Spotkania polityki i narracji, onuc i opatrzności, gówna i wiatraka.
RSS
środa, 23 grudnia 2009

Fotomontaż: HONZO

W czasie gdy brutalni lekarze wojskowi siłą powstrzymywali prezydenta od zajęcia stanowiska w sprawie fiaska rozmów klimatycznych w Kopenhadze,  dokąd ów dzielny i światły mąż rwał się każdej nocy, rozdrapując za każdym razem swe duchowe rany i drąc symboliczne bandaże, prezes z mozołem mocował w piwnicy choinkę. Trafił w końcu, niegroźnie, ale boleśnie obuchem siekiery we własną piszczel, zawył dziko, a z pokrytych kredą ścian posypał się pył. Dzięki bogu, wszystko odbywało się trzy metry pod ziemią, w piwnicy przestronnej willi, do której staruszka matka nie tak dawno przeprowadziła się ze zdziwaczałym synalkiem, porzucając, nie bez rozgoryczenia, stosunkowo duże i wygodne, ale nie gwarantujące prywatności mieszkanie.  Owo piękne, znakomicie, a nawet, z powodu bohaterstwa miasta, unikalnie położone lokum, cudem i w tajemniczych okolicznościach zostało patriotycznej rodzinie przydzielone przez na wskroś wówczas stalinowskie władze.

O poranku, staruszka matka nie spodziewała się niczego poza rykiem i złorzeczeniami. Synalek, już praktycznie w wieku emerytalnym, nigdy nie zaczynał dnia przed dziewiątą, natomiast o dziewiątej wszczynał go z furią, szczególnie w okresach gdy nie sprawował ważnych funkcji państwowych, a nie pełnił ich często, z tych samych powodów, dla których obecnie ryczał z bólu w piwnicy. Staruszka matka zamykała się czasem o poranku w pralni, albo łazience na pięterku, puszczała wodę w wannie, włączała małe radyjko na baterię i czekała aż najgorsze się skończy. Wieczorami synalek był słodki, jak do rany przyłóż:

-- Mamo, zagrajmy dziś w kanastę, tak jak graliście z ojcem na kresach, nie wyobrażasz wprost sobie, mamusiu droga, jak dobrze mi i spokojnie w twoim towarzystwie.
-- Zagrajmy synu, zagrajmy, chociaż wiem, że będziesz oszukiwać.
-- Gdybym przyjął założenia wyłącznie moralne, brałabyś wszystkie lewe.
--Teraz ci, synku, dobrze, ale jutro rano znów będzie to samo. Coś trzeba z tym zrobić. Martwię się, że jak odejdę, na zawsze zostaniesz w tym domu sam. Trzeba ci drugiego człowieka, na tym etapie życia, synu, to już wszystko jedno kogo.

Z kanasty oczywiście były nici i synalek wracał do piwnicy.

Staruszka matka długo waliła słabnącymi piąstkami w drzwi wiodące do piwnicy.
-- Jacyś staruszkowie, synku, kolędnicy, chcą śpiewać, ale tylko dla Ciebie.
-- Nie trzeba było otwierać.
-- Jeden ma okulary jak junta chilijska, jak byś zobaczył, też byś otworzył.
-- To mogą być zamachowcy.
-- Nie przesadzaj synku, jacy zamachowcy, ty nikogo już nie obchodzisz.
W takich chwilach synalek pragnął zranić matkę staruszkę do żywego i zapytać jakim cudem Bierut przydzielił im wówczas tamto przestronne mieszkanie. Poprzestał jednak na rutynowej groźbie:
-- Nigdy więcej nie będę grać z Tobą w kanastę.
-- Mówisz tak, synku, raz w miesiącu.

W roli turonia występował leciwy staruszek w przestronnych okularach, w roli gwiaździcha śmieszny osobnik o wielkich, zapewne doczepionych, ale bardzo udanie, uszach. Gwiaździch trzymał na smyczy coś, co miało przedstawiać diabła, ale wyglądało na skrzyżowanie owczarka kaukaskiego z chow-chow. Mimo wczesnej pory, pies już wydawał się zalany. Staruszek zakłapał ruchomą szczęką turonia, postraszył, oczywiście na niby, Jarosława K.
--
Jestem turoń! Zębami kłapię! Uciekajcie dziewuszki, bo jak którą złapię! Wpuście nas gospodarze! Coś Wam tu niesiemy w darze!
-- Wstyd mi za pana generale, to jest praktycznie budynek prerządowy, a pan tu z zorganizowaną i częściowo pijaną grupą przestępczą. O co chodzi?
-- Co niesiemy, to powiemy, jak się w izbie znajdziemy.

Jarosław K. czujniej spojrzał na szantażującego go być może staruszka i sięgnął do własnych zasobów gwarowych:
-- Wpierw szykujcie śpiewki, tańce, zróbta skoczne przytupańce.

Generał posłusznie postąpił trzy kroki do przodu i dwa wstecz i potrząsnął turoniem. Obrócił się na wschód i uczynił to samo, a potem jeszcze na zachód, ale tam była zaspa i wyszło gorzej.
Gwiaździch pochylił się paradnie, wypiął wielki zadek, pewnie sztuczny, a głową tak na boki potrząsnął, że mięsiste policzki zatrzęsły się szpetnie, ale w sumie dość spektakularnie.
Staruszka matka pojawiła się tymczasem za plecami synalka:
-- Wchodźcie kolyndnicy w nase progi,a dobrze wytrzyjcie nogi!
-- Mamusia się nie miesza, to sprawa polityczna. Gwiaździoch z psem zostaje na polu. Pan, panie generale, może wejść. 
Gwiaździoch niczego innego nie oczekiwał.  Zakręcił gwiazdą, przerzucił zad do przodu, mocniej szarpnął diabłem na smyczy, zamruczeli coś potem obaj niezrozumiale, jakąś ni to kolędę, ni to międzynarodówkę i zniknęli za wypożyczalnią wideo po drugiej stronie ulicy. 

-- Czego pan chce, generale?
-- Anoszkin, adjutant Kulikowa, rozlał już mleko. Mój czas się kończy. Jeśli nie będzie mi wolno powtarzać, że uratowałem kraj przed sowiecką interwencją, nie przeżyję nawet roku; czuję, że następny grudzień mnie zabije. Lubiłem tę opowieść, tak jak dzieci kochają święta i opowieści wigilijne. Gdy dzieci, szczególnie dziewczynki, przekonują się, że opowieść o dzieciątku i niepokalanym poczęciu to wytwór określonych stosunków pracy, pewnej konkretnej sytuacji społeczno-politycznej, w szczególności zaś nierozwiązanej tak zwanej kwestii kobiecej, ogarnia je smutek. Żołnierz frontowy, który dowiaduje się, że całe życie strzelał w stodoły ojców, smuci się jeszcze bardziej. Ponieważ tak się składa, sądzę, że nieprzypadkowo, że pana czas też się już kończy, niech mi więc pan wreszcie odpuści i w przyszłym roku nie przysyła pod dom oszołomów. 
-- Nie rozmawiam z komunistami.
-- Rozmawia pan, rozmawia, wasza telewizja, nasze radio.
-- Nie rozmawiam z komunistami, którzy prosili Rosjan o bratnią pomoc.
-- A któż o nią kiedyś nie prosił? Czasem człowiekowi trzeba pomocy w utrzymaniu władzy, a czasem potrzebuje lokalu; ale jak lokali w ogóle nie ma bo na ten przykład miasteczko uległo całkowitemu zburzeniu, wtedy każdy ma kłopoty, a władza nie daje ot tak. Władza ma własne potrzeby, a nie było wtedy większego dobra niż mieszkanka; rzec można, że do władzy lgnęło się wtedy głównie z powodów lokalowych.
-- Teraz na szczęście dziadostwo się skończyło. Niech pan już przejdzie do rzeczy.
-- Wasza telewizja, nasza prezydentura.
-- Dostaliście radio, a prezydentura zależy od wyborców.
-- Radio dziś się już tak nie liczy, ponadto trójka, której słucha inteligencja, przypadła wam.
-- Inteligencja słucha TokFM, a publiczną telewizję też się ogląda z nawyku, braku wyboru, albo braków w wykształceniu.
-- To dlaczego ją braliście?
-- Chodzi o godność mojego brata.
-- Przecież jemu już nic nie pomoże.
-- Jak ja mam na to przystać, co powiedzą moi przyjaciele, sojusznicy, polityczni sprzymierzeńcy, co na to mój brat?
-- Opuszczą pana szybciej niż pan sądzi. Niedługo będzie pan bardziej samotny niż ja.
-- A ochrona godności mojego brata?
-- Jest chory i liczy, że wykręci się jakąś sarkomą czy co mu tam niby jest. Powinien odejść definitywnie, jak niegdysiejsi dysydenci, na żółte papiery. Gwiaździch uważa, że powinien przemówić do narodu w moim mundurze generalskim i w moich okularach. Ludzie zrozumieją, że nie może sprawować urzędu, dadzą mu spokój, nikt nie będzie go obrażać.
-- Mój brat ma odejść jako wariat?
-- Wariatów nikt nie zaczepia, wariatom nie wrzuca się przez rozbite okna kamieni, ani nie wydrwiwa w prasie. Wariaci mogą chodzić na spacery z psem. Szaleństwo daje się interpretować jako tchnienie świętości i to jest jego jedyna szansa na spokój. Jeśli pan uważa, że móc wyjść na spacer z psem to w polityce mało, to pan się na polityce jeszcze w ogóle nie zna, prezesie.
-- Nawet gdyby do tego miało dojść, nie potrzebujemy pomocy gwiaździcha. Wariackie przemówienie wygłosić może każdy rozsądny człowiek.
-- W świetle tego, co pański brat nagadał dotychczas, istnieje szansa, że jak będzie chciał przyświrować, ludzie się mogą nie zorientować. Powiadam, ja dam mundur i okulary, a gwiaździch mu coś napisze jeszcze przed nowym rokiem. Powinno zacząć się od „Obywatelki i Obywatele”, a skończyć na „Jeszcze Polska nie zginęła”.
-- To oczywiste, ale co ma być w środku?
-- Gwiaździch proponuje: „Dziś na obszarze całego kraju ogłaszam stan podgorączkowy”. Może też być: „gorączka minie jak ustaną okoliczności, dla których się pojawiła”. Pożyczam wam to przemówienie, możecie je traktować jak własne.
-- Nie mówię tak, nie mówię nie, w każdym razie, proszę zejść ze mną na dół i pomóc mi zamontować choinkę. Poznamy się bliżej. Zawsze widziałem, że jest w panu coś, generale, ta gładkość, ta dziecięca, nielicująca z funkcją i z niekłamanym okrucieństwem niewinność. Ale w polityce, jak pan wie, nie ma sentymentów, tylko przemoc, szaleństwo i krew.

Kaczyński w stroju Jaruzela

(Muzyka: Pulp Fiction)

Strome schody piwniczne znajdowały się za obitymi liniejącym korkiem drzwiami. Generał, nie bez wahania, zszedł pierwszy. Jaskinia Jarosława K. nie nastroiła go optymistycznie:

– Widzę, że chaos i demoralizacja przybrały rozmiary klęski. Naród osiągnął granice wytrzymałości psychicznej. Wielu ludzi ogarnia rozpacz.
-- Musi pan nałożyć czapkę generalską. Zawsze to sobie tak wyobrażałem.
-- Czy mamusia pańska nie zdziwi się, że tak długo przebywa pan w towarzystwie komunistycznego generała w piwnicy?
-- Mamusia wie, że sam nie zamontuję. Kiedyś choinkę montował brat.
-- Pański brat montował? A zupełnie nie wygląda.
-- A przedtem tata. Wziął pan jakieś medale?
-- Nie wszystkie, w moim wieku to już niemożliwe tyle żelastwa dźwigać. Mam jednak kilka, spod Lenino, gdzie wygłosiłem płomienne przemówienie do rekrutów, i za wyzwolenie Warszawy.
-- Wystarczy, byleby dzwoniły. 
-- Wie pan, że wchodziłem od miasta od tej strony, od Łomianek i Młocin? Zajęliśmy ze sztabem tę długą kamienicę na Mickiewicza, przy Dworcu Gdańskim. Wie pan którą.
-- Do roboty generale, wnet zaświeci pierwsza gwiazda.
-- Wielki jest ciężar odpowiedzialności, jaka spada na mnie w tym dramatycznym momencie polskiej historii.
-- Niech pan dalej przemawia, generale, a ja będę śpiewać przyśpiewki.
-- Żołnierz polski wiernie służył i służy ojczyźnie. Zawsze na pierwszej linii, w każdej społecznej potrzebie. Również dziś z honorem spełni swój obowiązek. Nasz żołnierz ma czyste ręce, nie zna prywaty, lecz twardą służbę.

Oj, maluśki, maluśki, maluśki kiejby rękawicka
aboli tez jakoby, jakoby kawałecek smycka. Lililili LiLi La...

-- Śpiewa pan, prezesie, niezwykle wprost ohydnie.
-- A z pana żaden mówca. Nigdy nie rozumiałem powodów pańskiej błyskotliwej kariery.
-- No i teraz pan doskonale rozumie. Anoszkin nigdy mi nie wybaczył, że marszałek Wiktor Gieorgiejewicz mnie lubił bardziej.

Tam pijałeś coś takie, coś takie słodkie małmazyje
Tu się Twoja gębusia, gębusia łez gorzkich napije.

-- Atmosfera niekończących się konfliktów, nieporozumień, nienawiści, sieje spustoszenie psychiczne, kaleczy tradycje tolerancji.

Tam Ci zawse słuzyły, słuzyły prześlicne janioły,
A tu lezys sam jeden, sam jeden jako palec goły.

-- W piątej rundzie dajesz ciała, powtórz.

Gdybym ja tam jako Ty, jako Ty tak królował sobie,
Nie chciałby ja przenigdy, przenigdy w tym spocywać żłobie.

-- Wobec całego narodu polskiego i wobec całego świata pragnę powtórzyć te nieśmiertelne słowa: Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy.

Fotomontaż: HONZO

Fotomontaże: HONZO

07:33, balsamlomzynski
Link Komentarze (11) »
środa, 09 grudnia 2009

Facet na wozie pełnym siana

Ponieważ w drugim tygodniu grudnia pogoda była taka jak do niedawna we wrześniu, pacjent zażyczył sobie, by o poranku umieścić go na częściowo osłoniętym balkonie, na pierwszym piętrze rezydencyjnej części pałacu. Sprawdzono stan balkonu, usunięto wyschnięte liście i owinięto prezydenta pledem; założono mu na głowę jego ulubiony kapelusz przypominający hełm. Szczygło poprawił pled, mocniej wcisnął kapelusz na głowę prezydenta. Prezydent był zadowolony, ale mało widoczny i jego głos dobiegał nieco przytłumiony, jak ze studni:

-- Zjechało się do Kopenhagi dużo wpływowych osób, panie ministrze, a ja, z powodu choroby, nie wiem o co chodzi. Instynkt polityczny mówi mi, że tam się źle dzieje. Życzę sobie porozmawiać z jakimś wybitnym naukowcem.  Powiedzieć prawdę, trochę się krępuję brakiem przedmiotowej wiedzy, więc proszę dyskretnie, kogoś sprawdzonego.

-- Mam kogoś takiego, solidny, belwederski profesor, nigdy przed 89 nie wyjeżdżał, a i potem tylko do Chorwacji z rodziną.

-- Umysłowość samodzielna. A jak się nazywa?

-- Nazywa się nieładnie, lepiej nie pytać.

-- Na pewno Pipka, jak ten z radia, albo jakoś tak, dawajcie go, niech się nie krępuje.

Prezydent z radością rozglądał się po dawno niewidzianej okolicy. Z daleka widać było piekną na swój sposób elektrociepłownię Siekierki, tysiące samochodów uwięzionych na Wisłostradzie i na wszystkich, bliższych i dalszych mostach na Wiśle. Profesor pojawił się w oka mgnieniu:

-- Na szczęście mam blisko, przyszedłem piechotą.

Profesor był rzeczywiście solidny, w oczywisty sposób belwederski, wielokrotnie lustrowany, o nieco męczeńskim wyrazie twarzy, sugerującym status czymś przez los pokrzywdzonego.

-- Panie profesorze, od dawna mam wrażenie, że jeśli chodzi o klimat, to, co tu dużo mówić,  nie znam się. Znam się, proszę pana, na Ruskich, na gazie się znam azerskim i kazachskim, owszem, o ekonomii się wypowiadam ze zdumiewającym spokojem, ale o klimacie przyznaję, w ogóle nie było czasu. Powiedzieć prawdę, nie odczuwam tego entuzjazmu, który odczuwają inni przywódcy światowi, nawet się trochę nudzę jak temat jest poruszany. Chodzi o określone gazy, czyż nie?

-- To jest taka moda, w nauce też tak jest, jakiś temat jest promowany, a potem nie jest. To jest, panie prezydencie, wielki biznes, wielkie interesy, o których nawet nam się nie śni.  Zawartość CO2 w atmosferze jest rzeczywiście większa niż sto lat temu, ale czy to wina człowieka i czy zmniejszenie go spowoduje zahamowanie ocieplenia?

-- No więc właśnie, jak ktoś nie jest naukowcem, spojrzy na nasze Siekierki i zaraz bóg wie co sobie wyobraża.

-- Klimat jest czynnikiem naturalnym na ziemi.

-- Zawsze tak mówiłem, niech pan zapyta Szczygły.

-- Kształtuje go ze dwadzieścia czynników i trzeba, panie prezydencie sprawdzić, który jest odpowiedzialny za co, a nie pochopnie redukować dwutlenek.

-- Dwadzieścia czynników to jest rzeczywiście dużo.

-- To nie jest działanie hobbystyczne, to są ogromne środki i to może być marnotrawstwo na globalną skalę.

-- A na defiladę, proszę pana, jedenastego listopada, nie było.

-- Widzi pan, w nauce zawsze jest tak, że ktoś chce błysnąć, coś nowego powiedzieć.

-- A to mi dopiero, w polityce też.

-- Była historia z dziurą ozonową dziesięć lat temu, że niby lodówki z  freonem niszczą ozon, a koncern Dupont, proszę pana prezydenta, miał gotową technologię alternatywną i jak wyszedł zakaz używania freonu, to oni straszne pieniądze zrobili.

-- A dziura została?

-- Dziury nie ma, ale słyszałem teraz, że z innych powodów powstała.

-- Dobrze, że pan śledzi literaturę, tak trzeba, wiem, że nie dostajecie dość pieniędzy, słyszałem.

-- Proszę pana, był ostatnio wyciek z jednostki badawczej ONZ. Oszustwa, proszę pana, i mijanie się z prawdą było na wielką skalę.

-- W nauce? Tu też, panie profesorze, przeciek na przecieku. Ale redaktor Wildstein też zainteresował się klimatem, mogę obiecać, że szybko się wszystko wyjaśni, albo przynajmniej trochę zmięknie. W ogóle najzdolniejsze umysły "Rzeczpospolitej" teraz sie wzięły za demaskowanie klimatu.

-- Wszystko to po to, panie prezydencie, żeby promować energię wiatrową, a czy wiatrak się obraca, proszę pana, zależy od wiatru na danym terenie.

-- Oni tego nie wiedzą?

-- Widzą, ale to jest wielki biznes, subsydia, z naszych pieniędzy. A jak, proszę pana, jest cisza, wiatru nie ma, to co, mamy po ciemku siedzieć?

-- Na to zgody nie ma i nie będzie, panie profesorze. Czyli to podejście dwutlenkowe, to ono nie jest pewne?

-- Oczywiście, że nie, jak naukowiec mówi, ze coś jest pewne na sto procent, to mówiąc delikatnie, mija się z prawdą. Podejście dwutlenkowe jest jednym z wielu, ale dominujący punkt widzenia ma najwięcej zwolenników.

-- To samo u nas, w polityce, zawsze dominujący ma najwięcej, a ten co ma najwięcej jest preferowany.

-- A wiatrak trzeba po dwudziestu latach wymienić.

-- Dłużej nie pochodzi?

-- Jak jest cisza to może i pochodzi, ale jak proszę pana pracuje, to przecież materiał się zużywa.

Właściwie nie wiadomo było, co było gorsze, cisza czy zużycie, profesor przerwał, by uspokoić nerwy, dla zachowania charakterystycznej dla naukowców rezerwy.

-- To jest wszystko biznes, i to po obu stronach, jedne grupy interesów chcą tego, drugie tamtego, nauka jest, panie prezydencie, na służbie.

-- U mnie jest podobnie i stale z tym walczę.

-- Widział pan kiedyś grabie, co od siebie grabią?

-- Ja już grabi dłuższy czas nie miałem okazji, jakoś się nie składało. Od siebie, powiada pan? No nie, do siebie grabią, jakże inaczej? Od siebie dodam natomiast, że od smrodu jeszcze nikt nie umarł, natomiast z zimna, owszem, więc niech się trochę ociepli.

-- Ja uważam, że można spokojnie na wodzie jako paliwie jechać, żadnych zanieczyszczeń, tanio.

-- To jest dobry pomysł, woda przecież jest.

-- Ale technologii wodnej proszę pana, nie ma i ja pytam dlaczego? Tylko ogniwa słoneczne i wiatraki. I handlowanie emisjami, czyli tym czego nie ma. To będą wielkie pieniądze dla pośredników.

-- Może kupić wodę, zanim podrożeje,  co pan radzi?

-- Poczekać, zastanowić się, mamy czas, przecież się nie pali.

-- Przynosi pan zaszczyt nauce. Jak pan się nazywa, profesorze?

-- Wolałbym nie mówić.

-- Jak pan uważa, ale jeśli Pipka, to moim zdaniem to jest zupełnie w porządku i nie ma czego się wstydzić. Nawet jakby się pan nazywał, powiedzmy, Dzierżyński, to by mi to nie przeszkadzało, przecież tych naukowców z jednostki badawczej gdzie był przeciek pan postawić pod ścianą się nie domaga, tylko dowodzi, że nadbudowa jest ofiarą biznesu.

 

Wywiad z innym, zdolnym profesorem o zabawnym nazwisku, w tym samym tonie, z tymi samymi, o zgrozo, argumentami, na ten sam temat:

http://bi.gazeta.pl/im/2/7341/m7341752.mp3

 


07:19, balsamlomzynski
Link Komentarze (41) »
 
1 , 2
Zakładki:
Obowiązkowo
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne