Spotkania polityki i narracji, onuc i opatrzności, gówna i wiatraka.
RSS
niedziela, 27 stycznia 2013

 

 

Parafia księdza Niekócia karlała pomiędzy lasami nieopodal Przytuł Starych. Wylegał frasobliwie ksiądz Niekóć na pobliskie łąki i w relatywnej cichości serca pytał niekanonicznie:
-- Panie, czy nie czas?
-- Wiara czyni cuda, Niekóć, ale nie odwrotnie.
-- Jakże to?
-- Gdyby, Niekóć, cuda robiły wiarę, cóż wiara miałaby do roboty?
-- Za opium by robiła.
-- Niech was, Niekóć, diabli.

Na obrzeżach lasu przytulskiego, znanego w parafii siedliska grzechów opisanych i nudnych, pośród puszek porzucanych przez kierowców i przydrożne kurwy, wychynęła ni stąd ni zowąd uboga, stara niewiasta. Ksiądz Niekóć, który na byłym kartoflisku wypasał dyskretnie wieprza, Kucia, rzucił się na powrót na plebanię, ale niewiasta dogoniła go w kilku nadzwyczajnie zręcznych skokach:
-- Ojcze, jam nie moherytka, nie przychodzę pytać o boga, ani sprawdzać prawdziwość twojej wiary, nie chcę też pytać kim jest ten wieprz, chcę tylko dowiedzieć się dokąd się dowierciliśmy. Ale cóż to, czy to wy, Niekóć?
-- Kobieto, jeśli potrzebujesz pomocy, idź do przychodni publicznej bądź niepublicznej.
-- Nie jestem kobietą, Niekóć, nie raz ci tłumaczyłem, czy ciągle mnie nie poznajesz?
-- A cóż tu ojciec Tadeusz robi?
-- Smardz, ojciec Smardz. Bóg chciał, że próbnym odwiertem trafiliśmy w samo siedlisko tutejszego grzechu. Nie wiedziałem, że takie rzeczy daje się robić zimą na wolnym powietrzu.
-- Im zimniej, tym członki twardsze.

Ojcowie nawiedzili po pierwsze figurę św. Rocha gdzie każdy wymamlał straszliwe przekleństwo tytułem skłonności Rocha do ubóstwa. Następnie udali się na plebanię zadbać o potrzeby ciała, które były znaczne i pokryte tłuszczem.
Od tego czasu, parafia, rzec można, ożywiła się.

Ilekroć ksiądz Niekóć miał gościa za dnia występującego w sutannie, a nocą z boa, Kuć opuszczał zaszczany chlewik smutno i szedł samowieprz na grząskość nad stawem, na środku którego była wyspa z altaną i meble z ratanu dla ślepych na wszystko moherytek.
Ilekroć Niekócia nawiedzał święty Gowin, wieprz wysrywał się staranniej niż zwykle, kastrował do czysta, malował rzęsy sadzą, siadał na gumnie niepodal trójfazy i śpiewał cienko na chwałę bożego majestatu, albowiem przez Gowina z Gowinem i w Gowinie stanie się przyszłość ostatniej reduty katolickiej Europy.
Ilekroć jednak ojciec Smardz przyjeżdzał do Niekócia ze swoją dziewczyną, Krystyną Pawłowicz, Kuć udawał się natchnionym galopem za daremny neogotyk kościoła, na teren usiany stacjami drogi krzyżowej, bo podsłuchał kiedyś od Krystyny, że jeśli 'to' zelegalizaują, wieprze będą mogły odprawiać liturgię. Myślał Kuć, że jeśli będzie jak dziewczyna szatana przewiduje, to jenakowoż odprawiać się będzie na wolnym powietrzu.

Pragnienia odwiedzających Niekócia nie były uregulowane prawnie, nie było między nimi żadnego pożycia, bo to, jak mawiała Krystyna, byłoby ‘słodkie i hedonistyczne’. Siadali jałowo na odwróconych taboretach, traktując je przedmiotowo i instrumentalnie, jak za czasów stalinowskich. Rano wymachiwali koronkami na zwykłych cząstkach różańca do krwi, a także do serca, do oblicza, do miłosierdzia, nie z nadzieją na odpust zupełny, ale dla porannego rozpędu w tworzeniu dzieł oligarchicznych i dziwnych.

Mają bowiem rację i Feuerbach i Krystyna Pawłowicz: bóg zazwyczaj nie jest, ale kiedy dwóch gromadzi się w imię jego, czyli dla dobra, prawdy i piękna, i przy tym nie kantują, on tam jest, jako księżycowa poświata i jako śpiew słowika, ale kiedy dwóch albo, co w teologii pawłowiczowskiej nie jest jeszcze dobrze wyobrażone, trzech gromadzi sie pokątnie i hipokrytycznie, bóg się zwiesza i zjawia pod postacią kastrowanego wieprza.

22:18, balsamlomzynski
Link Komentarze (54) »
środa, 16 stycznia 2013

 

Młoda salowa Mirka przemierzała z kotłem cywilizajcę śmierci, ale do cywilizacji ręki nie przykładała.  

 

 

Zupa w kotle była jak eutanazja, a wokół Mirki pachniało dawnym kalafiorem. Pacjenci z łatwością udawali, że nie żyją, ale pewnego dnia salowa poczuła na sobie łapczywy wzrok człowieka z urazem głowy. Miał złoty łańcuch i latynowski zarys, białe zęby i parametry turysty albo kochanka wymyślonego przez ludzi, którzy nie znali się na kobietach:

-- Qué es esto sopa fragante?
-- Kostki rosołowe, kalafior.
-- Dość, Mirka. Mówisz po hiszpańsku?
-- Wszyscy, którzy dotykają wzrokiem moich piersi pytają najpierw, co jest w zupie, a potem całują.
-- Nie mogę jeść, ani całować.
-- Dlaczego nie możesz całować, maricón?
-- Mam uraz głowy i nikt go nie opatrzył.
-- To wydział transplantologii kardiologicznej, może dlatego.
-- Załatw mi, Mirka, przeniesienie na chirurgię.
-- Masz na myśli poza kolejką, po znajomości?

W sercu Mirki rozpętała się burza, powstał zamęt, wzywano nawet lekarza, co wywołało ogólne ożywienie. Kiedy ucichły telefony komórkowe i zawodzenie ofiar, lustro sopa fragrante pofałdowało się i jak z kosmicznych bagien z kotła wynurzyło się trzech agentów w podwodnych kominiarkach, które tym się różnią od lądowych, że nie można przez nie oddychać. Dowodzący operacją aspirant Pastewny odsłonił pełne usta:
-- Przyznaj się Mirka, krócej będziesz siedziała.
-- Mirka niczemu nie jest winna.

Mirkę przesłuchiwano jednak nocą i za dnia. Najpierw z pomocą metod stalinowskich, ale te lubiła najbardziej. Kiedy ją sadzano na odwróconym krześle, podawała detaliczne położenie tajnych składów broni i amunicji WiN z listopada czterdziestego siódmego; kiedy oblewali nagą Mirkę lodowatą wodą w nieogrzewanej celi, mówiła po rosyjsku, niemiecku i pasztuńsku, od czego zbombardowano orszak weselny w Pandższirze; kiedy gasili na jej nagim ciele papierosy, nadstawiała lubieżnie drugi policzek mówiąc:
-- Kiedy wreszcie przyjdzie wasz minister z akowskim generałem?

Odwieźli Mirkę samolotem specjalnym do ośrodka wydobywczego CBA w lasach w trójkącie: Mokra Lewa, Łyszkowice, Belchów. Nigdy wcześniej w historii wydobywczości śledczej nie doświadczono tak wielkiej skuteczności działań i takiej kompletności zeznań świadka w sprawie. Mirka wszystko wiedziała i wszystko wyznawała, obnażała mechanizmy własne i korupcyjne, a także te dotyczące natury ludzkiej. Wiedziała skąd bierze się ludzka chciwość i dlaczego w ranach pozostają narzedzia chrirurgiczne:
-- Czasem taki tam balagan, że nie warto nawet zaszywać. Raz zdarzyło się, no co? Mam nie opowiadać?

Nie, Mirka, ty więcej nie opowiadaj! Bladzi agenci, porażeni prawdą o człowieku, błądzili po skutych mrozem polach aż po Jacochów i Płyćwię. Wielu oszalałych młodych ludzi o latynowskich rysach zawodziło potem
proroczo na rozstajach dróg :
-- Co leśne niechaj pozostaje leśne, a co rolne, rolne.

Mirka nie ustawała w dziele obnażania prawdy. Nocą mówiła rzeczy najgorsze, o ministrze, o generale i o Rydzyku, który był ich patronem. Najgorzej mówła o aspirancie Pastewnym. Nie było jak jej przerwać, bo przecież wydobywało się z niej to, co miało być wydobyte, tyle, że było tego więcej, niż trzeba i bardziej było prawdziwe:
-- Czy wiecie panowie śledczy, dlaczego w ramach CBA nigdy nie udało się stworzyć sprawy w oparciu o kuszenie mężczyzn przez piękne kobiety, chociaż kuszenie kobiety przez byczków i żigolaków opanowano do perfekcji? Czy wiecie, panowie śledczy, że jak świat światem, większość wywiadów specjalizowała się w uwodzeniu mężczyzn przez kobiety? Czyżby koniec na dzisiaj?

Tak , Mirka, tak, ty więcej nic już nie opowiadaj!
Zamykanie ust Mirce trwało wiele tygodni. Karmili ją jamón de Trévelez, nie z oszczędności, broń boże, ale dlatego, że w odróżnieniu od delikatnej jamón ibérico de bellota, taniej szynki z białych świń z La Alpujarra nie sposób było żuć nie przerywając zeznań; podstawiali Mirce doskonale wyposażonych kochanków o błyszczących włosach, ale wycisnąwszy z nich ostatnie soki mówiła, że to zwykłe cioty. Ilekroć mówiła te przerażające rzeczy, tylekroć odpadała kolejna połać tynku w gabinecie generała:
-- Mirka musi zamilknąć.
-- Nie ma u nas kochanka, który złamałby jej serce.
-- Nie do wszystkiego, Pastewny, musimy używać kochanków. Można Mirkę zarąbać.
-- Mamy helikoptery, walizki ze skór węży, samochody droższe, niż złote zęby smoka; mamy hiszpańskie jamony z czarnych świń, szampany Cristal, które pili carowie; są złote łańcuchy i złotogłów na bieliznę operacyjną, ale siekier nie zabezpieczono.

Siekier niby nie było, a w ośrodku i tak zapadła coraz głębsza, niedobra cisza. Aspirant każdej nocy zdejmował koszulę i liczył pieniądze, powoli, po polsku, hiszpańsku, do przodu i do tyłu, z niemieckimi wtrąceniami, tak jak generał lubił najbardziej, ale zwierzchnika trapił ów niezdrowy spokój panujący nocą w najlepszym ośrodku wydobywczym Europy.
-- Powiedzcie, Pastewny, ilu was wyszło z kotła?
-- Trzech.
-- A z czego, wedle zeznań oskarżonej, była sopa fragrante?
-- Z kostek rosołowych, kalafiora.
-- Dość. Czy uszczegółowiliście, o jakie kostki chodziło?
-- To się rozumie samo przez się, panie generale, nie ma instrukcji, żeby uszczegóławiać jak się samo rozumie.
-- Gdzie wobec tego jest kapelan, czwarty uczestnik desantu na trasplantologii?
-- Czy sugeruje pan, generale, uaktualnić instrukcje czynności śledczych?
-- Nie ma potrzeby, instrukcje są dobre, ale po akcji zawsze należy odliczać.
-- Kapelan nie wyszedł z zupy, to prawda, ale czy wynika z tego, że zamordowano go siekierą?
-- To dlaczego tak tu cicho, Pastewny?

Pastewny, generał i minister wiedzieli, że jeśli śledztwo nie posuwa się w pożądanym kierunku, a tym przypadku posuwało się w fatalnym, bo Mirka wiedziała i mówiła za dużo, należy zacząć od pytań podstawowych i najlepiej zadawać je o świcie. Minister nałożył na twarz gęsty krem samoopalacjący, generał zapalił powabną cygartkę, a Pastweny nałożył na włosy gel para el pelo Con Sabila. Tak uzbrojeni weszli w trybie najlepszej policji nowojorskiej do celi Mirki, która miała dla siebie całe usłane trupem piętro:
-- Nazwisko, imię i nazwisko.
-- Giertych, Roman Giertych.
-- Dlaczego przestawialiście się, Giertych, jako Mirka?
-- Nie przedstawiałem się, nigdy nie pytano mnie o nazwisko, musicie zmienić instrukcje.
-- Instrukcje są dobre, ale do realizacji trzeba zatrudnić rzeczoznawcę, który sprawdzi płeć. Gdzie jest Mirka?
-- Mirka jest na chirurgii, z pacjentem. Nie użyła wpływów, uwiarygodniła i zwiększyła zakres urazu agenta, agent się bronił i oboje trafili na chirurgię zwykłym trybem.
-- Jak to się stało, że aresztowano ciebie, Roman?
-- Wasi agenci wynurzyli się za późno, ministrze, kiedy Mirka zwróciła się już do mnie z prośbą bym ją reprezentował.

Kiedy sprawa się wydała, uwaga opinii skupiła się na cierpieniach jakich doznają pacjenci wskutek kapelanów pachnących kalafiorem. Porównano te praktyki do drugiej połowy lat siedmedziesiątych, co ministra wprawiło w gniew:
-- Nikt nie pyta dlaczego w krzyże redemptorystów wbija się siekiery, co jest jawnym atakiem na kościół, starannie przemyślanym scenariuszem, tymczasem mój dziadek, akowiec z powiatu przemyskiego, nie zmarłby gdyby nie mielone. Powiedzieli kiedyś 'mielone raz odebrać proszę', poszedł i brał na grupę inwalidzką, chociaż wtedy poza kolejką było już tylko na z dzieckiem na ręku. Wziął dziecko, które było ciężkie i wpływowe. Mój dziadek umarł z tęsknoty za mięsem i ja nie rozumiem, dlaczego mój dziadek tak się ostatnio relatywizuje. 


22:41, balsamlomzynski
Link Komentarze (41) »
 
1 , 2
Zakładki:
Obowiązkowo
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne