Spotkania polityki i narracji, onuc i opatrzności, gówna i wiatraka.
RSS
sobota, 22 stycznia 2011

 

 

Generał Tatiana Anodina, dowiedziawszy się, że Parlament Europejski przegłosował dyrektywę 11307/2008 o „pacjentach bez granic”, postanowiła polecieć w głąb kontynentu, do wód, zrobić sobie zęby i poprawnie ustawić niektóre kluczowe organy wewnętrzne.

-- Tatiano Grigoriewno, tu macie klinikę Wyższej Szkoły Wojsk Lotniczych i wybitnego doktora, laureata nagrody państwowej drugiego stopnia,  Jeromienkę.

-- Temu, że klinika potrafi zdobyć każdy organ, nie zaprzeczam, ale Jeromienko wszczepia nieprecyzyjnie, czasem przyszywa za dużo i w ogóle nie tam gdzie trzeba.

W istocie, generałowa Anodina miała tylko jedną nerkę, za to dwie wątroby, jedną przymacicznie, drugą podkolanowo, dzięki czemu wyśmienicie metabolizowała alkohol, co było ważne w pilotażu eksperymentalnego myśliwca armii rosyjskiej piątej generacji T-50, produkcji zakładów „Suchoj”.  Silniki samolotu włączyły się na sam widok Anodiny.

-- Życzycie sobie, Tatiano Griegoriewno, odpiąć rakiety?

-- Zostawić, jak są dwie, mniej trzęsie, a jak jest jedna, nigdy nie wystarcza.

Samolot nie ruszył jednak z miejsca dopóki Tatiana nie odpięła części medali z okresu przedrewolucyjnego: Krzyż Walecznych za Zdobycie Warszawy 1794, który nadano jej już w kołysce, wraz z nominacją praporszczikowską, order św. Aleksandra Newskiego, który przypięła sobie w czasie udanego szturmu na Pałac Zimowy, oraz medal za „miłosierdzie i pomoc”, który dostała od rodziny carskiej na wygnaniu.

Mimo dwustu siedmiu lat spędzonych w mieście, z Moskwą pożegnała się bez żalu. Na ostrym podejściu w głąb mroźnego błękitu rosyjskiego nieba, wypiła butelkę Limonnoj, żeby utrzymać niezbędny w lotnictwie poradzieckim stały poziom alkoholu we krwi, 1,5 promila, którego to poziomu pilnowała centrala wojsk lotniczych w Twerze. Kiedy kontroler zapytał czy zajęła 1,5, generałowa rzuciła w wieżę pustą butelką, co w hermetycznym światku lotniczym mogło znaczyć tylko jedno:

-- Zrozumieliśmy, Tatiano Grigoriewno, 1,5 zajęte, szczęśliwego lotu.

Generałowa otworzyła okno, leciała śpiewając ku zachodzącemu słońcu:

-- Lietieła i piła, piła i letieła.

Zrazu planowała lądować na którymś z lotnisk warszawskich, ale przez lunetę, która nie weszła jeszcze do regularnego wyposażenia armii rosyjskiej, dostrzegła Kaczyńskiego, który po medialnym zniszczeniu Brudzińskiego przez redaktora Piaseckiego, raz jeszcze wszedł w okres prorosyjski. Popadł przez to w łagodny smutek i ulotne zamyślenie. Patrzał w niebo pogodzony z losem, uśmiechając się dobrotliwie. Skonfundowane gołębie spod kościoła Świętej Barbary na Nowogrodzkiej wskakiwały od tego na złe kursy i niewłaściwe ścieżki, zderzały się krwawo głowami i uśmiercone ścieliły u stóp zramolałego fürhera. Anodina nie bała się niczego, jednak za pomocą wyściełanego masą perłową wolanta odeszła na drugi krąg i wylądowała dopiero na Balicach, w Krakowie, gdzie też mieli kliniki chirurgi plastycznej:

-- On możiet byt' karlikom, rakiety u mienia jest’, no mnie w obszcze nie nrawitsia czto on taki spokojen.

Na bramce celnej z trudem uniknęła autopsji, tłumacząc się mętnie:

-- Pocziemu tak smotriat’, ja jeszczo żiwa tawariszczy, Jaromienko mnie tak urządził. Jewropskie specjalisty nawierno pomogut.

-- Posadka dopolnitielna, generałowo. Proszę unosić się tuż nad ziemią aż zrobi pani coś z tą twarzą.

Poleciała zatem nisko, nad bulwarem Kurlandzkim do Trynitarskej, do Szpitala Zakonu Bonifratrów,  o rzut kamienia od pubu „Zaraz Wracam” na rogu Bożego Ciała i Jonatana Warszauera, gdzie Zdrojewski, wówczas jeszcze minister kultury, spożytą w innym lokalu potrawkę z małż katalońskich popychał zwykłą pięćdziesiątką bo właśnie się okazało, że porzuca spleśniałą kulturę i zamiast Klicha stanie na czele zdezelowanej armii.

Kiedy Anodina pojawiła się w średniowiecznym westybulu Gabientu Chirurgii Plastycznej Bonifratrów na Tyrnitarskiej, brat Karol, telefonista-recepcjonista, wychudł całkiem i zanikł, a brat Bonawentura, szatniarz, wtopił się w bladosiny wystrój ascetycznej placówki. Momentalnie pojawił się szef przychodni, ojciec Ksawery, doktor teologii trynitologicznej i chirurgii laserowej:

-- Profesor Staniszkis, nic dla pani nie możemy zrobić, mówiłem to pani już w sześćdziesiątym ósmym. Czyż nie mówiłem wtedy: przychodzi pani za późno?

-- Ja jenerał, Anodina, iz Mieżgosudarstiennowo Awjacijnnowo Komitieta MAK, w swjazi „pacjenta biez granic.”

-- Tym bardziej nie możemy pani pomóc, generałowo, leczymy wyłącznie Europejczyków.

Anodina odpaliła obie wyrzutnie zaparkowanego nad rzeką T-50, niwecząc pozorny dorobek armii radzieckiej w ratowaniu Krakowa przez zniszczeniami wojennymi. Kraków upodobnił się wreszcie do Warszawy. Zdrojewski siedział teraz osamotniony, bez dachu nad głową, wystawiony na kontakt z wojskiem przeciwko któremu miał się mobilizować:

-- Zajął pan 1,5 ministrze?

-- Zająłem, generałowo, i przykro mi, że odmówiono pani leczenia. Lekarze krakowscy to są jednak zwykłe chamy. Dlaczego nie poleciała pani do Paryża, albo przynajmniej do Warszawy? U Noszczyka, za 25 tysięcy, zamienią panią w Monikę Olejnik.

-- Nie mierzę tak wysoko, Jakubiak mi wystarczy. Rzecz w tym, żeby się wojsko nie śmiało. A w Warszawie i tak lądować nie mogłam. Kaczyński zagrażał osobliwym wyrazem twarzy.

-- Przesadna ostrożność, generałowo, może sam wracał od Noszczyka, może mu tam coś nie tak ustawili i dlatego wyglądał twardziej niż zwykle.

-- To nie to, ministrze, w głębi trzewi poczułam, że gdyby go zrobili prezydentem Unii, to by mnie żadne lotnisko w Europie nie przyjęło.

-- Ależ skądże, generałowo, on nie ma teraz szans nawet na burmistrza Morąga, a ponadto, najlepsze lotniska moskiewskie z pewnością byłyby zaszczycone gdyby pani zechciała u nich lądować.

-- Kaczynski nie krasota, Moskwa nie Jewropa.

 


 

08:55, balsamlomzynski
Link Komentarze (49) »
niedziela, 09 stycznia 2011

 

Z nadejściem trzeciej niedzieli po narodzeniu pańskim, niegdysiejszy episcopus titularis Forlimpopoli, obecny biskup łomżyński, Stanisław Stefanek, człowiek schludny, obdarzony darem ukrywania sceptycyzmu i naturalnością w mówieniu od rzeczy, rozpoczął poranne dzieło zbawienia kobiet starszych od krótkiej modlitwy w czasie gdy komputer odpalał się z cicha:

-- Panie, oddal od naszych wrót drwiny młodzieży i strzeż nas od pokusy głoszenia proroctw na rok następny, bo przyszłość doskonale znamy. Nie jest ona bynajmniej taka różowa i nie pojmuję dlaczego nie dajesz znaku.

-- Stefanie, Stefanie, uczyń jako ci nakazuję, zwolnij dziesięć procent pracowników kurii, to darmozjady bez wiary i kwalifikacji zawodowych. Wejrzyj na stronę diecezjalną, a ujrzysz liczne błędy merytoryczne i literowe. Nowe sanktuaria pozbawione są uzasadnienia, lud śpiewa fałszywie, a młodzież drwi z wieczności i uważa, że to jest git.

-- Zresetuj się Królu Niebios bo nikt nie mówi już git tylko ewentualnie zajebioza, a mnie wołają Stanisław. Jeśli to w zgodzie z konstytucją, zwolnię ich.

-- Stanisławku, Stanisławku, wysłuchaj mnie, ja jestem drogą, prawdą i życiem, co ty mi tu o konstytucji.

-- Na nazwisko mam Stefanek, a drogą, prawdą i życiem jesteś, Panie nie ty, tylko twoja najbliższa rodzina, której zatrudniać w tej samej firmie nie można.

Usłyszawszy te bluźniercze słowa, Bóg poszedł poradzić się prawnika Rogalskiego, który przebywał pośród żywych i umarłych, w szarej strefie między niebem a ziemią. Biskup łomżyński wstukał tymczasem nazwę użytkownika („Malachiasz”), hasło („Forlimpopoli”) co w turbulentnych czasach, w których przyszło mu żyć, umożliwiało rozpoczęcie urzędowania.

Gospodarskim okiem biskup dostrzegł, że pod linkiem „listy pasterskie” nadal nie zamieszczono żadnych z jego pism, lecz regulamin bursy łomżyńskiego seminarium duchownego. Natomiast w akcie erekcyjnym sanktuarium św. Teresy od Dzieciątka Jezus w Porządziu, zamiast „Dzieciątka”, było „Dziesiątko”.

Idąc potem drobnym krokiem sugerującym pokorę i w pochyleniu zwiastującym kłopoty z odcinkiem lędźwiowym, biskup trzykrotnie przepływał tuż nad posadzką z hiszpańskiej terakoty przenosząc się z kaplicy, gdzie odmówił mszę, do gabinetu gdzie przejrzał nowe dokumenty do podpisania: akty erekcyjne dwóch kolejnych sanktuariów i nowelę statutu bursy szkolnej wyższego seminarium duchowego. W dziale „obowiązki” dopisano tam punkt szósty: „zmieniać obuwie na kapcie na terenie placówki”, a do rozdziału „zakazy” gdzie zabraniano już ”oglądania treści erotycznych i pornograficznych” dopisano punkt dwudziesty pierwszy, zakazujący „wychylania się z okien”.

Zastał kanclerza kurii przy kawce, a może herbatce, oblicze duchownego było spuchnięte, nieświeże, a spojrzenie sugerowało nie tyle wyuzdanie co obojętność.

-- Zwolnić dziesięć procent ludzi,  w tym administratora sieci, nie zważać na rangę, pokrewieństwo i znajomości, jedynie na wiarę i kwalifikacje.

-- Nie może być, ekscelencjo, co się stało, co z nimi będzie, gdzie się podzieją?

-- Z dala od tego miejsca łatwiej będzie im zasłużyć na zbawienie.

-- Im mniej wiernych, tym więcej trzeba wokół nich czynić zabiegów, księże biskupie.

-- Zamiast moich listów pasterskich, na stronie diecezjalnej jest regulamin bursy, w dekrecie erekcyjnym stoi „szczególny rozwój kultu św. Teresy od Dziesiątka Jezus”.

-- Ojciec administrator powiada, że to nie jest błąd, tylko proroctwo.

-- Tylko bez proroctw, kanclerzu.

-- Ale to jest akurat bardzo dobre, ekscelencjo. Otóż prawdziwym początkiem milenium nie jest rok pierwszy tylko dziesiąty i dlatego rok 2010 nazwa się rokiem dziesiątka J., które to dziesiątko, najwcześniej 22 marca i najpóźniej 25 kwietnia, 15 dnia Nissan, czyli mniej więcej 10 kwietnia, zstąpi tego dnia i każdego następnego miesiąca by ostatecznie zdziesiątkować rzesze wiernych. To dlatego z Kościoła Świętego drwi się teraz bezkarnie.

-- A po cóż to dziesiątku?

-- Tego nie wiadomo bo dziesiątko coś zażywa.

-- To proroctwo dotyczy roku minionego, księże kanclerzu.

-- To prawda, ekscelencjo, przyznaję, jestem nikim, nie mnie zarządzać zasobami ludzkimi ani boskimi, nie umiem nawet łgać, pierwszy się zwolnię wespół z tymi dziesięcioma procentami, których głów żądasz.

-- Przecież ja, księże kanclerzu, nie mówiłem poważnie. Ale gotowość poniesienia ofiary doceniam, pracujcie jak potraficie, nasz Pan też nie zwalnia, jeno czasem straszy.

http://www.kuria.lomza.pl/index.php?wiad=869

 

21:40, balsamlomzynski
Link Komentarze (17) »
Zakładki:
Obowiązkowo
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne