Spotkania polityki i narracji, onuc i opatrzności, gówna i wiatraka.
RSS
czwartek, 31 marca 2011

 

Marek Jurek, zwolennik rytu trydenckiego,  w którym celebrans nasampierw skrapia wiernych, a dopiero potem wdziewa ornat, szedł ulicą miasta buchającego energią, w chłodnym narożniku stosunkowo nowoczesnej Europy, ale zamiast życia widział wyłącznie ślady cywilizacji śmierci. W wiosennie usposobionych kawiarniach, narodzeni obywatele pili kawę z mlekiem wyzutym z wszelkiego tłuszczu, snuli rozmowy bez związku z ułożeniem energetycznych rurociągów, toczyli nieuchronną progresję ku adopcji ocalonych od nienarodzenia przez płodzących tylko z pozoru.  Szedł Jurek aż po krużganki i rogatki miasta, ale człowieka podobnie myślącego nie spotkał, ponieważ, powiedzieć prawdę, nie było to myślenie w zwykłym sensie: „Dlaczego nie idzie w tym kraju wyżyć z upominania się o prawa życia możliwego?”

Jerzy Robert Nowak, autor tysięcy publikacji, z których żadna nie miała sensu i wszystkie pozbawione były empirycznych podstaw, entuzjasta Kobylańskiego, handlowca żywym towarem, późniejszego producenta szczoteczek do zębów i znaczków pocztowych, ów zatem Jerzy Nowak, profesor w stopniu nie mniejszym niż dajmy na to Zybertowicz i doktor w większym, niż na przykład Girzyński, szedł bulwarami nadwiślańskimi, schodził z drogi hałaśliwym tramwajom i myślał, że wody polskiej rzeki-matki, zanim dotarły do Torunia, musnęły szuwary krakowskiego Kazimierza. Myślał profesor, że ludzi jest stanowczo za dużo, cechuje ich chorobliwa przedsiębiorczość, a przytłaczająca ich większość ma nosy. Jako naukowiec nie zamierzał jednak generalizować: „ Z tego, że większość je ma, nie wynika, że mają je wszyscy”.

U granic miasta, profesor rozpoznał Polaka, Polak dojrzałą formę ludzką, obaj zgodnie pokraśnieli jakby spotkali się w środku gorącej pustyni:

-- Cześć Jurek.

-- Cześć Marek.

-- Jak dobrze, że się narodziłeś.

-- Jak dobrze, że nie jesteś żydem.

-- Gdyby kobiety robiły tylko to, co do nich należy, byłoby nas więcej.

-- Gdyby tramwaje pełniły w gospodarce światowej równie ważną rolę co niegdyś konie, motorniczymi byliby dziś wyłącznie żydzi.

-- Świetnie się rozumiemy, czy nie jest to dostatecznym powodem, żeby działać razem?

-- Ale na co komu jeszcze jedna skrajnie prawicowa partia?

-- A jakaż ona skrajna? Skrajna jest wtedy jak jest wyłącznie o samolotach.

19:08, balsamlomzynski
Link Komentarze (11) »
wtorek, 29 marca 2011

 

 

Prezes spółdzielni „Smoleńsk”, zakładu z nader ograniczoną odpowiedzialnością, nigdy nie powinien się był odrywać od pisania sprawozdania rocznego, którego wyczekiwali wierzyciele, pragnęli udziałowcy i na które czekał kwiat światowej psychiatrii politycznej.


Ilekroć bowiem się odrywał, spółka przestawała istnieć.  Odrywał się jednak bo dostarczano mu wiadomości z terenu, teren zaś drżał konwulsyjnie. Doniesiono, że Kaddafi śle bratnie pozdrowienia, Szydło poweselała, mamuśka domaga się skakać za Małysza, Błaszczak samodzielnie pomyślał rze, Rogalski pozwał Kluzik w imieniu młodych orłów, oraz że na peronie dworca w Iławie pojawiły się dwa tropikalne węże:

-- Powiedzcie im, żeby nie ma potrzeby odsuwać się od toru, że Wars jest na początku składu, a potem przełożyć na koniec i przyspieszyć, ale na boga żywego, dajcie mi pisać w spokoju.

Najczęściej przeszkadzał Girzyński, który w zamian za łagodniejsze spojrzenie nadzorcy gotów był zrzucić ze schodów angielską królową-matkę i Hofmana z rodziną, który to Hofman te same usługi, a więc duchowe i polityczne posyłki, gotów był wykonywać taniej:

-- Wszędy pójdę, prezesie, wytężę całą moją niezrozumiałą w kategoriach rozumu gorliwość, całą moją budzącą odrazę wierność i moje macierzyńskie oddanie w niewolę miłości.

-- Dajcie mi, Hofman, spokój, piszę biografię Lecha, mojego świetnej pamięci brata, a wy mi tutaj o pierdołach.

-- A co z mamuśką, prezesie?

-- Dać jedną nartę i wypuścić, ale po płaskim, niech sobie poczłapie.

Chłopaki pisowskie się nie mażą, co najwyżej moczą. Hofman siedząc na deszczu pod drzwiami, zastanawiał się jakby mogła wyglądać polska Nokia. W notatniku wyobraźni rysował śmiałe prototypy, na razie, za każdym razem wychodziła mu maszynka do mielenia mięsa, albo cynkowane wiadro.

Tymczasem prezes pisał. Czy to z powodu rzeczywistych zasług brata, czy to z powodu szczególnej dysfunkcji wyobraźni, jaka często spada na pisarzów czerpiących z dorzecza Wisły, prezes z łatwością uwypuklił heroizm prezydenta w nierównej walce z Traktatem Lizbońskim, który okazał się nie być ani w połowie tak debilny i ani w ćwierci tak niebezpieczny jak jego niegdysiejsi oponenci. Im dalej wielki sprawozdawca sięgał wstecz, tym lepiej uwypuklał. Pisał więc o walce prezydenta z okrągłym stołem, którego ów był i nogą i blatem. Nad wyraz barwnie zarysowywała się też wielka bitwa prezydenta z 1999 roku, z Balcerowiczem i jego otwartymi funduszami. Ale wtedy do drzwi ponownie zapukał Girzyński:

-- Prezesie, Bielan nadaje z ukrycia.

-- A cóż takiego ma do zakomunikowania ów lepki kiep?

-- Że nie komunikował się z nikim z PiSu i oświadczenie Brudzińskiego dla prasy jest na to najlepszym dowodem.

-- Powiedzcie Bielanowi, że dowolne słowa Brudzińskiego są dowodom co najwyżej na to, że rzeczywistość pozbawiona jest wszelkich logicznych podstaw.

-- Mówi, że ma kody i pyta co z nimi zrobić.

-- Zakopać w ogródku, pod krzakiem bzu, i oznaczyć dobrze, ale teraz pozwólcie mi, do diabła, pisać.


Pisał jak to on, wespół z bratem i z Dornem, zwanym wtedy trzecim bliźniakiem, samotrzeć bronili okopów na Wiejskiej, atakowani bezpardonowo przez wicepremiera Balcerowicza i cały rząd, w którym Lech był zresztą ministrem. Zaczęło brakować amunicji, żywności i wody. Zamiast zaopatrzenia, do obozu buntowników przybyły oddziały wrogich esemesów z narracją, że po stronie Balcerowicza stoi cały dzisiejszy PiS. O złożeniu broni nie było oczywiście mowy, chociaż Dorn osobliwie łypał oczami i mówił wierszem tak podłym, że w chlebaku na granaty czezł ostatni chleb:

Raz pewien bliźniak
prawie się przyznał
że z się z czymś obłym
zamienił na łby.

Sytuacja na froncie niby już nie mogła być trudniejsza, ale zamiast spodziewanych uzupełnień i artylerii przeciwlotniczej, do obozu bliźniaków dotarł pokryty sadzą i nalotem Napieralski, z koszykiem grzybów i jajkami na twardo:

-- Panowie, w 1997 SLD też właściwie nie miało nic przeciwko funduszom otwartym. Ale to nie jest jeszcze najgorsze.

-- Mów, pachołku moskiewski.

-- Brukselski, jeśli już, to jestem nowoczesnym pachołkiem brukselskim. Otóż wedle archiwów sejmowych, wy, trzej bliźniacy Apokalipsy, też nie byliście przeciwni.

Na straszną wieść, że po obu stronach frontu znajduje się ta sama armia, śmiałkowie udali się na ostatni jak im się wydawało spoczynek. Spali jak ludzie, których los się dokonał. Prezes obudził się pierwszy, ujrzał wystające spod owczej derki twarde jak druty włosy Dorna, ujrzał Napieralskiego i zadumał się nad jego osobliwie kretyńskim obliczem. Lecha w obozie nie było. Wiedziony złymi przeczuciami, udał się na stanowisko armat. Tam zastał ukochanego brata gdy ten cały chował się już w lufie wielkiej kolumbryny nakierowanej wprost na buchające ogniem szańce Balcerowicza i jego otwarte na przestrzał fundusze. Prezydent podpisywał jeszcze resztkami sił duchowych jakiś świstek oprawiony w teczkę ze skóry. Z frywolnością Dorna i powagą boga wojny podał teczkę prezesowi i przystąpił do odpalania jakże już wtedy, na dziesięć lat przed tragedią, krótkiego lontu.

-- Co robisz bracie? Dlaczego chcesz ginąć?

-- Czas na odważne decyzje.

06:18, balsamlomzynski
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Obowiązkowo
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne