Spotkania polityki i narracji, onuc i opatrzności, gówna i wiatraka.
RSS
niedziela, 29 stycznia 2012

  

 



Zanim Binienda spłynął z powierzchni hydrantu, Biniendzina dobiła go trzema strzałami, wykazując się nie tyle okrucieństwem bez potrzeby ile dokładnością kobiet dawnego Podlasia. Dziewięćiomilimetrowego Lugera wplotła potem w porzuconą dłoń Biniendy, żeby upozorować samobójstwo. Wykonała szereg innych zafałszowań miejsca zbrodni, które pozwoliły jej potem wymknąć się szafującemu karą śmierci akrońskiemu wymiarowi sprawiedliwości: wzdłuż domniemanej trajektorii Biniendy wywróciła kosze: szare na śmieci zwykłe, zielone na kompostowe, niebieskie od recyklingu; wytłukła światła przednie pickupa, o który Binienda mógł się otrzeć w drodze do swojego przeznaczenia; skopała postronnego biegacza, który drżał teraz w szoku na zaśnieżonym asfalcie.

Kapitan Philip Gordon z policji w Akron, były szef lokalnego wydziału zwalczania nielegalnej imigracji, człowiek skompromitowany uzasadnionym podejrzeniem o korupcję i zażywanie narkotyków, dogorywający  w oczekiwaniu na emeryturę w administracji działu zabójstw policji w Akron, otrzymał telefon z centrali o godzinie siódmej czterdzieści pięć, kiedy jego wielocylindrowy Sierra Denali grzał się już od kwadransa w ramach przygotowań do końca nocnej zmiany:
-- Denat na East Exchange Street, uderzył się w hydrant i zastrzelił, wygląda na samobójstwo. Pojedź,  Gordon sprawdź, ale sprawa jest już właściwie zamknięta, to samobójstwo.
-- Zastrzelił się zanim uderzył w hydrant, czy potem?
-- Przypomnij mi Gordon, czy to była kryształowa amfa czy sole kąpielowe?


Gordon dojechał na East Exchange w oka mgnieniu. Hydrant był już umyty, obok leżała już tylko sama ręka Biniendy z Lugerem, i poranny biegacz usiłujący coś wyszeptać, mimo końcowej fazy ataku serca. Gordon sprawdził puls ręki, zdjął kapelusz, przyłożył rondo do serca, ruszył w kierunku domu Biniędów. Biniendzina latała rozanielona po obszernym ogrodzie wznosząc do nieba ręce i obijając się czasem o gazowy grill z półką boczną i szafką dolną, nastrojem i rozmachem przypominający instalacje portowe:
-- Niezmiernie mi przykro.
-- Mnie też.
-- Czy profesor miał jakichś wrogów?
-- Wyłącznie.  Najbardziej chciał się go pozbyć uniwersytet.
-- Czy na jego śmierci najbardziej skorzystają władze uczelni?
-- Najbardziej skorzysta Maciarewicz.
-- Kto?
--Maciora, słynny upiór smoleński, mąż prowadził dla niego śledztwo przeciwlotnicze, które pozbawione było sensu. Teraz najgłupsze scenariusze Maciory okażą się bardziej prawdopodobne.
-- Czyli dla śledztwa Maciory byłoby teraz najlepiej gdyby zginął Maciora?
-- Najlepiej byłoby gdyby Maciora zabił teraz pana, kapitanie.
-- Zadam więc ostatnie, rutynowe pytanie: gdzie była pani w poniedziałek, dziewiątego stycznia, o godzinie siódmej zero zero?
-- Dziś jest dziewiąty stycznia. I nie ma jeszcze ósmej. Latałam tak jak teraz, mąż pytał czy jest jest na właściwej wysokości i właściwej ścieżce.
-- Co pani na to?
-- Że to głupie pytanie.
-- Mówiła pani coś jeszcze?
-- Na ścieżce i na pasie.
-- Dlaczego?
-- On miał na oczach kominiarkę.
-- Dlaczego?
-- Ponieważ on woli parametrycznie zmiast osobiście sprawdzić czy piździ.
-- Jeśli piździło, powinni byli tego dnia zamknąć uniwersytet.
-- Powinni go byli zamknąć.
-- Czy jadła już pani śniadanie, Ms Binienda?
-- Mąż przygotował przed śmiercią jajecznicę.
-- I ja chętnie zjem coś przed śmiercią.
-- Nie zginie pan dzisiaj, kapitanie
-- Czyli Maciora się czasem lituje?
-- Maciorze czasem się myli.
-- Kto zatem zginie?
-- Polski akredytowany.
-- Kto będzie zabójcą?
-- Minister cyfryzacji.
-- Dlaczego?
-- Bo jest nieobliczalny.

 

Zdjęcie: "No country for old men."

Muzyka: "Fargo."

22:29, balsamlomzynski
Link Komentarze (127) »
środa, 25 stycznia 2012

 

 

Profesor Wiesław Binienda ze Stanów Zjednoczonych, mieszkał w Stanach Zjednoczonych, podobnie jak jego żona, Wiesława. Stany Zjednoczone to niezmiernie duży kraj, ale profesor Wiesław Binienda wybrał jego najsmutniejszą część. Część ta jest na szczęście położona nad wielkim jeziorem, ale profesor Binienda zamieszkał w głębi lądu. W głębi lądu jest parę przyzwoitych uniwersytetów, ale profesorowi Biniendzie, podobnie jak wielu letnim stypendystom NASA z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewiećdziesiątych, trafiła się podrzędna szkoła w Akron.


Tego poranka, pogoda w Akron była wyjątkowo mglista i nieprzyjemna. Profesor Wiesław Binienda ze Stanów Zjednoczonych i,  jeśli liczyć staże podyplomowe sprzed dwudziestu lat,  również z NASA, pobrał portfel, klucze, komputer osobisty i zabierał się do wyjścia. Żona profesora zadała mu jednak kłopotliwe pytanie:
-- Czy bardzo dziś zimno, Wiesiu?
--  Nie wiem, Wiesiu, ale podejdę to tego parametrycznie. Posłużę się następującym wzorem:  ymax = (Vt^2 / (2 * g)) * ln ((Vo^2 + Vt^2)/Vt^2).  Nie będę ci tłumaczył całej matematyki, ale istotne jest, żebyś pamiętała, że ciało wytraca ciepło odwrotnie proporcjonalnie do temperatury, przy czym ta zależność ulega modyfikacji poprzez czapkę v i gacie t, przy czym grubość gaci t przybiera wartości od c do g, czyli od cienkie do grube. 
-- Ale po co parametrycznie, wyjrzyj za okno, łatwo jest sprawdzić ręcznie czy jednakowoż piździ.

-- Wolę. Wiesiu, zastosować program komputerowy.

-- Mówiłeś, że program będzie iterować model i kręcić zmiennymi przez siedem dni. Spójrzmy gołym okiem za okno, jeśli piździ, nie leć dziś do roboty, tak tam cię lekceważą tak tam z ciebie drwią.

-- Ty na ogół drwisz ze mnie jeszcze bardziej. Nakładam czapkę i idę.

-- A rodzaj czapki, Wiesiu, nie ma dla modelu znaczenia?
-- Z powodu zespołu Macierewicza, który zimą doskwiera mi srodze, zamierzam pokazywać się na terenie uczelni albo w kapeluszu filcowym, albo czapce kominiarce, a oba te nakrycia mają podobne parametry termiczne.
-- Upraszczasz Wiesiu strasznie, nie wierzę, żeby kapelusz był tak ciepły jak czapka kominiarka.
-- Ale to jest kapelusz z wysuwaną powłoką materiałową i z wiatrakiem, takim jakie stosuje się w NASA do chłodzenia powierzchni tużnadbiurkowych.
-- Lepiej, Wiesiu, idź w kominiarce.
-- Założę teraz na potrzeby modelu różne temperatury, zmodyfikuję grubość czapki v i gaci t. Zapewniam cię, że dotrę do samochodu nietknięty przez zimno kontynentalnego Ohio.

W ramach pierwszej symulacji, wybiegł w czapce kominiarce i w wirtualnych kalesonach t o zmiennej grubości. Zapomniał uwzględnić długość gaci, d, bo mu ani żona, ani Macierewicz o tym problemie nie przypomnieli. Zapomniał też o liczbie nogawek, n, która w przypadku tego akurat modelu zbliżała się do jedności.  Zaplątał się, potknął i pierdolnął w hydrant. Zginąłby pewnie, gdyby nie to, że neurologicznie i politycznie był martwy od upadku komunizmu. Przestałby pewnie nauczać, gdyby nie to, że pełni profesorzy są w Stanach Zjednoczonych zasadniczo nieusuwalni.

 


19:52, balsamlomzynski
Link Komentarze (59) »
 
1 , 2
Zakładki:
Obowiązkowo
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne