Spotkania polityki i narracji, onuc i opatrzności, gówna i wiatraka.
RSS
sobota, 23 kwietnia 2011

 

W pierwszy dzień Przaśników, kiedy ofiarowano Paschę, zapytali Prezesa jego akolici,  sykofanci, rydzykowie, cztery wdowy smoleńskie z wiertarkami, lucyferiarusze, ceroferiarusze, leciwa analityczka narodowo-socjalistyczna i kwaśny czemuś amicus populi pisei, wychudzony do sprzeczności Dorn, a więc wszyscy oni zapytali Go osobliwie:

-- Gdzie chcesz żebyśmy zrobili przygotowania na wieczerzę, może kupić gotowe w Przekąski, Zakąski?

-- Idźcie do Starego Miasta, a spotkają was ludzie niosący namiot smoleński. Wejdźcie do niego i powiedzcie do najbardziej tam oszołomionej: Prezes pyta gdzie jest dla Niego ta izba, w której mógłby się posilić, a wdowy naładować wiertarki? Nie czekajcie jednak na odpowiedź, tylko wchodźcie, bo to tylko takie biblijne ględzenie, wiadomo, że chodzi o namiot.

Lucyferiarusze i ceroferiarusze, którzy byli niosący światło, weszli w miasto, a potem do namiotu, który się unosił na obutych stopach szaleńców tuż nad trotuarem, tam gdzie im On go wskazał.  Przygotowali posiłek jednodaniowy czyli zapiekankę z tego, co Prezes mógł kupić taniej w Biedronce, ale kupił najdrożej jak mógł, u bezbożnych handlarzy osiedlowych, bo w dziedzinie koncepcji gospodarczych był upośledzony na umyśle, ale nie był to jego najważniejszy problem. Wymieszali pięć ilości mąki z jedną ilością oleju, posypali serem tylżyckim i polali mlekiem krowim, upiekli nad ogniem, wzięli kurczaka i oderwali mu głowę, jak nakazują obyczaje, a tuszę upiekli nad ogniem i podzielili ją na dwanaście części i jedną. Rozkroili potem chleb i rozłożyli na nim to co powstało z mąki i oleju i z procesu gwałtownego spalania drobiu. Zapachniało peerelem, i to było dobre. Kiedy byli gotowi, przemieścili, ze śpiewem, namiot dwadzieścia kroków w kierunku Pałacu.

Z nastaniem wieczoru przyszedł tam razem z resztą swoich, w trybie chwiejnej od śpiewu procesji nowoorleańskiej, ale w sumie, z tymi którzy już tam byli, było już ich tylko dwanaście procent, i stało się jasne, że idzie koniec, ale że koniec nadchodził od prawie dwudziestu lat, mógł to być również kolejny początek.

A gdy zajęli miejsca i jedli, Prezes rzekł: zaprawdę powiadam wam: jeden z was Mnie zdradzi, ten, który je ze mną.

Zaczęli się frasować i krztusić, przy użyciu grdyk, które mieli, ale twarze ich pozostały nieruchome i poważne na sposób czysto polski i męski, choć wielu pośród nich skrywało przodków izraelskich i pożądało bliźniego swego, ale nie był to ich największy problem.  Mówili jeden po drugim:

-- Jesteś naszą drogą, półprawdą i szansą na przeżycie. Dokąd pójdziemy?

A On na te słowa wyjął mały pistolecik, który kiedyś w końcu musiał wypalić.

I tak rzekł im:

-- Jeden z nas do innego pójdzie królestwa i zostanie nas wszystkiego procent jedenaście i ćwierć, co wystarczy na przewodnictwo jednej, może dwóch komisji. Napisane jest, Prezes kiedyś odchodzi, lecz biada temu, przez którego On będzie wydany.

I wziął chleb ze kurczakiem:

-- Drogi jest i już cuchnie, ale nie o to chodzi.

Potem wziął z rąk wdów wiertarki, uczyniło się światło i przykręcił do trotuaru tablicę i pomnik i rzekł:

-- Moje jest królestwo.

A oni odpowiedzieli:

-- Gajowemu co leśne.

A on rzekł nie zważając na Rydzyka:

-- Marianowi co maryjne.

Po odśpiewaniu hymnu, czego On na szczęście sam nie czynił, mówili do niego Marian i przenieśli się z wieczerzą i zadaszeniem jeszcze kapinkę, zawodząc niezmiennie, w kierunku północno-wschodnim. Tam Prezes rzekł:

-- Zdradzony będę o świcie.

Na to rzekli mu:

-- Rydzyk fizyk, Dorn już kwaśny, ale przecież nie uczynią oni niczego przed jesienią.

-- Zaprawdę, mówię wam, tej nocy, ktoś kto ze mną tu jest, trzy razy się wyprze mnie w TVN24 lub innych mediach polskojęzycznych.

Jęli się szczerze zadziwiać, przestępować z nogi na nogę, zabierać bardzo pilnie do ostatniego modlitewnego przeniesienia namiotu pod samą bramę Pałacu Prezydenckiego, przekraczali już podwóją linię ciągłą na Krakowskim Przedmieściu kiedy strzelił w nich z pistoleciku i zranił wielu, ukatrupił też  analityczkę i wzniosło się wielkie wołanie i biadolenie, i uniósł się też sam namiot, a zanim opadł, przemknęło pod nim ostatnie 175, zjazd do zajezdni, trasa zmieniona.

Kiedy opadł namiot i ziemskie szczątki akolitów, mówili mu przez krew i łzy, ale tylko ci co jeszcze mogli:

-- W każdej partii zdarzają się różnice zdań i konflikty. Czy jednak uda ci się zmartwychwstać, jeśli nie zostaniesz przez żadnego z nas wydany?

Wypalił do nich ponownie.  I chociaż nie pytali go już dlaczego tak czyni tym, którzy nie mogą już nigdzie wystąpić z powodu masakry, którą im zadał, powiedział im:

-- Zmartwychwstaję od razu, bez umierania, bo drugiego dnia Rogalski zaczyna ekshumować.

 

Reprodukcja na początku wpisu pochodzi z:

http://veniteavedere.blogspot.com/2008/05/asian-christian-art.html

01:57, balsamlomzynski
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Wiosną okazało się, że ostatnim krajem wierzącym jeszcze w przyszłość Unii Europejskiej jest najbardziej paranoidalny kraj członkowski Wspólnoty, toteż w przededniu rocznicowych konwulsji kwietniowych, kiedy potencjalne objawy schorzenia najłatwiej można podziwić, Komisarz Europejski do spraw zdrowia, J. Dalli, z pochodzenia księgowy maltański, wysłał do Warszawy ambasadora Maartensa van der Merwe, prawnuka R. H. van Gulika.  W odróżnieniu od pradziadka, Maartens był dość intleligenty:

-- Komisarzu, dlaczego nie zwrócić się o pomoc do Ewy Synowiec, dyrektorki Stałego Przedstawicielstwa Komisji w Warszawie?

-- To ryzykowne, van der Merwe. Instytucja Przedstawiciela Unii Europejskiej w kraju obejmującym jej Prezydenturę to surréalisme pur. Placówka warszawska kosztuje dwa balony rocznie, ma kierowcę, dziesięć łbów administracji, dwa tuziny analityków politycznych czytających prasę i biuro prasowe czekające na wakaty w dziale politycznym, tymczasem podatnicy, van der Merwe, wciąż posługują się logiką dwuwartościową i arystotelesowskimi sylogizmami.

-- Proszę wybaczyć, komisarzu, kształciłem się na Erasmusie w południowej Hiszpanii. Mam choroby weneryczne, alkoholizm i dysleksję, ale o sylogizmach nie słyszałem.

-- Jeśli ambasador króla pełni obowiązki przy własnym królu, ambasador jest królem.

-- Merde, jak się Herman dowie, będzie nieszczęście.

-- Istnieje ponoć zespół Macierewicza, który, jeśli nie jest leczony farmakologicznie, pozwala osiągać stany instytucjonalnej pozarealności w sposób niezauważalny dla podatnika. Trzeba ustalić jak ten syndrom się rozprzestrzenia i go rozprzestrzenić.

-- Zachce mi pan przypomnieć, komisarzu, czym się zespół objawia?

-- Gorączka, wytrzeszcz oczu, krew w moczu, mocz w mózgu, mózg umieszczony poprzecznie i na skos porusza się z chlupotem wytwarzając spisk.

-- Merde. R. H. van Gulik to miał.

-- Ale jeśli to jest choroba przenoszona drogą płciową, Europa jest ocalona.

Maartens van der Merwe dostał piętnaście tysięcy euro zaliczki, placówka warszawska Komisji również, za nierobienie niczego, co, jak to zostało wielokrotnie udowodnione, jest dla przyszłości krajów członkowskich najkorzystniejsze. Dyplomata dotarł na lotnisko przed dziewiątą rano i choć nie był to świt od razu został zdradzony, bo zamiast do Seminaryjnego kazał się taksówkarzowi wieźć do Polowego, gdzie zastał ludzi zdrowych i spokojnych, bez śladu zespołu Macierewicza. Taksówkarza wyeliminował z gry, osobiście obskoczył ambasadę rosyjską i kościół Seminaryjny, tam złapał zespół, porównał jedno z drugim i sformułował pierwsze hipotezy o głównych postaciach badanego syndromu: 1. Smoleński fundamentalizm, czyli przeświadczenie, że Rosjanie woleli raczej wykonać zamach na Kaczyńskim, niż pozwolić Pawlakowi wygrać z Lechem Aleksandrem w pierwszej turze; 2. Smoleński polonocentryzm, czyli wiara, że terrain ahead, terrain ahead, znaczy po polsku „Boże coś Polskę, przez te wszystkie wieki”; 3. Smoleńskie zaprzaństwo, czyli niegdysiejsza, płonna, naiwna i kiepsko skrywana radość, że tragedia się wydarzyła i w kraju może będzie spokój.

Sformułowawszy robocze hipotezy, Van der Merwe zmieszał się z tłumem. Nie raz pokazywał się w modnych klubach Amsterdamu i Antwerpii jako Colette, toteż wtopił się w otoczenie ubierając perukę z końskiego włosia, szary płaszcz nieco poniżej kolan i pantofle na niewysokim obcasie. Do torebki niewiasta już ściśle smoleńska włożyła połowę cegły klinkierowej. Potem Van der Merve popłynął z rzadką ciżbą gównym nurtem pod Pałac Namiestnikowski gdzie zakrzyknął na sposób fundamentalistyczny:

-- Prawdy, żądam, prawdy!

Młodzież stała nieopodal i tylko na to czekała:

-- Czy to ty, Colette?

Van der Merwe zagrał już zespołowo:

-- Sowiecką mentalność masz pokurczu, atywizmy tatarskie, na grób własnej matki byś szczał.

 

Potem, po bruku, na krzywych już obcasach, z ciężką cegłówką, w tę i z powrotem, do kościoła, „Boże coś Polskę”, i pod Pałac, „Pod Twą Obronę”, do kościoła, i pod Pałac, czasem z pochodniami, czasem bez, czasem pod Prezydencki, a czasem pod Kultury.

Wysłuchawszy prezesa, Van der Merwe poczuł dumę, że jest Holendrem. Znowu potem żądał prawdy na lewo i na prawo, ale tym razem nie czekał jak cepr tylko z miejsca walił. Na koniec dnia zaciążyło mu bieganie, przysiadł w ciemnym kącie jednego z kościołów i niechcący poddał się spowiedzi:

-- Wyznaj swoje grzechy, córko.

-- Proszę księdza, złapałam w którymś kościele zespół, oskarżałam bezpodstawnie, zlinczowałam taksówkarza, zapalałam pochodnie, uderzałam w niewinną młodzież cegłą.

-- Nie wyrzucaj sobie niczego córko, jesteś tak poruszona utratą brata przez prezesa, że nie wiesz co robisz. To naturalne i potrwa do jesieni tego roku, aż do sfałszowania wyborów.

-- Chodzę w peruce i butach na obcasie, choć jestem Maartens van der Merwe.

-- Nie wyrzucaj sobie niczego synu, umarła elita, państwowcy i strażnicy prawdy, to naturalne, że pogrążyłeś się w moralnym chaosie.

-- Dostałem piętnaście tysięcy od Komisji Eropejskiej, ale nie wiem czy zespół Macierewicza pozyskałem drogą płciową czy wskutek nadmiernego spisku.

-- Rzeczywiście niewiele wziąłeś, synu.  Oto pokuta: wpłać siedem tysięcy na Świątynię Opatrzności Bożej i odmów trzy terrain ahead.

-- A jak to leci po polsku, bo różne wersje chodzą?

-- Gleba niebawem, gleba niebawem.


05:52, balsamlomzynski
Link Komentarze (32) »
 
1 , 2
Zakładki:
Obowiązkowo
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne