Spotkania polityki i narracji, onuc i opatrzności, gówna i wiatraka.
RSS
piątek, 09 stycznia 2015

 

Tadeusz Konwicki

 

Oto nadchodzi koniec świata. Z konieczności sam się odhacza na liście to-do i przypełza jako zdradziecki załącznik do orszaku trzech króli. Pierwszy koniec, który nie jest początkiem, tak zwany koniec końców, archetyp śmierci usranej, zagłada-wszystko opłacone, z napojem, który wysysa i z instruktorem powązkowskiego fitnessu.

Plutony egzekucyjne sprawdzają magazynki, opatrzność sprawdza pod światło grom z jasnego nieba, nadają diabli, znajduje się rzucone w ubiegłym stuleciu palenie.

Po latach upokorzeń i zawieruszenia na rubieży, zapisaliśmy się do wszystkich międzynarodowych klubów i stowarzyszeń, pozostajemy relatywnie ubodzy, ale już nas się nie wyrzuca, nawet oddano nam, ostatnim entuzjastom, stery, ale okazało się to końcem i uwiądem świata. Odchodzę, bo niedługo komuś znowu przyjdzie do głowy, że to wszystko przez nas.

Spośród porannych suplementów diety reklamowanych w oknach mojej apteki, która stała się moją księgarnią i moim konfesjonałem, wybieram aminokwasy na skórę, włosy i paznokcie, nie żeby rosły bardziej, ale żeby rosły mniej.  Będą mnie jeszcze ekshumować hieny i maciory, eksmitować na Tarchomin i Golędzin, bujny włos na moim trupie mógłby przyciągnąć niepotrzebnie i za późno spłodzoną mendę Masłonia, który dopadnie mnie pośmiertnie i wyrucha na oczach rozbawionych hien.

Komórka trzęsie się od alertów i powiadomień, ale uznaję, że to ikomerc zahakował moje wczorajsze filtry i przebił gorące deklaracje spamu. Nie sprawdzam. Niesłusznie, bo ktoś rzeczywiście dzwoni do drzwi.

Naturalnie nie otwieram, uciszam serce, uspokajam oddech, przecieram okulary.  Zdradza mnie chlupot z łazienki. Wczoraj wieczór wpuściłem dla jaj antysemickiego księdza po kolędzie i umieściłem w wannie z wigilijnym karpiem, któremu przed rokiem darowałem życie. Dokarmiam obu i śpiewam z pamięci fałszywe kolędy w strasznym żargonie jidysz, teraz ksiądz rzuca się z nadzieją, że ktoś go usłyszy. Kiedy wchodzę z przyrządem, zanosi nędzny akt strzelisty, zwala na karpia, uciszam go wciskając pod lustro wody, szepcząc wyzwiska jak litanię, a raczej donos na wszystkich świętych, zamykam drzwi łazienki na klucz.

Wyglądam przez wizjer, widzę dwóch obcych ludzi w ciemnych okularach, z psem. Uśmiechają się przymilnie. Widzę, że Ruscy, rozpoznaję ich po niespotykanej już w Europie męskości. Postanawiam, że przed śmiercią namoczę księdza, sprawcę nieszczęść tego narodu, i nakarmię karpia, jego niewinną ofiarę. Otwieram:

-- Ja Grisza, a to Szura. Szura, nie przeciągnij psa.

Szura bierze psa na ręce. Widzę już, że popełniłem błąd, bo to mnie grozi zły los, wpuściłem do domu zawodowców w nieznanej mi jeszcze dziedzinie, do tego z dzikim zwierzęciem na ręku. Znam tę grę: Grisza udaje na razie głupka, Szura sceptyka, kot psa, ale potem wszyscy będą jednako tłuc.

Grisza kogoś mi przypomina, Szura też. Pies jest zdeformowany, niestosowny, dziki, nieufny i nieszczery, jak kot.

Grisza wchodzi na pokoje pewnie, jak światowiec, albo enkawudzista:

-- Czy mogę panu zdać naiwne pytanie, Tadeusz Michajłycz?

Szura wywraca ironiczne oczami:

-- Pozwól panu ochłonąć, wkraczasz przecież do mieszkania proroka.

-- Jednakowoż, oto jest pytanie: czy sądzi pan, panie Tadeusz, że jak nadejdą zupełnie nowe czasy, to będziemy o tym wiedzieć?

Tak zwany pies zasiada na skórzanej kanapie narożnej w salonie i liże się pod włos. Szura też usiadł, rozsunął kolana, położył rękę na kroczu:

-- Cóż to za dziwne pytanie, Grisza, nie ma nowych czasów, są tylko nowi ludzie, młodsi, sprawniejsi, z powodów chronologicznych mniej obciążeni, umieją kodować, znają się na finansach, dżender im zwisa, własny i cudzy, a ty, człowieku, tracisz robotę, prawo do życia, i tyle. A potem i po nich przychodzą nowi. Nawiasem mówiąc, Tadeusz Michajłycz, proszę nie przejmować się mendą Masłoniem, zrobimy z nim porządek.

Przestałem pisać i rzuciłem palenie parę lat po Okrągłym Stole, ale teraz zapalam papierosa, pierwszego w tym tysiącleciu, na pusty żołądek, już teraz wiadomo, że pusty na wieki. Grisza siada na krześle tyłem do okna, rozchyla mu się niby niechcący poła futra, widać, że nałożył je na nagi tors. Rozpoznaję podstarzałego satrapę po obwisająch piersiach. Dmucha na paznokcie.

Przynoszę z kuchni butelkę wina z delikatesów na dole, wybuchają szczerym śmiechem żołnierzy jadących na front w eszelonie, w którym jest oficer bezpieczeństwa, Szura mówi coś na ucho psu, pies idzie tyłem, na tylnych nogach, do mojej kuchni, wraca na samych przednich, z butelką czystej, z naszych ziemniaków. Sięgam za szybę ostatniej gierkowskiej meblościanki w mojej kamienicy, a może i we wszechświecie, po kieliszki i świece. Kieliszki oglądam pod światło, świece zapalam, choć to biały dzień.

Wiem już jak umrę, papieros na czczo to niezdrowo, ale setka kartoflanki to po prostu śmierć.

Przygarniam dłońmi dym świec ku nozdrzom, odmawiam litanię bezbożnika, raz jeszcze ukradkiem spoglądam na Nowy Świat.

Grisza siedzi teraz Szurze na kolanach, obaj są bez okularów. Rozpoznaję teraz tego drugiego.

Księdzu udało się rozluźnić więzy, w łazience zadudniło.  Spod progu wycieka woda. Karp bluźni z wiary ojców. Mówię od rzeczy:

-- Ojcze nasz, który bywasz w niebie.

Grisza ma szkliste, niewidzące oczy, głaszcze psa, który z całą pewnością jest młodym tygrysem syberyjskim, Szura, w którym poznaję popychadło Griszy, ni to podwładnego, ni to przełożonego, sięga po kieliszek:

-- Taka sprawa, Tadeusz Michajłycz, przegraliśmy, przychodzimy zdjąć z pana odpowiedzialność za komunizm, bo to przez pańskie książki zaczęto się z nas śmiać. Chcemy też oddać się pod waszą okupację. Rosja umiera, Grisza ma raka odbytu, ja bez Griszy nie przeżyję dnia, tigr ma przejebane z powodu zagłady gatunku.

-- My nie okupujemy.

-- Nie mówcie takich rzeczy Tadeusz Michajłicz. Jak nikt nie patrzy, owszem, okupujecie, niegdyś krnąbrni weterani niewolnictwa, dziś feniks z popiołów, przez was Krym stanął nam kością w gardle, wyhodowaliśmy żmiję na własnym łonie.

-- Mówię, kurwa, że nie okupujemy, złóżcie podanie do Unii, normalnie, przyjmą was.

-- Nie wypada.

-- A prosić się pod polską okupację to wam wypada?

-- Kurica nie ptica. 

23:48, balsamlomzynski
Link Komentarze (21) »
Zakładki:
Obowiązkowo
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne