Spotkania polityki i narracji, onuc i opatrzności, gówna i wiatraka.
RSS
czwartek, 28 lipca 2011

 

 

Powody opóźnienia publikacji raportu komisji Millera były takie same jak przyczyny dymisji ordynatora kliniki Onkologii na Wawelskiej: Komisja zajęła się wyjaśnianiem niewłaściwego wypadku. Raport dotyczył samolotu PZL M-18B Dromader, dolnopłatowca rolniczego z silnikiem tłokowym, który nad wsią Koniemłoty koło Staszowa zderzył się z przeznaczeniem.

 


Wyjaśniając przyczyny tragedii, Komisja ustaliła między innymi, że nawozem mineralnym Amofos wypełniono jedynie prawy zbiornik samolotu, lewy pozostawiając pusty. Wskutek naturalnej u pilotów rolnych chęci dolecenia przed zmierzchem, prowadzący samolot specjalista uznał, że jakoś to będzie.

Ustalono ponadto, że w lotnictwie rolniczym nie ma wież, a jak nawet jakaś jest, to zazwyczaj siedzi na niej ktoś nader ograniczony:

-- SP-ZUD, nie masz nawozu w lewym.

-- Wieża, położę się na prawym i do Koniemłot dolecę.

-- SP-ZUD, jak będziesz przechylony rozpylał?

-- Wieża, załadowaliśmy Amofos, a na kukurydzę trzeba Kizerytu.

-- SP-ZUD, to nie leć, nawóz zły i nierówno rozłożony.

-- Wieża, silniki mam już rozgrzane, nie będę wyłączać.

-- SP-ZUD, zabierz trochę rodziny, albo kierownictwo podwieź, posadź na lewym i jakoś obleci.

-- Wieża, rodzinie nie będę w oczy rozpylać, ale kierownictwa zabrać nie zaszkodzi. Jest tego dość, żeby samolot dociążyć?

-- SP-ZUD, Amfosu nie rozpylać tak czy owak, a kierownictwa na ogół wystarcza.

 

Nie wystarczyło. Rzecz w tym, że Dromader jest konstrukcyjne dostosowany do lotów na małych wysokościach i gdy się nadto wznosi, trzęsie mu się klapa tylna i drążek poprzeczny, co normalnie w niczym nie przeszkadza, ale jak się leci na znacznym przechyle, do tego z kierownictwem, trzeba trochę od czasu do czasu wyżej odskoczyć, a to z powodu terenów zalesionych, a to dla uniknięcia trakcji elektrycznej, a to znowu z powodu wzgórz morenowych. Tymczasem nad Koniemłotami, na pułapie piętnaście, ścierają się przesycone siarką meteorologiczne wpływy znad Tarnobrzega, z ożywczymi, ale poprzecznymi wiatrami znad Chęcin.  Konfluencja ta nie od dziś sieje spustoszenie, ale nic się z tym nie robi.

 

W każdym razie, nic nie zostało ani z samolotu, ani z kierownictwa, a kukurydza, z braku Kizerytu, wybrzuszyła się nieładnie i tydzień później sczezła.

 

Raport był więc bardzo porażający, ale nie na temat. Dowiedziawszy się o pomyłce, minister Miller wezwał głównego eksperta lotniczego Komisji, pułkownika i niegdysiejszego pilota prawdziwego bombowca:

-- Pułkowniku, jak to się stało?

-- No cóż, leciał nisko, na boku i w końcu musiał o coś zawadzić.

-- Jak to się stało, że wyjaśnialiśmy Koniemłoty zamiast Smoleńska?

-- Nie wiem, panie ministrze, może szło o to, że w przypadku Koniemłot nie było wiadomo o co chodzi, a w przypadku Tu-154 wszystko jest jasne.

-- Jak to nie było wiadomo, nie wiedział dureń, że nad Koniemłotami dziwnie wieje?

-- Jak się dowiedział, silniki miał już rozgrzane, a kierownictwo naciskało już na prawe.

-- Jak ja teraz stawię czoła rodzinom smoleńskim?

-- Gosiewskiej, Kochanowskiej i Wassermanowej i tak by pan nie dogodził, panie ministrze.

-- A jak badaliście ten wypadek lotniczy, nie zauważyliście, że na pokładzie Dromadera nie było najważniejszych osób w państwie, elity narodu?

-- Ależ w Dromaderze było dużo elity, tyle że poza kabiną.

-- Jestem zdumiony, że nie odróżnia pan nadzoru rolnego i paru inspektorów weterynaryjnych od prezydenta, wice-marszałka Sejmu i generalicji, w tym dowódcy wojsk powietrznych.

-- Elita nie wiedziała, że w Smoleńsku mgła?

-- O mgle wiedziała, ale zagrożenie zrazu wydawało się elicie nieco sztuczne.

-- A na sztuczną elita bardziej leci?

-- Rzecz w tym, że była naturalna, a dopiero później jej sztuczność zaczęła narastać, rozległy się strzały, wybuchł hel, Tusk się ściskał, zresztą wszystko jedno, bo na piętnastym metrze i w Rosji i u nas panują okrutne sprzeczności.  Wie pan co, pułkowniku, słusznie, nie wchodźmy w to, poprzestańmy na Koniemłotach. A dlaczego właściwie ta kukurydza sczezła? Nie mieli innego samolotu do rozpylania?

-- Nawozy, panie ministrze, nie działają na szkodniki z grupy płoniarka zbożówka i przylżeńce.

-- A na inne szkodniki to nawozy niby działają?

-- Nie wchodźmy w to, panie ministrze, rzecz w tym, że kierownictwo powinno było doglądać, a nie tak się wozić.

 

21:00, balsamlomzynski
Link Komentarze (11) »
wtorek, 19 lipca 2011

 

Tak się złożyło, że główną nagrodę w kieleckiej loterii zorganizowanej z okazji święta PiSu, kolację z Beatą Kempą, wygrał redaktor naczelny Rzeczpospolitej, Paweł Lisicki, o którym było ostatnio głośno dzięki jego powieści o Jezusie, publikowanej w odcinkach przez Fakt.*

Wiadomość o niezwykłym wyróżnieniu zastała pisarza i publicystę do wynajęcia w mieszkaniu na trzecim piętrze, gdzie znajdowały się już zwłoki profesora Smitha, znanego biblisty:

 

 

[Lisicki] zachodził w głowę jak to się stało. Analizował, przypominał sobie. Ktoś przecież musiał go w to wrobić. Nic z tego nie wynika - wykrzyknął i walnął pięścią w gładką jak stal poręcz fotela. Siedzę w tym pieprzonym pokoju, łeb pęka. Kurwa, co tu robi ten trup?

 

Rzeczywiście, wynikanie zanikło, trup leżał niewzruszony, a wypowiedziana po raz pierwszy od oddania lokalu do eksploatacji kurwa wisiała niezręcznie pośród ścian.  Lisicki walił jeszcze jakiś czas w oparcie fotela, a kiedy wydało mu się to nieco nienaturalne, fotelem w stół. Pokaleczyłby się, ale chropowata męskość z wolna ustępowała wrażliwości. O kolacji z Kempą marzył od dawna, podobnie jak cała Rzeczpospolita, która była przecież tylko jej organem. Jej widok pierwszego dnia oszołomił [Lisickiego] do tego stopnia, że z jękiem przewracał się na łóżku, marząc o jej ciele.

 

Czy można wyjechać do Kielc, zostawiwszy w mieszkaniu zakrwawione zwłoki amerykańskiego biblisty? Redaktor Lisicki nie był winien zbrodni, ale czy Blavatsky, Monika, albo Pazerny w to uwierzą?

 

Smitha znalazł pijanego w swoim pokoju. Wziął go za ramiona, pociągnął. Smith wyrwał się, zaczął szamotać. Krzyczał: „Moja żona to dziwka, dziwka”. [Lisicki] nie wiedział jak go uciszyć. Profesor nagle kaszlnął, beknął i się wyrzygał. Usiłował ugryźć [Licickiego] w twarz, ten ostatkiem sił obronił się.

 

Redaktor sprawdził czy w istocie ma twarz, niezbędną mu do zjedzenia kolacji w restauracji Patio, miejscu spotkań ludzi sukcesu z Kielc i Skarżyska. Twarz była, ale przed wyjazdem pozostawało jeszcze wiele do zrobienia: krew do wytarcia, serce do uspokojenia:

 

Zaduch trupi, powalane krwią ciało, ręka na nożu. Serce [Lisickiego] dygotało jak oszalałe, fale gorąca i zimna przepływały w nim na przemian. Nie potrafił złapać i zatrzymać myśli, znajdował się w dziwnym stanie rozproszenia i nieważkości.

 

Przywdział wreszcie marynarkę kieleckiej firmy Niva, która produkowała wprawdzie wyłącznie odzież roboczą, ale Lisicki nie chciał budzić podejrzeń Beaty. Jadąc E7 myślał o szefie wydawnictwa BAW, Pazernym, który za książkę o synu człowieczym obiecywał mu góry złota i sławę:

 

 Twój Jezus to będzie zajebisty strzał – wykrzyczał na koniec [Pazerny]. - W Brukseli wielka światowa premiera, multimedialna, ha.

 

Restauracja pełna była pełna delikatnego szumu, wody w sztucznym strumyczku, śpiewu ptaków. Zeszły się całe Kielce, ale nikt ze Skarżyska. Beata była w szampańskim nastroju, zabrała mikrofon orkiestrze i śpiewała, w samej odzieży roboczej, "Zółty, jesienny, liść", a także "Zabrałeś Serce Moje", pieśń, która kosztowała prezesa prezydenturę. Mdlejący z trwogi kelnerzy unosili nad głowami półmiski ze specjalnościami zakładu, łososiem a la parisienne na szpinaku i leśne kurki z sosem z szyjek rakowych. Kątem oka zauważył, że szpinak umieszczono pod kurkami i poczuł, że coś jest nie tak. 

 

[Wszedł] z lekko ironicznym uśmiechem gdzieś na końcach warg. Miał łyse wysokie czoło, które niczym dysk odcinało się od szpakowatych włosów. Niebieskie, niemal bezrzęse oczy umieszczone w zbyt dużej twarzy przytwierdzonej do małej postury budziły litość [łososia].

 

Zobaczył Beatę i Beata zobaczyła go. Skoczył na nią. Rozchyliła nogiczego nie spodziewał się, bo umiał odróżnić życie od literatury. Przelatując obok Beaty, otarł się o jej porowatą bieliznę i zapragnął ugryźć ją w twarz, było za późno, zdążył tylko chwycić w zęby nóż do krojenia łososia. Kelner zdzielił go krzesłem, mówiąc, że nóż nie jest do łososia, w każdym razie nie jeśli się jest człowiekiem sukcesu z Kielc. Pod stołem rozwarła się przepaść, Lisicki wpadł do piwnicy.

 

Poczuł, że z ust płynie mu krew, musiała to być jednak inna krew, niż ta, która oblepiła mu ubranie spływając z noża.

 

Oparty o zimny ceglany mur poczuł, że jest tam już wielu ludzi ze Skarżyska, a także szef wydawnictwa BAW, Andrzej Pazerny, któremu pot perlił się na czole, tłuste włosy rzucały się w dziwnych kierunkach, a także Blavatsky, Szaweł, Monika Flucker, Bronek Wildstein. Poczuli, że pachnie łososiem, pomyśleli, że jest z Kielc. Rzucili się na niego, nieomal odruchowo rozchylił nogi.

 

* http://www.fakt.pl/tag/kryminal-Faktu

 

23:35, balsamlomzynski
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2
Zakładki:
Obowiązkowo
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne