. Powiadam, w normalnym kraju, z nadejściem wysokich temperatur, nadchodzi lato. 
-- A mnie się wydaje, że pani ma rację, lato nie musi wypełnić się w tym roku treścią, spełnione zostaną wszystkie warunki, będziemy się pocić, konać, wydawać pieniądze na kurorty, robić zdjęcia, ale regeneracji z tego nie będzie. 

Kobieta o wyglądzie zawodowej wiedźmy zamówiła u wątłego kelnera pięćdziesiątkę mrożonej wódki i kawałek polędwicy z grilla. Były mnister zamówił setkę. Generał zamówił ponadto zimne piwo: 
-- Raz się, drodzy państwo, umiera. 

21:44, balsamlomzynski
Link Komentarze (33) »
Zakładki:
Obowiązkowo
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne