Spotkania polityki i narracji, onuc i opatrzności, gówna i wiatraka.
RSS
wtorek, 14 marca 2017

 

 

Pierwszy oficjalny tydzień Europy różnych prędkości zastał ambasadora Siergieja Iwanowicza Kisljaka, najszybszego pośród Europejczyków, na gorączkowych rozjazdach między Ankarą, Paryżem i Rotterdamem, przyszłą prezydentkę VI Republiki Francuskiej na obrabianiu wartkiego strumienia natrętnych urojeń, ustępującego prezydenta V Republiki na bieżni ustawionej na 8km/g. Do Polski powoli wrócił topinambur, mirabelka na podwórku przy Andersa 10 była bez życia.  Zdecydowanie najwolniej rzeczy toczyły się jednak w tym, co czasem określa się jako umysłowość Szczerskiego, pisowskiego specjalisty od posyłania pozornych przywódców w pozorne misje. Specjalista pracował zawzięcie nad zaproszeniem dla Trumpa na lipcowy szczyt Międzymorza, które ostatecznie rozpłynęło się w ubiegły czwartek, wespół z grupą V4, która wobec Intermarium była podzbiorem ścisłym, za życia niezbędnym i niewystarczającym, po śmierci zbędnym i wystarczającym by uczynić misję Szczerskiego rechotem postfaktyczności. 

Zaproszenie już raz złożono, na ręce doradcy Trumpa, generała Flynna, z którym specjalista pisowski gorąco i natychmiast się zaprzyjaźnił, niestety, nowy kumpel okazał się zarówno szpiegiem rosyjskim jak i agentem tureckim i teraz, na wszelki wypadek, pismo trzeba było przygotować raz jeszcze.
Szczerski jest organizmem nieskomplikowanym i rozdrażnionym. Umysłowość ma natomiast wyłącznie rozdrażnioną, jak u Dostojewskiego. Z górą dwadzieścia lat snucia groteskowych urojeń geopolitycznych uważał za cenne doświadczenie zawodowe, ale dziś i roić było hadko.  

Pisma dyplomatyczne redagował tak jak mówił: wyrzucał strumień skarg i zażaleń tak długo i tak szybko, aż w końcu wpadał na coś, co przypominało rzeczywistą myśl, wtedy zdumiewał się, że nie od razu go zrozumiano i, zirytowany, milkł.
Redakcja nowego zaproszenia przedstawiała nadzwyczajne wyzwanie, bo nie istniał już absolutnie żaden powód, dla którego warto było fatygować się na lipcową imprezę do światowej kolebki bigosu:  Intermarium raz jeszcze, jak za Czartoryskiego, Piłsudskiego i Sikorskiego, przestało istnieć, Trump właśnie okazał się być rosyjską wtyczką, Kaczyński nią się właśnie stawał w praktyce, prezydent Rzeczypospolitej został zepchnięty do roli kolędnika i kukły obozu niepodległościowego.  W desperacji, Szczerski powziął plan odwrócenia swojej zwyczajowej metodologii i przystąpił do opisania prawdy taką jaką ona jest, a dopiero potem ubrania jej w nonsensy, które uważał za kwintesencję dyplomacji:
„Prezydent (który nie jest agentem rosyjskiego wpływu, a jedynie popychadłem agenta, złośliwi mówią nieładnie, że przecwelonym) ma zaszczyt zaprosić pana na szczyt Międzymorza ABC (skrót kancelaria prezydenta RP rozwinie jeśli akweny się utrzymają). Intermarium przestało właśnie grzać, ale ci sami, którzy tak twierdzą, wcześniej mówili, że nie grzało nigdy. Była to do pewnego stopnia inicjatywa antyrosyjską, więc może pana ucieszyć, że jej nie ma, ale była też antyunijna, więc jej ponowne nieistnienie może pana zmartwić. Mówiąc między nami, nie chodzi o morze tylko o szczyt, który odbędzie w lipcu, spokojnie pan się zmieści, bo impeachment pański potrwa co najmniej rok, zaś prezydent RP dociągnie do lata mimo chronicznej czwartorzędności (poza Kaczyńskim jest jeszcze Maciora, a ostatnio także Waszczykowski, co już jest kompletny syf. Jakież Intermarium przemoże takie wały?)” 

23:29, balsamlomzynski
Link Komentarze (15) »
sobota, 11 marca 2017

 

 

Bywalcy Művész Kávéház przy Andrássy út 29: Gergely, Mihály i Pál przekomarzali się w naturalny, węgierski, zasadniczo namolny, przygnębiający sposób, aż do momentu, w którym kelner, Zalán, podając töltött káposzta dla Pála, túrógombóc dla Gergely, i eszeteházy dla  Mihály (Mihály zazwyczaj jadł deser przed obiadem), szepnął coś, co w oka mgnieniu zmroziło biesiadników, zatrzymało muzykę, i o dziwo, wyciszyło ruch od út Andrássy do út Hájos, zakładając, że út znaczy ulica.

Gergely nie dosłyszał dokładnie, co się wydarzyło, ale, na podstawie opowieści pradziadka, domyslił się, że dzieje się coś na kształt zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda.
Wszyscy trzej zajrzeli do komórek, okazało się, że wiadomości są znacznie gorsze:
-- Polski wiceminister spraw zagranicznych odwołał wizytę!

Kelner upuścił tacę z brudnymi naczyniami, słusznie nietknięte szilvásgombóc i káposztás tészta przeszły w miszmasz, co powinno się wydarzać jedynie w zaciszy zakamarków przewodu pokarmowego, a i to najlepiej pod kierunkiem lekarza. Kierowniczka sali, Boglárka, wypowiedziała słowa, które miały okazać się prorocze:
-- Tehát lengyelek őrült.

Jak zwykle w sytuacji kryzysu, pojawiły się, na krótko, wiadomości uspokajające:
-- Miał przyjechać Szymański, jak Szymański odwołuje, to jeszcze nic takiego strasznego, może pękła piszczel, może ma nieprzyjemny dla oka liszaj.

Rychło nadeszło jednak oficjalne sprostowanie, Boglárka opadła na kolana, szlochając:
-- Dziedziczak nie przyjedzie, nie przyjedzie, odwołał, na boga, Dziedziczak, dlaczego odwołaliście tę wizytę?

Mihály zbliżył się do Boglárki i zaproponował współpracę, ponieważ i tak wszyscy niebawem zginą. Boglárka wygłosiła słowa, które miały okazać się prorocze:
-- Mihály, ha felkeresi a lemondás Dziedziczak, akkor nem jön Błaszczak.
Co znaczy, po pierwsze, odmowę współpracy (Mihály jadał deser przed obiadem), a po drugie: "Jeśli odwołał Dziedziczak, to pewnie nie przyjedzie też Błaszczak".

00:53, balsamlomzynski
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Zakładki:
Obowiązkowo
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne