Spotkania polityki i narracji, onuc i opatrzności, gówna i wiatraka.
RSS
poniedziałek, 16 kwietnia 2012

 

I. Wino mszalne

Wkrótce po zakończeniu rocznicowych obchodów smoleńskich, susza zapanowała głęboka i bezlitosna i gdyby zmartwiałe od pisowskiego jadu miasto zachowało resztki struktury, susza wniknęłaby w nią i zamieniałaby w popiół. Posępne kury niosły blade jaja, perony tramwajowe wydłużały się i drżały w upale ciężkim jak włoszczowska metafizyka heretycznych wizji Palikota. 

W otwartym z nadejściem tej strasznej wiosny piwnym ogródku, siedziało dwóch średniostarszych obywateli i zadaniowało Maciorę. Jeden z nich, bardziej niż drugi średni, zerkał ku furcie pobliskiego klasztoru. Prowadzono tam dwudziestoczterogodzinne spowiedzi, z linią obsługi samochodów, których kierowcy,  nie wysiadając, odzyskiwali czystość duszy i płynów funkcyjnych. Baba z ciężkim dysgrabiem* usuwała z chodnika liście odciągając uwagę straży miejskiej i okolicznego kleru, który jak nikt inny przeczuwał nadejście wielkiej kurtyzany od świętego Jana, o której krążyły plotki, że trzeciego dnia, licząc od tyłu, wykopie wreszcie wielki dół w poszukiwaniu źródeł piekielnego gorąca. 


Miasto przechodziło ciągle wtórne wstrząsy: gazeta polska, karnowscy bliżniacy i kółka różańcowe podskakwiały w zaułkach bezwiednie. Podskakiwały kurtyzany, ale to z powodu silniejszej z wiosną konkurencji. Na starej lipie nad ogródkiem piwnym, wiewiórka Kropotkina, rezydentka ambasady rosyjskiej, skakała nie tyle dla zmieszania się z tłumem, ile dla odwrócenia uwagi kontrwywiadu od toczącej się przy stoliku gry operacyjnej: 
-- Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę! 

Wołokam Illicz Bystrowzwodczinow, pseudonim Maciora Antoni, wstał stanowczo od  stołu, wkroczył do klasztoru i wrócił zanim wypaliła się piana w zagranicznym piwie. Tuż po nim wyszedł ksiądz spowiednik, blady jak ściana, podskakujący wyżej, niż dachy przejeżdzajacych samochodów: 
-- Tak nie wolno! 

Maciora zasiadł kierując wytrzeszcz ku bardziej staremu. 
-- Co zrobiłeś temu księdzu, maciora? 
-- Nie zapłaciłem mu, pułkowniku. 
-- Dlaczego? 
-- Nie biorą kart kredytowych. 
-- Czy wyznałeś mu swoje grzechy? 
-- Zmusiłem, żeby wyznał swoje. 
-- Jak definiujesz grzech? 
-- Nie definiuję. 

Wiewiórka spojrzała na rozmawiających w głębokim skupieniu. Maciora przemieścił wytrzeszcz gdzieś na północ, nieopodal Młocin. Pułkownik uspokoił się i powoli wysunął dłoń z wewnętrznej kieszeni ruskiego jak kitajski gorod płaszcza: 
-- Ziobro myje wrak. 
-- Zabiję. 
-- Nie ma i nie było takiego rozkazu. Pójedziesz i powiesz mu, żeby nie proszkiem, i że woda nie może być za zimna bo się towar zepsuje. Reszta mnie nie obchodzi. Weź z sobą Biniędę. 
-- Binięda ma dysontologię. 
-- Jak nie lubi macać, niech szuka w komputerze. 
-- Czego szukamy? 
-- Trzeciej skrzynki. 
-- Co w niej jest? 
-- Wino. 
-- Scala coeli?
-- Ałtar wino, na ostatnią mszę biskupa Michalika.


 

II. Un corazón, tan poco. 

Enrique Porcel Ortega, posępny kondor wenezuelski przebywający w Warszawie na zasłużonych wakacjach, obudził się rano na krawędzi betonowego mola za kortami Spójni, w szacie roślinnej, którą możnaby nazwać szuwarami gdyby nie to, że były to maltretowane wiosennym szlamem cienkie łozy. W lewym oku ptaka odbił się nurt rzeki koloru ciekłego cementu, kikuty trzech bezdusznych bloków i wieża kościoła, w którym nie postała stopa żadnego mieszkańca lewobrzeżnej części miasta; w oku prawym odbiła się lądowa infrastruktura chaotycznych z natury sportów wodnych; w gardle ptaka odbiło się mszalnym winem

Jak każdego poranka, kondor podjął próbę lotu, wbiegł niezdarnie pod zarośniętą skarpę, minął wypożyczalnię łodzi wiosłowych, szkołę nurkowania i jazdy konnej, przebiegł pod bilbordem reklamującą tanie loty, wbiegł na zatłoczoną o tej porze jezdnię wiodącą na północ, przebił się przez porośnięty wątłą brzeziną pas zieleni, nieruchomą od korków jezdnię południową, pod murem Cytadeli, w której niegdyś siedział zamyślony Asnyk, wiedział już, że szybciej biec nie podoła, ale efekt ciągu wciąż nie przekładał się na efekt wznoszenia: 
-- Por qué no puedo volar? (Dlaczego nie mogę się wznieść)? 
-- No tienen un ala izquierda (Nie masz lewego skrzydła). 
-- Hemos tenido que decir inmediatamente (Trzeba było od razu mówić). 
-- Debo visitar el río hasta la primavera no se harán realidad (Nie bywam nad rzeką zanim nie przyjdzie prawdziwa wiosna) 
-- Cómo sabes cuando venga, si no estás en el río? (Skąd wiesz kiedy przychodzi, skoro nad nią nie bywasz?). 
-- Czekam na pierwszego posępnego kondora, bez lewego skrzydła, nade wszystko pragnącego wrócić w rodzinne Andy, gotowego dla rozbiegu stracić twarz przecinając Wisłostradę przed dziewiątą, szaleńca nie zważającego na pas zieleni, lżonego przez dostawców chłamu z plastyku z okolic Płońska, kierowców betoniarek ze strzegomskiem cementem, bogaczy przeklinających ów dzień, w którym dali się przekonać swoim zachłannym żonom do zakupu domów w Dąbrowie, przeklinany przez zrozpaczone upływem czasu kobiety nade wszystko pragnące wyrwać się z Łomianek, złorzerzeczące wdowy po bezrozumnych pilotach, którzy lotem zbyt niskiem ... 
-- Dość, łapię w lot. Jednego skrzydła, tak mało, tak mało. 

 

(współpraca: Ob.Ciach, anumlik, jar, jota-40, marzencic,

oraz:

Malcolm Lowry, Fernando del Paso, Antoni Macierewicz)

 

 

_________________________________________________________________

* Dysgrabie:

Na wzgórzu Koziniec, nieopodal Bystrego mieszkała dzielna wdowa cierpiąca na dysgrabie. Z braku środków walczyła z dysfunckją ziołami, a po dojściu do władzy nowego ministra zdrowia, poszła na Chramcówki, do doktora Henryka Piękosia, przyjmującego w ośrodku Vital & Active. Zapytała na wejściu: 

-- A ile to będzie kosztowało? 
-- A co? 
-- Dysgrabie wyleczyć. 
-- W ofercie mamy terapię active living, a z testów mamografię. 
I tak oto doktor Piękoś active living miał już poza sobą. Wróciła wdowa do prac polowych i obowiązków obywatelskich. Wszystko robiła tak sprawnie, że policja bała się podejść. Kapustę ubiła, stada owcze pogoniła wiosną na właściwe regle, zaczepiła zębami wysoko tyczki na porzeczki, a nad tyczki poprzeczki, żeby owoce sięgły słońca z samego poranka, jak od Piszczorów wstaje. 
Obejścia tylko z liści z powodu choroby latami nie grabiła, tyle co nogą zagarniała na kupę, pod paruślak sosnowy, mieszała z igłami i z wiosną podpalała zalewając liście litrami niebezpiecznej dla zdrowia podpałki Flamit. Przyszli ludzie ostrożnie, z rana, pachniało Flamitem, wdowa była spokojna, od Piszczorów dniało, coś się tylko tliło, dali wdowie grabie: 
-- Macie tutaj grabie, co będziecie liście międlić, i niewydajnie, i niebezpiecznie. 
-- A jak grabie wezne, jak ja rynców nie mam? 

20:22, balsamlomzynski
Link Komentarze (518) »
wtorek, 10 kwietnia 2012


 

Oleg Czikanow, kierownik działu logistyki najwszechstronniejszej z moskiewskich firm spedycyjnych “Mostransawto”, zdolnej transportować towar rzeczywisty i wyłącznie księgowy, nadawać i odzyskiwać  należności zaległe i raz już odzyskane, udał się na miejsce składowania wraku w celu oszacowania kosztów wysyłki: sprawdził odwrócone podwozie i niezwykle trudny do zapakowania ogon. Ocenił koszta na “piat, dziesiat milionow rubliej”. Wszedł do kokpitu, a stwierdziwszy, że został po nim tylko wysokościomierz, rozważał podniesienie ceny transportu wraku do piętnastu milionów. Jakiś zabłąkany głos poinformował go jednak trzeźwo:
-- Jeśli będzie pogoda, poleci.

A pogoda była piękna.  Czikanow zapalił, ruszył, objechał na brzuchu podmokłą łąkę, zatrząsł odrzutem prawym, podkręcił lewy i poleciał zostawiając lasy i pola za sobą. Wielu komponentów brakowało, ale elementy elektroniczne wykazały się przewodniością, a nośne nośnością. System TAWS, wskutek traumy bycia ignorowanym przez wszystkich, ćwierkał przymilnie i niezrozumiale:
-- Nieba! Konce koncow! Nieba!

Wrak wszedł w polską przestrzeń powietrzną bokiem, ale dumnie.  Nad Terespolem, wskutek naturalnego w samolotach tego typu przecieku rtęci z wysokościomierza barycznego w radiowy, samolot przybrał funkcje cyfrowego multipleksu, zdolnego do nadawania wyłącznie treści katolickich:
-- Jak oni warczą, tacy są warczący. To jest współdziałanie niemiecko-żydowsko-rosyjskie, tyle seksu bez sensu, dzieci się instruuje, jak robić samogwałt, jak sobie radzić bez Boga. Ja tego nie biorę do ręki.  Ja to nazywam ja waj szalom. Widać, że to jest religia handlowa, To jest handel, a nie religia w Boga. Ja to nazywam telewizja i telewizornia. Tak, to są  przekaziory*.

Tymczasem ziemskie obchody drugiej rocznicy zapaści kwiatu w dołek własnego ukopu weszły w fazę naukową. Pod ministerstwem kultury, na podniesienu trwałym, na które Gronkiewicz zezwoliła w ostatniej chwili, występowały kolejno cioty inżynierii materiałowej, alfonsi fizyki teoretycznej,  ćpuny mechaniki, oszołomy prawa międzynarodowego, z trzech kontynetów i czterech krajów światowej sławy.

Kiedy zaczęła się faza rekreacyjna, Oleg Czikanow wziął migające pochodnie za wskazówkę do lądowania.  Osadził samolot na barierce nad trasą W-Z, w miejscu gdzie zazwyczaj lądują tylko najzdolniejsi deskorolkarze. Rosyjski logistyk niedabale odrzucił prawy wstecznik, którym chronił się od słońca i wiatru. Tłum smoleński rzekł prawdziwie:
-- Za późno, wrak się nie liczy, skucha.
Logistyk Czikanow nie znał się na logice pisowskiej. Wyszedł przez byłe okno awaryjne, dzierżąc dwie czarne skrzynki:
-- W imieniu prezydenta Putina, na drugą rocznicę wypadków smoleńskich, dwa silne wybuchy na taśmach magnetycznych. Rząd Federacji Rosyjskiej bierze je na siebie.

W obawie przed klientelizmem, dobry tłum zrzucił Czikanowa na tory tramwajowe. Nie udało się już jednak wrócić do atmosfery sprzed dwóch lat.  W obiektywach kamer drugiego obiegu widać było wyłącznie obywateli czwartej rzeszy:  emerytów o nikłych szansach ponownego dożycia sześciędziesiątego siódmego roku życia. Wskutek zaniedbań ministerstwa, ludzie ci organy mieli w nieładzie, a zęby mieli zrobione prywatnie.

Michael Baden, który sześćdziesiąty siódmy roku życia osiagnął nie bez przeszkód jednaście lat temu, wystąpił jako ostatni.  Okiem patomorfologa spojrzał na zmartwiałe od obchodów pisowskich miasto, na wyczerpane comiesięczną rozpaczą rodziny smoleńskie;  najuważniej patrzał jednak na Macierewicza:

-- Dopóki nie zbadam wszystkich ofiar kataklizmu, muszę się wypowiadać nader ostrożnie. Mogę jednak powiedzieć z całą pewnością, że mister Macierewicz nie zginął wskutek zderzenia z drzewem. Zginął z miłości. Przedwczesna inicjacja pozbawiła tę twarz niewinności. Nadmiar seksu oralnego odkształcał i wydłużył nos, w miarę jak młody Antoni tracił węch, zyskując w zamian nowe terytoria. Nadmiar biernego seksu analanego, najwyraźniej z użyciem ciężkiego rynsztunku, z którego słynęła kresowa jazda polska, spowodował ucisk w oczodole od strony śródczaszkowiej. Stąd ten stepowy wytrzeszcz. Odkopywałem rodzinę Romanowów, Byrona De La Beckwitha i wielu innych, i nie wydaje mi się, żeby taki wytrzeszcz mógł się wytworzyć wyłącznie wskutek nadziania się na brzozę pospolitą.

II.

 

Pozyskawszy skrzynki i wrak, drobny prezes i chuda maciora opadli nieszczerze na jedno kolano, płacząc rzewnie, co u prezesa objawiło się zupełnie inaczej niż u maciory, bowiem ten ostatni, w bolesnym wykrzywieniu, kwitł błogo, jak kwitły rok później wypalone francuskim ogniem armatnim przedpola Borodino: 
-- Za długo czekaliśmy, za bardzo ich pragnęliśmy, zbyt wiele nocy przepędziliśmy marząc, że czarne skrzynki i zimne, szorstkie, odłamki kokpitu dotykają rdzawym aluminium naszych rodzimych, polskich podbrzuszy. 

I zapłakali raz jeszcze, dla prasy katolickiej. 

Kurtykowa, zaciekła wdowa smoleńska, po której mąż miał zamiłowanie do zamierzchłej i zmurszałej przeszłości, a nie odwrotnie, powiedziała na widok wraku i szkrzynek: 
-- Nie zależy mi, nigdy mi nie zależało, tak tylko mówiłam w interesie narodu polskiego. 

Natomiast senatorka Gosiewska, zbiegła w trzech skokach z królewskiego placu na poziom torów tramwajowych, co zdumiało pasażerów tramwaju jadącego, po raz tysięczny, na Bródno. Szalona wdowa kielecka dopadła Czikanowa, poćwiartowała, piszczel wprawiła na miejsce obojczka, a obojczyk zatkęła za zmiażdżoną miednicą, serce wyrwała i posiekała na wybłyszczonej szynie brzytwami od fryzjera, co przybył oniemiały z mariensztackeigo rynku. Tatarski już organ wkomponowała w przestrzeń okołojelitową, a na miejscu serca umieściała ceramiczną płytkę , która od końca ubiegłego stulecia i tak zamierzała odpaść z sufitu tunelu; jelita przesunęła, ach czego ona z tymi jelitami nie robiła, w każdym razie, całość ubrała w garnitur i wrzuciała w dół wykopany gazetą polską na zboczu, u stóp kościoła św. Anny. Oniemiały tłum zaszemrał po sobie: 
-- Zło dobrze zwyciężyła! 

Rozstąpili się wszyscy na wejście okolicznego kleru kroczącego ironicznie z chlebem wiejskim, krzyżem z drewna i spóźnioną misją pokojową; ustąpili na widok niemrawej straży miejskiej; zamilkli pod adresem prawdziwej policji z bronią palną wymierzoną tam gdzie Gosiewskia miałaby płat czołowy, gdyby wówczas wszystko poszło dobrze: 
-- Co się stało temu człowiekowi? 
-- Zginął od urazów. 
-- Jakich urazów, kobieto?
 -- Wielonarządowych. 

* http://pl.wikiquote.org/wiki/Tadeusz_Rydzyk

22:18, balsamlomzynski
Link Komentarze (142) »
 
1 , 2
Zakładki:
Obowiązkowo
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne