Spotkania polityki i narracji, onuc i opatrzności, gówna i wiatraka.
RSS
czwartek, 25 lutego 2010

 

Szanowny Panie Premierze:
Donosi mi mój Szczygło, że ciekaw jest Pan, Panie Premierze, powodów, dla których Radosław Sikorski się nie nadaje na ministra, nie mówiąc już o jego nieprzydatności na Prezydenta, na najwyższy urząd Rzeczypospolitej, którą redukuje się ostatnio do żyrandoli i kandelabrów, zapominając nie tylko o piersiach patriotów, na których Ojczyzna zawiesza swe ordery i odznaczenia, ale i Narodowej Radzie Rozwoju, która zbierając się w oświetlonych kandelabrami salach już kroczy, w pewnym sensie, ku przyszłości. W każdym razie, niechaj ten list nie stanowi podstaw do mylnych przeświadczeń, że ktokolwiek tutaj nadaje się na urząd premiera, bo to nie jest tego pisma przedmiotem. Ale wiedz, Panie Premierze, że ja w żadnym razie nie zamierzam redukować Pańskiego urzędu do mrocznego pijaru, jak wielu powszechnie szanowanych pracowników mojej, ale zapewne również innych, pomniejszych kancelarii, czyni.

[ujmuje kartkę w obie ręce, czyta z uwagą, jest umiarkowanie zadowolony, zaciera ręce]

Jak to mówią, jeśli musisz zapytać o cenę, prawdopodobnie cię nie stać; jeśli pytasz o powody, dla których kogoś się o coś podejrzewa, prawdopodobnie nie nadajesz się, żeby dostąpić szczegółów. To naturalnie słowne igraszki, ale oto nadbiega kozera: trzeba Panu wiedzieć, że oskarżenia wypowiadane publicznie nic nie zyskują na swym późniejszym uszczegóławianiu, przeciwnie, jak nadto wyeksplikowana anegdota, tracą blask, a czasem również swe głębokie przesłanie, dla którego zostały wypowiedziane.  Na uszczegóławianiu, Panie Premierze, zyskują jedynie polityczni detaliści, kolekcjonerzy słów, lekceważący szersze i mroczniejsze zagrożenia.  Mają miejsce określone inwestycje energetyczne, gazociągi, rurociągi, terminale skroplonego nie do poznania gazu; są naftociągi, w których płynie gaz i gazociągi, w których płynie nafta, są rury, których nie ma i są sieci mrocznych powiązań, którymi oplata się nasze cierpiące społeczeństwo. Innymi słowy na pewne cmentarze nie chodzi się bez powodu, ale też są cmentarze, że tak powiem, narodowe, o których pamiętają nieliczni. Nikt, panie premierze, nie insynuuje jeśli nie musi, a jeśli musi, zazwyczaj prowadzi to do domniemań.  Tyle Panu powiem:
frères ne choisit pas, mais les ministres, oui.


[szlocha kilkakrotnie, dość gwałtownie, wraca do pisania]

Mówi mi mój wierny Szczygło, że najlepiej takie rzeczy wyjaśniać w punktach; niefortunny szef mojej
niefortunnej kancelarii nalega, żeby pisać wprost, po męsku. Powiem tak: nie uważam, żeby w punktach było bardziej po męsku niż szlachetną, uwolnioną z okowów prozą. Nawiasem mówiąc, szef mojej kancelarii często mówi, że będzie po męsku, a potem bardzo często, nie przymierzając jęczy, nie mówiąc już o Szczygle, który radzi, żeby w punktach, a potem niejednokrotnie, również nie przymierzając szczeka na publiczność coś co przypomina wojskowe komendy. Obaj nagminnie wyjeżdżają też z tematyką najzupełniej uboczną wobec centralnego zagadnienia. W nawiązaniu, proszę zwrócić uwagę, że załączam zdjęcie, w duchu pleniącej się ostatnio multimedialności. Nie muszę chyba wyjaśniać, co to jest dobrowolec.

[sprawdza słowo w słowniku]

Powiem szczerze: źle mi się ostatnio pisze. Siadam, każę sobie przynieść kawę, ale odczuwam po niej senność, podnoszę do światła stalówkę, ale patrzę za okno, każę przynieść herbatę, ale wiem, że parzono ją na próżno, proszę o ciszę, przeganiam Handzlika,  jestem dlań nieuprzejmy, a on przecież moją, prawdopodobnie ostatnią wyprawę na Kijów szykuje; paszoł won, mówię, jak na jaką swołocz, jakbym miał bóg wie co napisać, jakąś prawdę o świecie z siebie wyrzucić, jakbym ja był jakiś co najmniej Tołstoj, a potem wychodzi zawsze to samo, czyli że okres między 2005 a 2007 to był bardzo dobry okres.  Tyle Panu powiem: pouvoir dure aussi longtemps qu'il est beau, alors il est une malédiction.

[wznosi oczy do góry, wzruszony i zrozpaczony]

Cóż ma żyrandol do majestatu? Jak się uważnie przyjrzeć to do tej Roli nie nadaje się nikt, ale to jeszcze nie jest powód, żeby tę rolę powierzyć dobrowolcom, albo ich mandatarijcom, do których ani ja ani mój brat, ani, zapewniam pana, mój ojciec, nigdy nie należeliśmy. Rosoła z królika nie zrobisz, ale go rosołem pogonisz. Innymi słowy, czasem rzeczy pozornie bez związku, wywierają jednak zamierzony efekt. Ja Panu na cmentarz nie zaglądam, a przecież nikt nie chodzi tam dla zdrowia. Jeśli zaś nikt się na ten urząd nie nadaje, to powinno zostać jak jest. Powiem tak: najważniejsze jest, żeby zdrowie było, ale skąd ma być, jak szpitale przechodzą, Panie Premierze z rąk do rąk, jak jakieś marchandise.

[drży, dość gwałtownie]

Mówię często mojemu wiernemu, ale niezbyt przecież bystremu Szczygle, że w wielkiej polityce jest bardzo ważne, żeby nie brać wszystkiego littéralement. Nie po to się insynuuje, żeby potem literalizować zagadnienie do gołej, odartej z wszelkiej krwie i tkanki łączącej, kości. Dosłowności gubi nas i zabija niejeden dialog publiczny, który mógłby, równie dobrze, odbywać się w milczeniu. W wielkiej polityce, którą uprawiałem zanim sprowadzono mój urząd do kandelabrów, wystarczyło czasem jedno geopolitycznie znaczące westchnienie. Teraz się głównie mydli ludziom oczy. Czy na tym polega postęp, o którym tyle się ostatnio mówi? Nie na tym.

[Odchyla się w krześle, prawie tracąc równowagę]

Ale jedno powiem Panu jeszcze: Sikorskiego trzymałem w akwarium dłuższą chwilę i widać było, że to człowiek chwiejny. Gdyby schwytali go Rosjanie, do czego moim zdaniem już dawno mogło dojść, natychmiast zacząłby sypać, gdzie mianowicie jest ta tarcza, gdyby ona była, a przecież jej, proszę o tym nie zapominać, nie ma.  Nie wspominam już, co z nim zrobiliby Czesi, których się lekceważy, a to są, Panie Premierze,  straszliwi ironiści.
Opakování matka moudrosti, czyli, kto powtarza, mądrzeje. Nie chcę sugerować jak powinien pan rozmieścić swoje kandelabry, ale gdyby Sikorskiego gdzieś zamknąć i przycisnąć, niejedno wyszłoby na jaw.
Kończę. Lecę do Janukowycza, którego nie uważam. Ale się nie uchylam, prezydentura to nie migotliwe żyrandole, w każdym razie nie każda, Panie Premierze, nie każda.
Niech Pan wie, że jeśli przyjdzie mi złożyć ten urząd, będzie on leżeć odłogiem.

[mnie kartkę i zaczyna pisać raz jeszcze]

 

14:02, balsamlomzynski
Link Komentarze (9) »
sobota, 20 lutego 2010

Charon

Zamiast dotrzeć do dna afery, dotarto do prawdy o naturze ludzkiej i teraz trzeba było coś z tą wiedzą począć, jakoś rzecz całą zamknąć bo okazało się też, że najgłębszym pragnieniem człowieka jest wiedzy pewnego rodzaju w ogóle, mówiąc nieładnie, nie posiadać. Nie wiadomo dlaczego to właśnie zeznania Rosoła przesądziły, że afery hazardowej nie ma. Że jest tylko Rosół. I córka Sobiesiaka. I Sobiesiak. I określone korzyści, których nieustającego przepływu nigdy powstrzymać się nie da.

By wybrnąć z sytuacji, dano wiarę głównym bohaterom afery i niektórym, wyróżniającym się śledczym.



W dzień po zeznaniach Rosoła przed komisją śledczą, biznesowe plany Sobiesiaka stały się, w jakimś sensie, ciałem, chociaż nie w ich pierwotnym ambitnym zakresie, dzięki któremu na Wiśle miało zakołysać się dwieście gondol dziennych i pięćdziesiąt nocnych, wyposażonych w ruletkę i bar, lecz jako skromny program pilotażowy, częściowo finansowany przez Komisję Europejską, w ramach programu innowacyjna gospodarka i restrukturyzacja regionów beznadziejnych.


Istniała kwestia, w której Rosół nie mijał się z prawdą: gondole, podobnie jak wyciągi narciarskie, dały się podciągnąć pod infrastrukturę sportową, mało tego, dały się też podciągnąć pod infrastrukturę kulturalną, dzięki czemu zaspokojono absurdalne aspiracje Warszawy do miana Europejskiej Stolicy Kultury, które to aspiracje mogły być urzeczywistnione jedynie po spełnieniu jednego z następujących warunków: 1. Pojęcie kultury ulega redefinicji i denotuje coś pomiędzy kulturą korporacyjną i bakteryjną, 2. Warszawa zostaje uznana za Wenecję północy.

Drugi warunek spełnić było łatwiej i taniej, tym bardziej, że Warszawa była już Paryżem wschodu, Kaszuby Szwajcarią, a Siedlce są już być może Suwałkami Podlasia.

Na ogół nieczynną, ale dogodnie położoną tuż nad praskim brzegiem Wisły restaurację i dom weselny Bellissima, przemianowano na
Palazzo Vendramin, siedzibę Casino de Venecia; fundamenty szykowanej na Euro 2012 stacji metra Warszawa Stadion przemianowano na Sant Michele, wyspę umarłych.

Gondola pilotażowa wyruszyła w pierwszy rejs o poranku, w dzień po zeznaniach Rosoła, kiedy Wisła, zwana teraz Rzeką Smutku, niespodziewanie uwolniła się z okowów lodu.

Rosół, jako człowiek nieskończenie uprzejmy, miał teraz za zadanie zabawiać i wozić gości, żywych lub umarłych, z Palazzo Vendramin do Sant Michele i myć paioli, czyli dno łodzi, co najmniej raz dziennie, a także ilekroć Sobiesiak zakończył czynności. Siedząca na ferro, czyli ozdobnym dziobie, córka Sobiesiaka, której czarne włosy sięgały lustra wody, a oczy przenikały głębie rzeki aż po samo dno, co samo w sobie stanowiło zjawisko nadprzyrodzone, liczyła ziarna komosy ryżowej i przygotowywła strategię biznesową, a właściwie jej zarys, który odśpiewywała potem w punktach syrenim głosem*. Sobiesiak spotykał się, na gruncie czysto  towarzyskim, ze Zbigniewem C. i ministrem sportu, Mirosławem D.,  których umieszczono już, dość bezładnie na paioli.

Zbigniewowi C. dano wiarę, że spotkanie na cmentarzu niczym nie różni się od innych spotkań, natomiast minister Drzewiecki wszedł na pokład dobrowolnie ponieważ wyjaśniono mu, że ta przejażdżka to zwykła pomyłka obsługi kasyna, coś jak błąd urzędniczy, nieposiadający żadnych konsekwencji legislacyjnych i niewielkie ontologiczne.

Rosół, który teraz kazał nazywać się Kharonem, zabawiał córkę Sobiesiaka rozmową:
-- Czy pamiętano, żeby z karty w Bellissimie usunąć grzybową czystą?
-- Nie posiadam takiej wiedzy i nie mam w tej kwestii nic do dodania.
-- Trzeba też zadbać, Magduś, żeby nie podawano tam kremu z jarzyn, flaków po warszawsku i zarzutki, bo się Komisja Europejska strasznie wkurwi.
-- Co to jest zarzutka?
-- Nie mam takiej wiedzy, Magduś i nic nie mam do dodania, ale powiem ci, że lin po nelsońsku ma znamiona okrutnej wendetty na niewinnej rybie słodkowodnej.
-- Nie pytaj mnie o opinię Kharonie, pytaj mnie tylko o fakty. Powiem ci jednak, nigdy nie zamawiaj tam chrustu z indyka w sosie krewetkowym.
-- Czy to dlatego twój tata jest dziś nie w sosie?
-- Trudno mi mówić za tatę; nie wiem, co tata myśli, rozmowy bezpośredniej z tatą sobie nie przypominam, ale na pewno informowałam się taty w jakiejś formie.
-- Czy nie najprościej byłoby zabrać kucharza na przejażdżkę gondolą po Wiśle?
-- Polecenie zostało już wydane, ale będzie to przejażdżka w rozumieniu metaforycznym, nie zaś wyłącznie słownikowym.

Gondolę przybrano w czerń i czerwień, na dziobie umieszczono pozłacane anioły. Pod czarnym baldachimem, zwanym felze siedział Sobiesiak, w nastroju w istocie dalekim od frywolnego:
-- Kiedy znajdziemy się pod mostem Śląsko-Dąbrowskim, córuś, powinnaś pocałować Zbigniewa Z. i Mirosława D.  W twoim biznes planie, mowa o nieistniejącej jeszcze tradycji, która nakazuje, by kochankowie pocałowali się pod tym mostem, a wtedy  doświadczą miłości wyczerpującej znamiona trwałości i wieczności.
-- Czy to ty tatko kazałeś wyciąć te nadrzeczne zarośla, w których od wieków chowali się kochankowie?
-- Czy brakuje ci tych nędznych krzaków, Magduś?
-- Przeciwnie, sądzę, że tak jest lepiej, ale boję się, że koszta pozwoleń na wycinkę bardzo teraz wzrosną.
-- Takie jest życie, Magduś, a na shopping ci nigdy nie zabraknie. To już ten most, córeczko, to już ten most.

W istocie, z mgły wynurzyły się przęsła kołowo-tramwajowego mostu Śląsko-Dąbrowskiego, przez reakcję antykomunistyczną zwanego mostem Kierbedzia. Nieprawdopodobnie miękkie, choć, jak to w lutym, chłodne usta córki Sobiesiaka, najkształtniejsze wargi Dolnego Śląska, zbliżyły się do woskowej twarzy Zbigniewa C., a potem do wąsów Ministra Sportu, który walczył z więzami nawet wówczas gdy jego wysportowanym ciałem golfisty wstrząsały już spazmy charakterystyczne dla ludzi odczuwających rozkosz, albo agonię.

Córka zie zdążyła jeszcze dobrze się usadowić na ferro, kiedy Sobiesiak wykonał czynności.


Chwilę później, siedział, zmęczony, jak każdy facet po dniu pracy na lama da poppa, dachu kabiny, który niebezpiecznie się pod jego ciężarem wygiął. Rosół wydawał się odcięty od wiedzy, bowiem ani z prasy, ani z innych źródeł nie dowiedział się niczego o wykonywanych na paiali czynnościach, patrzał zresztą ku śledczym, których prawie, z powodu porannej mgły, nie było widać.

Wyróżniający się śledczy płynęli dobre pięć metrów za gondolą, doczepieni za pomocą przetartej linki szpagatowej, w charakterze suplementu bagażowego.  Wespół z gondolą tworzyli tak zwany skład.  Życzenie Wassermana by jego wanna była śmiercionośna spełniło się ubiegłej nocy i płynął teraz w niej ku swojemu przeznaczeniu, ale nie był sam. Życzenie Kempy by uchodzić za kobietą prawdziwą, czyli spolegliwą i we wszystkim ustępującą swojemu mężczyźnie też się ziściło i aż do wypełnienia się czasu miała za zadanie umywać plecy byłemu prokuratorowi komunistycznemu. Robiła to niedelikatnie, prokurator komunistyczny krwawił i złorzeczył:
-- Czy masz wiedzę, Beato, że ból potrafisz zadawać również po śmierci?
-- Mowa o mojej obecnej wiedzy, czy wiedzy z października 2009?

Kiedy było już ich tylko troje, Sobiesiak, mimo zmęczenia, przemówił:
-- To dobry plan, córuś, i niezły biznes, ale trzeba będzie nieco rozszerzyć ofertę usług, wachlarz oraz, mówiąc językiem naszych przodków, asortyment.
-- Co masz na myśli tatko?
-- Nie każ mi spekulować, zawsze pytaj tylko o fakty.
-- Wszystko, co widzisz jako przyszłość, tatko, stanie się.
-- Trzeba jeszcze wprowadzić kursy.
-- Jakie?
-- Wiedzy.  Dowolnej, wiedzy, córuś, bodaj o społeczeństwie.

 

* Jak kto jeszcze nie widział, polecam "Gorzkie Mleko", peruwiański film który powinien dostać Oscara.

 

18:52, balsamlomzynski
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Obowiązkowo
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne