Spotkania polityki i narracji, onuc i opatrzności, gówna i wiatraka.
RSS
środa, 31 marca 2010

Fotomontaż: Honzo

 

Narada ekipy prezydenckiej na temat wizyty w Moskwie rozpoczęła się o dwunastej, ale w innym składzie, niż podała prasa. Przybył bowiem niedawno odkryty wspólny przodek braci Kaczyńskich i Bronisława Komorowskiego, Andrzej z Kurozwęk Męciński, sprawca zerwania sejmu 1606 roku, warchoł i pieniacz, prowodyr krwawych zajazdów i antypaństwowego rokoszu.

Dla odwrócenia uwagi od przeżartej upływem czasu bekieszy podbitej lisim futrem, które cuchło już za nowości, Męciński przywdział okulary trójwymiarowe, co zastanowiło Szczygłę, niezwykle ostatnio wrażliwego na zagrożenia dla zdrowia publicznego, w którego zupełnym rozkładzie pokładał całą nadzieję, tak jak prezydent do niedawna całą ufność składał w gospodarczej zapaści umiłowanej ojczyzny.

Stasiak mówił pierwszy ponieważ wszyscy chcieli mieć go z głowy. Ponieważ od 1992 roku ciągle pozostawał pod wpływem Fukuyamy, powiedział, że historia się w żadnym razie nie skończyła, co mówił ilekroć mu się wydało, że jest odwrotnie. Pod ciężarem stalowego spojrzenia kierownika BBN, zamilkł, prosząc jednakowoż o ostatnie zdanie:
-- Powiem tak: coś tu śmierdzi.
Szczygło był tego samego zdania i obawiał się, że nawet jeśli szlachcic zapadnie od okularów na ból głowy, to efekt ten nie da się odróżnić od wpływu odoru, którym ów pieniacz bezwzględnie się otaczał.
-- Ja powiem tak: imć Męciński powinien się wypowiedzieć i iść skąd przybył, bo my to my, ale korpus dyplomatyczny nie jest nawykły.
-- A ja powiem tak: mój syn, Maciej, miał nieszczęście poślubić kobietę wielkich cnót rycerskich, niedostępną i zimną, jako to pośród rycerstwa nadszreniawskiego często wówczas bywało. Skąd się wzięło z tego małżeństwa dziecko, córka zresztą, nie wiadomo. Nie wiem też czy się mój Maciuś sam przez zbroję przebił, czy posłużył się pułkiem lanckorońskiego wojska, ale jeśli pułkiem, to skąd pułk impet wziął, bo jak powiada historyk ówczesny, niewiele było w powiecie proszowskim kobiet mniej pięknych. W każdym razie z tej fantazji kawalerskiej wynikło dziewczę nie tyle może słodkie, co patriotyczne i na zdrajców ojczyzny osobliwie zajadłe, które poślubiwszy starostę wieluńskiego, Marcina Olszewskiego, powiło Jana Olszewskiego, zmarłego w 1712 roku, bogu dzięki bezpowrotnie, bo on na mnie długo po mojej śmierci, jako na przedawczyka nastawał. 
-- Jan Olszewski żyje jeszcze, chociaż mu już biała piana z gęby cieknie, ale Staniszkis i tak uważa, że on się i na prezydenta nada.
-- Rzekłem: Jan? Szło mi o Józefa. Ale też nie opowiadaj bredni, mości Szczygło, że Staniszkis żyje jeszcze, bo nie krotochwile nam tu czynić, ale na Moskwę się szykować.
-- Żyje, żyje, tyle że gulgoce jak gęś na kokainie i żadna siła jej szczęki nie powstrzyma bo niewiasta ma paszczę sielniejszą aniżeli rekini australijscy. Cóż to za Józef zatem?
-- Był prapradziadkiem Julii z Olszewskich Brzezińskiej, a ona prababcią Jadwigi z Jasiewiczów Kaczyńskiej, matki bliźniaków, o których w zaświatach będąc słyszałem, że nieomal zamienili własny kraj w ruinę, co pokazuje, że z niewiast patriotycznych i cnotliwych na powrót wyrastają warchoły i pieniacze.
-- No a Komorowski?
-- Powiem tak: córka moja Katarzyna była po matce wszetecznicą, czystym przeciwieństwem swojej bratanicy i imienniczki. Pierwszy jej śubny, Piotr Wojna mu było, zginął w tajemniczych okolicznościach, ale język miał po śmierci czarny jak diabeł i aż po rękojeść szabli mu sięgający. Potem poślubiała największego naszego narodowego przedawczyka, Hieronima Radziejowskiego, który nade wszystko na upadek ojczyzny się zawziął. Na skutek chuci córki mojej, Kachny, która dosięgła nawet ostrożnych z natury Niemców kurlandzkich, rzeczy się skomplikowały i rychło wymknęły spod wszelkiej kontroli, stąd nieszczęsny ożenek Elizy, pochodzącej z linii zapoczątkowanej przez Piotra Wojnę, z Zygmuntem hrabią Komorowskim. Jak było dalej, sami wiecie. To pokazuje, że z kobiet chutliwych wyrastają mężowie nudni jak flaki z olejem.
-- A czy z prawdziwej szlachty polskiej może wyrosnąć komunista?
-- Wyłącznie ze szlachty, chłopi są głupi i uparci jak muły.
Stasiak wiercił się coś i szczękę co i rusz opuszczał, i w końcu, choć bał się Szczygły, zadał swe prawdziwie ostatnie tego dnia pytanie:
-- A czy bywa, że głupi przodkowie miewają rozumne dzieci?
-- Sorry, panie Stasiak, pańskie dzieci sklepu z rozumem nie założą.
-- A czy człowiek porywczy i nierozważny, może mieć dzieci przewidujące i roztropne?
-- Przykro mi, panie Szczygło, pańskie dzieci też będą iść bodaj z gołymi rękoma na Moskwę i to pod byle pretekstem, jako i my teraz podobno czynić zamierzmy.
-- Lecieć będziemy i wszyscy muszą się zmieścić w jednym samolocie. Nie w Moskwie rzecz, ale wrogu wewnętrznym, generale Jaruzelskim.
-- Herbu ślepowron? Sybiraku? Synu Władysława z Kurowa? Jakiż to dla prezydenta despekt, lepszej kompanii to on już przecież nie znajdzie.
-- Prezydent ma zasady, nie życzy sobie lecieć w towarzystwie zdrajcy, życzy sobie jedynie wygrać drugą turę wyborów przy pomocy macierzystej partii zdradzieckiego generała.
-- No, ale tego zrobić się waszmościowie nie da, nie wygra w pierwszej, do drugiej nie przejdzie, trzeciej nie będzie, za to w czwartej ma poważne szanse.
-- Czy waszeci przypadkiem już głowa nie boli?
-- To nie są, Szyczygło, okulary 3D tylko 4D.
-- Wszak nie ma takich.
-- Skąd tu się zatem wziąłem?
-- A co to jest czwarta tura? 
-- Jak kto chce i nie chce jechać, jak kto chce i nie chce zdrajcę na pokład wziąć, jak się kto o zgubę narodowej gospodarki modli choć ojczyznę miłuje, to się musi, mości Szczygło, przenieść w czwarty wymiar.  Tam moja Kasieńka za mniszkę uchodzi, hrabia Komorowski opowiada interesujące szczegóły ze swojego żywota, Napieralski za spowiednika robi, Staniskis milczy, Senyszyn wdzięcznie pląsa, Dorn się do niej wdzięczy, Jurek się weseli, Tusk kwiatki hoduje, a ja nad losem ojczyzny szczere łzy leję.
-- A brat prezydenta, co on robi w czwartym wymiarze?
-- Brat prezydenta jest w piątym, w Egipcie, prerząd z Palikotem uprawia.

Fot. Teresa Zółtowska-Huszcza

Fotomontaż na początku notki: Honzo


22:46, balsamlomzynski
Link Komentarze (16) »
sobota, 20 marca 2010

Radosław Sikorski był bohaterem wielu wojen, tych krwawych, tych medialnych i, najwięcej może, tych groteskowych, ale ciągle o tym zapominał publiczności przypomnieć. Energiczny minister wracał wieczorami do domu, Ann, zgodnie z tradycją amerykańską pytała jak minął mu dzień, choć jej własny był ciekawszy i bardziej twórczy, a on wtedy dopiero przypominał sobie, co zaszło:

-- Zapomniałem wspomnieć, że jestem bohaterem.
-- Nie problem Radek czasem zapomniecz, przypomnisz w dzien juczejszy.

Ale znowu nie wspomniał; pamiętał o wąsach Komorowskiego, choć dla nikogo nie miało to najmniejszego znaczenia; wspomniał o swojej uderzającej młodości, choć młody przecież nie był; napomknął, że codziennie gawędzi przez telefon z potężną europejską minister spraw zagranicznych, chociaż wszyscy wiedzieli, że dla Polaków nic z tego nie wynika, a wielka minister nie jest dużo mądrzejsza od Fotygi. 
Dzień dobiegał końca, minister wracał do domu przez głębokie, nadnoteckie lasy i zbliżała się chwila, gdy trzeba się było przyznać Ann, że o bohaterstwie znowu nie było ani słowa.
-- To ty Radek nie pamientasz jak ty w stan wojenny uciekałesz z kraju pociągiem, w którym Wars nie działał i jak on nie chciał z okrutnego opóźnienia jechać bo bliżej mu było do odjazdu w dniu następnym, i jak tam było dużo patroli z kalasznikovs?
-- Mówiąc prawdę, Ann,  stanu wojennego jeszcze wówczas nie wprowadzono, ale komunizm to przecież też nie były żarty.
-- Gdybysz ty Radek został w tym kraju, to bysz ty muszał rence przy koksownikach grzać.

Następnego dnia pamiętał, żeby uczynić Komorowskiemu wyrzuty za przetrzymywanie w sejmowej zarmażarce ustawy o in vitro, choć wszyscy wiedzieli, że byłego olszewika i ministra obrony w rządzie pisowskim nigdy wcześniej ta kwestia nie interesowała; dorzucił, po raz setny, że zna języki obce jak własną kieszeń, choć musiałby być ostanim głąbem, żeby się któregoś przez dzesięć lat za granicą nie nauczyć; zaznaczył nawet, że zna się na swojej robocie tak doskonale, że sam wie najlepiej, które szczyty europejskie są do olania, a przygłupiej prasie polskiej nic do tego, od czego zaśmierdziało truchłem Fotygi.
Słońce raz jeszcze utonęło w Noteci.
-- Ann, znowu zapomniałem.
-- No, ale ty im powiedz przynajmniej jak ci granat sowiecki wyrwał z ręki kamerę w afgańskim okopie. 
-- Mówi się aparat, Ann.
-- Gdyby ci wtedy, Radek palce urwało, to czym ty byś później pstrykał?



Kiedy następnego ranka różowawy żwirek pieścił koła czarnej limuzyny ministra, opływającej w codziennym rytuale porośnięty srebrnym świerkiem syberyjskim klomb; kiedy wóz migotał za modrzewiowym szpalerem, oddalając się od dworku, który Sikorski nabył dla łacniejszego uchodzenia za kogoś na kształt polskiego arystokraty, niedoszły prezydencki towar eksportowy wiedział już, że dziś również zapomni.

Przypomniał za to prasie, że Komorowski go w zasadzie inwigilował, choć to nonsens, wspominał, że Kaczyński miał pistolecik na wodę, choć to nikogo już nie bawiło, zaznaczył, że go drugi Kaczyński trzymał w akwarium, choć wszyscy wiedzą, że mu to  sprawiło wielką przyjemność. 
Dzień chylił się ku ostatecznemu upadkowi, do debaty telewizyjnej z Komorowskim zostało już bardzo niewiele czasu, a Sikorski znów wracał do domu z niczym. Psy nie wybiegły mu na spotkanie, dzieci akurat odrabiały lekcje, a Ann całkiem się spolonizowała:
-- To ja puszczam cały dzień tę tutejszą badziewną telewizję, gotuję tutejsze warzywa i opowiadam banialuki jakie są świeże i dobre, choć chodzi mi o to, że nic tu poza nimi normalnego nie ma, a ty nie możesz raz wspomnieć o swoim bohaterstwie, jak ty się strasznie z dala od tych świeżych warzyw męczyłeś, a już najbardziej w Heritage Foundation, gdzie na dźwięk słów in vitro to oni po broń sięgają, którą chcą zresztą nosić z sobą do roboty bo im się wydaje, że to jest wolne słowo.
-- Gorzej, moja droga, ja już nawet zarzuciłem Komorowskiemu, że on jest kombatantem.
-- Ale jak ty Radek zapomnisz ludziom powiedzieć, to ludzie sobie pomyślą, ze ty bohater w ogóle nie byłeś.
-- Powiem ci, Ann, że cieszę się, że mamy siebie, dzieci i ten uroczy dworek. Zamiast bohaterem, wolę być arystokratą, jak na Oxfordzie.

18:49, balsamlomzynski
Link Komentarze (38) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
Obowiązkowo
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne