Zanim Binięda spłynął z powierzchni hydrantu, Biniendzina dobiła go trzema strzałami, wykazując się nie tyle okrucieństwem bez potrzeby ile dokładnością kobiet dawnego Podlasia. Dziewięćiomilimetrowego Lugara wplotła potem w porzuconą dłoń Biniendy, żeby upozorować samobójstwo. Wykonała szereg innych zafałszowań miejsca zbrodni, które pozwoliły jej potem wymknąć się szafującemu karą śmierci akrońskiemu wymiarowi sprawiedliwości: wzdłuż domniemanej trajektorii Biniendy wywróciła kosze: szare na śmieci zwykłe, zielone na kompostowe, niebieskie od recyklingu; wytłukła światła przednie pickupa, o który Binienda mógł się otrzeć w drodze do swojego przeznaczenia; skopała postronnego biegacza, który drżał w szoku na zaśnieżonym asfalcie.
Kapitan Philip Gordon z policji w Akron, były szef lokalnego wydziału zwalczania nielegalnej imigracji, człowiek skompromitowany uzasadnionym podejrzeniem o współpracę z rządami państw trzecich, dogorywający w dziale zabójstw policji w Akron w oczekiwaniu na emeryturę, otrzymał telefon z centrali o godzinie siódmej czterdzieści pięć, kiedy jego wielocylindrowy Sierra Denali grzał się od najwyżej kwadransa: -- Denat na East Exchange Street, uderzył się w hydrant i zastrzelił, wygląda na samobójstwo. Pojedź, Gordon sprawdź, ale sprawa jest już właściwie zamknięta, to samobójstwo. -- Zastrzelił się zanim uderzył w hydrant, czy potem? -- Przypomnij mi Gordon, dla jakiego rządu szpiegowałeś, dla albańskiego?
Gordon dojechał na East Exchange w oka mgnieniu. Hydrant był już umyty, obok leżała już tylko sama ręka Biniędy z Lugarem, i poranny biegacz usiłujący coś wyszeptać, mimo ataku serca, który wchodził w ostrzejszą fazę. Gordon sprawdził puls ręki, zdjął kapelusz, przyłożył rondo do serca, ruszył w kierunku domu Biniędów. Biniędzina latała rozanielona po obszernym ogrodzie wznosząc do nieba ręce i obijając się czasem o gazowy grill z półką boczną i szafką dolną, nastrojem i rozmachem przypominający instalacje portowe: -- Niezmiernie mi przykro. -- Mnie też. -- Czy profesor miał jakichś wrogów? -- Wyłącznie. Najbardziej chciał się go pozbyć uniwersytet. -- Czy na jego śmierci najbardziej skorzystają władze uczelni? -- Najbardziej skorzysta Maciarewicz. -- Kto? -- Maciora, słynny upiór smoleński, mąż prowadził dla niego śledztwo przeciwlotnicze, które pozbawione było sensu, ale teraz najgłupsze scenariusze Maciory okażą się najbardziej prawdopodobne. -- Czyli dla śledztwa nie byłoby teraz najlepiej gdyby zginął Maciora? -- Najlepiej byłoby gdyby Maciora zabił teraz pana, kapitanie. -- Zadam więc ostatnie, rutynowe pytanie: gdzie była pani w poniedziałek, dziewiątego stycznia, o godzinie siódmej zero zero? -- Dziś jest dziewiąty stycznia. Stałam w drzwiach, mąż pytał czy jest jest na właściwej wysokości i właściwej ścieżce. -- Co pani na to? -- Że to głupie pytanie. -- Mówiła pani coś jeszcze? -- Na ścieżce i na pasie. -- Dlaczego? -- Ponieważ on miał na oczach kominiarkę. -- Dlaczego? -- Ponieważ było ciemno, zimno, mgliście i parametrycznie. -- Powinni byli tego dnia zamknąć uniwersytet. -- Uniwersytet był już dla niego dawno zamknięty. -- Czy jadła już pani śniadanie, Ms Binienda? -- Mąż przygotował przed śmiercią jajecznicę. -- I ja chętnie zjem coś przed śmiercią. -- Nie zginie pan dzisiaj, kapitanie -- Czy Maciora się czasem lituje? -- Maciorze czasem się myli. -- Kto zatem zginie? -- Polski akredytowany. -- Kto będzie zabójcą? -- Minister cyfryzacji. -- Ten od przykrywek? Czy chodzi o przykrycie ACTA? -- Chodzi o niewłaściwy tańszy odpowiednik leku.
Profesor Wiesław Binienda ze Stanów Zjednoczonych, mieszkał w Stanach Zjednoczonych, podobnie jak jego żona, Wiesława. Stany Zjednoczone to niezmiernie duży kraj, ale profesor Wiesław Binienda wybrał jego najsmutniejszą część. Część ta jest na szczęście położona nad wielkim jeziorem, ale profesor Binienda zamieszkał w głębi lądu. W głębi lądu jest parę przyzwoitych uniwersytetów, ale profesorowi Biniendzie, podobnie jak wielu letnim stypendystom NASA z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewiećdziesiątych, trafiła się podrzędna szkoła w Akron.
Tego poranka, pogoda w Akron była wyjątkowo mglista i nieprzyjemna. Profesor Wiesław Binienda ze Stanów Zjednoczonych i, jeśli liczyć staże podyplomowe sprzed dwudziestu lat, również z NASA, pobrał portfel, klucze, komputer osobisty i zabierał się do wyjścia. Żona profesora zadała mu jednak kłopotliwe pytanie: -- Czy bardzo dziś zimno, Wiesiu? -- Nie wiem, Wiesiu, ale podejdę to tego parametrycznie. Posłużę się następującym wzorem:ymax = (Vt^2 / (2 * g)) * ln ((Vo^2 + Vt^2)/Vt^2). Nie będę ci tłumaczył całej matematyki, ale istotne jest, żebyś pamiętała, że ciało wytraca ciepło odwrotnie proporcjonalnie do temperatury, przy czym ta zależność ulega modyfikacji poprzez czapkęvi gaciet, przy czym grubość gacitprzybiera wartości odcdog, czyli odcienkiedogrube. -- Ale po co parametrycznie, wyjrzyj za okno, łatwo jest sprawdzić ręcznie czy jednakowoż piździ.
-- Wolę. Wiesiu, zastosować program komputerowy.
-- Mówiłeś, że program będzie iterować model i kręcić zmiennymi przez siedem dni. Spójrzmy gołym okiem za okno, jeśli piździ, nie leć dziś do roboty, tak tam cię lekceważą tak tam z ciebie drwią.
-- Ty na ogół drwisz ze mnie jeszcze bardziej. Nakładam czapkę i idę.
-- A rodzaj czapki, Wiesiu, nie ma dla modelu znaczenia? -- Z powodu zespołu Macierewicza, który zimą doskwiera mi srodze, zamierzam pokazywać się na terenie uczelni albo w kapeluszu filcowym, albo czapce kominiarce, a oba te nakrycia mają podobne parametry termiczne. -- Upraszczasz Wiesiu strasznie, nie wierzę, żeby kapelusz był tak ciepły jak czapka kominiarka. -- Ale to jest kapelusz z wysuwaną powłoką materiałową i z wiatrakiem, takim jakie stosuje się w NASA do chłodzenia powierzchni tużnadbiurkowych. -- Lepiej, Wiesiu, idź w kominiarce. -- Założę teraz na potrzeby modelu różne temperatury, zmodyfikuję grubość czapkivi gacit. Zapewniam cię, że dotrę do samochodu nietknięty przez zimno kontynentalnego Ohio.
W ramach pierwszej symulacji, wybiegł w czapce kominiarce i w wirtualnych kalesonachto zmiennej grubości. Zapomniał uwzględnić długość gaci,d, bo mu ani żona, ani Macierewicz o tym problemie nie przypomnieli. Zapomniał też o liczbie nogawek, n, która w przypadku tego akurat modelu zbliżała się do jedności. Zaplątał się, potknął i pierdolnął w hydrant. Zginąłby pewnie, gdyby nie to, że neurologicznie i politycznie był martwy od upadku komunizmu. Przestałby pewnie nauczać, gdyby nie to, że pełni profesorzy są w Stanach Zjednoczonych zasadniczo nieusuwalni.
Jakiekolwiek są ceremoniale powinności akuszera a rebour, doktor Minneli, lekarz brutalnie odarty ze scientystycznych złudzeń, tego dnia ich nie wypełniał. Kiedy Tatiana Gieorgiejewna Anodina, śpiewaczka rosyjska, przybyła z ostatnią wizytą na Mühlezelgstrasse 45, Ludwig A. Minelli studiował pozaziemskie komunikaty Marianny Leokadii Motylak.
Pacjenci Kliniki Godnej i Pożądanej Śmierci oczekują godnego powitania. Anodina, jako doświadczona Rosjanka, oczekiwała jedynie, że ktoś na nią spojrzy: -- Ludwik Andriejewicz, czy tak wita pan wszystkie kobiety w ich ostatniej godzinie? -- Znam swoje obowiązki. Czy pani zna swoje? -- Skąd ta niedelikatność? pański ton każe mi rozważyć wizytę u konkurencji. -- O ile wiem, madame, konkurencji nie mam. -- A kolej żelazna? Nadal jestem Rosjanką. -- Kolej nie daje żadnych gwarancji. -- A pan daje? -- Zastanawiające pytanie. Czy ma pani jakieś określone nadzieje, co do tego, co wydarzy się potem? -- Pyta pan, czy mam plany na wieczór? -- Pytam, czy zna pani Mariannę Leokadię Motylak, happenerkę, wizjonerkę polityczną, rewolucjonistkę, majacą czelność radykalizować się na obrzeżach medycyny i metafizyki. -- Co to jest radykalizować się, doktorze Minelli? O ile mi wiadomo, Motylak odeszła na zawsze, z pańskiej zresztą ręki. Znała ją cała Europa, w każdym razie jej wschodnia i centralna część. Osobiście nie miałam jednak zaszczytu. -- Nie pytam czy osobiście, pytam czy z nią pani komunikowała? -- To, co pan insynuuje jest śmieszne, zapłaciłam panu piętnaście tysięcy dolarów, proszę zatem uśmiercać. -- Zechce pani spojrzeć na ekran. Marianna Motylak pisze właśnie: “Czy za podwójną preis, circa dwadzieścia sześć tysięcy, mogę umrzeć raz jeszcze?” -- Po czym pan poznał, że to ona? -- Po skandalicznym adresie protokolarno-internetowym i po tym, że ona wie, co tu się mówi. -- Jeśli wziął pan od niej dwa tysiące mniej, niż ode mnie, żądam wyjaśnień. Czy była tak małoduszna, by targować się, czy też miał pan przecenę, doktorze Minelli? -- Motylak pisze teraz: “Karta rodzinka, mąż i teściowa darmo”. -- W takich sytuacjach zawsze należy ripostować, doktorze Minelli: „A światłość wiekuista na worki pod oczami dobra?” -- Skąd pani wie, że je miała? Kosmetyzowała je tak skrupulatnie, że w końcu patrzała tylko do góry. Proszę się jednoznacznie opowiedzieć, jakie ma pani wejścia po tamtej stronie? -- Doktorze Minelli, czułam, że będą mnie tu jeszcze perswadować, ale nie przyszło mi do głowy, że będą tu ze mnie drwić. -- Czy wierzy pani w życie pozagrobowe? -- Wierzę tylko w zbawczą moc sztuki. -- Nie widzę różnicy. Zmuszony jestem prosić panią o podpisanie addendum do umowy: zobowiązuje się w nim pani nie podejmować kroków w celu powrotu, stwierdza też, że nie działa wspólnie i w porozumieniu z Marianną Leokadią Motylak. -- To zależy od skuteczności substancji, które pan tu ordynuje. Nie będę obiecywać niczego w zakresie kontatków z osobami w podobnej, co ja sytuacji. Mój i ich los jest w pańskich rękach. -- Wobec tego rozwiązuję umowę z panią, madame Anodina. -- Wobec tego idę na kolej żelazną, czy Altstetten to tam, za tym rzadziuchnym laskiem, jakich tyle tu macie? Po drodze zatrzymam się w pesnjonacie Ewy Fritzsche i napiszę wszem i wobec, że ginę pod kołami pociągu Zurich-Bazylea, ponieważ Minelli bierze pieniądze za robotę, na której się nie zna. -- Jeśli najpierw udaje się pani w kierunku Fritzsche, proszę przy okazji się rzucić na stacji Friesenberg, pod pociag do Lozanny.
-- Pomówmy jak ludzie stojący wobec zagadnień ostatecznych.
-- Pomówmy raczej jak ludzie stojący wobec zagadnień nadprzyrodzonych. Czy może pani mi obiecać, że nie będzie próbować wracać? -- Nie przyszłam do pana wyłącznie po to, żeby umrzeć, doktorze Minelli, to mam zapewnione z rąk Wladimira Wladimirowicza Putina lub jego zausznika, Aleksandra Żukowa. Przybywam jedynie po szczyptę godności w ostatniej minucie. Żukow nie spocznie aż połknę izotop polonu, spłonę we wraku samochodu, albo wyskoczę z okna najwyższego wieżowca w mieście. -- Cóż uczyniła pani dyktatorowi Rosji? -- Pytanie jest, czego on nie uczynił mnie. -- Poprzednio twierdziła pani, że straciła pani głos operowy, krtań, wymachiwała pani rurkę tracheostomijną, i twierdziła, że bez śpiewu nie wyobraża sobie życia. -- A pan twierdził wtedy, że wszyscy pragnący bezbolesnej śmierci, kłamią.
Tatianę ułożono w tym samym łożu, z którego dziesięć dni wcześniej urwała się Marianna. Najpierw podano jej porcję lodów o smaku zielonej herbaty. Konstancja dwukrotnie zamieszała sok z owoców mango. Zadudnił pociąg Zurich-Bazylea. Słońce zaszło za rachitycznym laskiem w Altstetten.
Niedługo potem, u Ewy Fritzsche zameldował się blady Rosjanin o pustych oczach koloru zamarzniętego stawu. Przydzielono mu numer bezpośrednio nad pokojem, w którym od ponad tygodnia do skoku szykował się Dzięciel, wielbiciel węgierskich i polskich narodowców, antyrosyjski bez pamięci, rzekomy wielbiciel Marianny Leokadii Motylak.
Wedle zupełnie wiarygodnych źródeł, śmierć była dla Tatiany jak wyjście nago na scenę. Nie wywołała tym ani zgorszenia, ani ekscytacji, nie wystawiła nawet na specjalną próbę koncentracji publiczności, która pozostała pod wpływem jej głosu, ekspresji i, nade wszystko, frazowania. Antimetyk uruchomił fortepian i miotełki perkusisty. Pentobartial rozebrał artystkę do golusieńka, cisnął bieliznę w sam wiatrak, posadził Tatianę na wysokim stołku, założył jej prawą nogę na lewą. Chlorohydrobenzol wzbudził najgłębsze i najczystsze uwielbienie dla śpiewaczki u pewnego mężczyzny siedzącego w pierwszym rzędzie stolików, człowieka bajecznie bogatego, z poczuciem humoru, lubiącego dzieci. Mężczyzna zakochał się w Tatianie na wieczność, jaką znają i rozumieją tylko notariusze. Dodatkowa wypustka chloru na ostatnim pierścieniu chlorohydrobenzolu, o której wiedziała tylko Konstancja, dała Tatianie do zrozumienia, że wieczność ta potrwa tylko tak długo, jak długo piękna śpiewaczka będzie sobie tego życzyć.
Następnego dnia, w kuchni, w której dotąd parzono wyłącznie kawę i herbatę, pojawił się piechonoczny tort. Minelli zachwiał sie cały, tyleż wskutek niewyobrażalnego kulinarnego konceptu, który stał u podstaw tortu, ileż z przeczucia, że ani pielęgniarka Konstancja, ani salowy Ibrahim, ani latawica i metafizyczna rewolucjonistka Motylak nie mieliby czelności ani metafizycznej wyobraźni by przygotować tę narodową rosyjską potrawę: -- Konstancjo, proszę to zawieźć do Altstetten i cisnąć na tory pociągu Zurich-Bazylea. Gdyby natomiast spotkała tu pani jakąś nad wyraz piękną kobietę, proszę jej powiedzieć, że klinika tego rodzaju co nasza, nie potrzebuje kucharki. -- Kogo potrzebuje klinika taka jak nasza, poza pielęgniarką i salowym, doktorze Minelli? -- Specjalistkę od wycia pro defunctis. Jeśli nie możemy już nikogo uśmiercić, zapewnijmy przynajmniej godną oprawę.
Marianna Leokadia Motylak, kobieta tyleż zamożna, co mądra, zgłosiła się do doktora Ludwiga A. Minelli, dyrektora kliniki Menschenwürdige und Wünschenswert Tod pod Zurychem na początku maja, kiedy publiczność o śmierci myśli jedynie okazjonalnie. Miała z sobą własne kwiaty, żółte chryzantemy w czarnej, plastykowej doniczce: -- Jak się pan domyśla, doktorze, chcę umrzeć. -- Domyślam się oczywiście, ale to nie takie proste, madame. -- Nie robię tego dla przyjemności. -- Dlaczego zatem? -- Powiedzmy, że nie wyobrażam sobie kolejnego pierwszego listopada po tej stronie obchodów. -- Nie wiem, co takiego dzieje się w pani ojczyźnie w listopadzie, ale te kwiaty nie przeżyją do momentu zakończenia formalności. -- Przywiozłam je, żeby pan wiedział, jakich kwiatów nie życzę sobie w pobliżu miejsca, w którym przyjdzie mi spocząć.
Wymogi formalne wypełniła z końcem lata i w połowie września, pewnego późnego popołudnia, kiedy w trzech wychodzących na zachód oknach skromnej, niebieskiej willi przy Mühlezelgstrasse i Guldineweg odbijały się trzy czerwone słońca, podano jej ostatniego papierosa, rosyjskiego Biełomorkanała nasączonego antimetykiem. Dopaliwszy Biełomorkanała aż po pożółkłe paznokcie, umierająca złożyła ręce na brzuchu: -- Adieu, doktorze Minelli. -- Adieu, madame Notaluck.
Siostra Konstancja, emigrantka czeska, otworzyła nożyczkami saszetkę z chlorohydrobenzolem nieomal identycznym jak ten, który Minelli niedawno z wielkim trudem zsytnetyzował i opatentował, ale mającym jednak dodatkową wypustkę chloru na ostatnim cylindrze. Wsypała zawartość do białej, porcelanowej miseczki wypełnionej sokiem z szarej renety, w którym uprzednio, uroczyście, i przy udziale doktora Minelli, rozpuszczono śmiertelną dawkę pentobartialu. Konstancja ujęła naczynie w obie ręce, usta Marianny dotknęły krawędzi, po dwunastu minutach zamknęły się i wargi i oczy pacjentki.
Choć parametry fizjologiczne Marianny przypływały przez niebieskie monitory, doktor Minelli mierzył puls i robił notatki. Z każdym oddechem pierś kobiety wznosiła się niżej, a pół godziny później można było odłączyć aparaturę. Zwłoki ułożono na wysokim jak lektyka wózku o kółkach nie wydających najmniejszego odgłosu; zmarłą przewieziono, w trybie dwuosobowej procesji, do kaplicy gdzie wielbiono dyskrecję, powagę i fornir modyfikowany z fizeliną w kolorze wiąz. Pogrzeb miał się odbyć rano. Konstancja przysunęła do zmarłej wazon z czerwonymi różami, przygasiła żarówki w kształcie świec i, krocząc tyłem, uroczyście zamknęła podwoje kaplicy.
Godzinę później, Marianna zatwittowała po raz pierwszy: "Żwawiej Maryja".
Dzięki kolejnym twittom Marianny wiadomo dzisiaj, że śmierć w klinice Godnej i Pożądanej Śmierci przypominała start promu kosmicznego. Biełomorkanał uruchomił szmer potężnych, ale kojących silników, od których zadrżały rusztowania podtrzymujące rakietę nośną; pentobartial odrzucił rusztowania precz i oderwał statek od ziemi; chlorohydrobenzol cisnął rakietą nośną w niebieściutki ocean, aż wzbiło się widoczne z krawędzi nieba tsunami. Natomiast dodatkowa wypustka chloru na ostatnim pierścieniu, o której wiedziała tylko Konstancja, łagodnie zmieniła tor lotu kapsuły na poziomy i pozwoliła Mariannie zawisnąć w cichych jak makiem zasiał przestworzach.
Otrzymawszy pierwszy od jej domniemanej śmierci komunikat Marianny, Minelli małodusznie rozważał rozmaite rozwiązania, z których nie wszystkie były zgodne z prawem. Ale i położenie Ludwiga nie było zgodne z prawami natury i ekonomii. Warunkiem przetrwania większości form działalności jest utrzymanie minimum jakości oferowanych usług, co w przypadku eutanazji oznacza nie mniej ni więcej tylko śmierć tyleż bezbolesną, co nieodwracalną. Ponieważ badania nad nieśmiertelnością nie wyszły wtedy jeszcze poza klonowanie i wydłużanie wieku emerytalnego, Minelli postrzegał swój predykament wyłącznie jako nieszczęście.
-- Jestem skończony nie tylko jako anioł śmierci, ale jako przyszywany Szwajcar.
Jednak niedokończona śmierć Marianny Motylak była jedynie zapowiedzią nadchodzących kłopotów doktora Minelli.
***
Tydzień później, w umówionym wcześniej terminie, w klinice pojawił się Ibrahim Bushati, prawnik konstytucyjny i międzynarodowy, najpoważniejszy pretendent do stanowiska ministra spraw zagranicznych w rządzie albańskim. Z badań środowiskowych, które Minelli, wbrew prawu szwajcarskiemu, ale zgodnie z albańskim, zamówił, wynikało, że życie Ibrahima było jednym wielkim miłosnym deficytem. Kiedy jednak Bushati oświadczył, że pragnie umrzeć ponieważ Europy prawdopodobnie nie będzie, gdy jego kraj zakończy bolesne dla siebie procesy europeizajcyjne, wyjaśnienie to zostało przyjęte za dobrą monetę. Ibrahim Bushati otrzymał potrójną dawkę pentobartialu. Przeżył, miast jednak unosić się jak Marianna w przestworzach, wrócił na ziemię jako salowy. Pewnego dnia Minneli po prostu zastał go na korytarzu kliniki, gdy ten, w białym stroju szpitalnym, z dyskretnym zapałem typowym dla osób pracujących nielegalnie, sprzątał wąski korytarz:
-- Doktorze Minneli, pański gabinet już jest sprzątnięty. -- Kto dał panu klucze? -- Siostra Konstancja.
Trzy dni po powrocie Ibrahima, historia powtórzyła się w przypadku słynnej rosyjskiej śpiewaczki operowej, Tatiany Gieorgiewnej Anodiny, byłej kochanki, a potem najgorliwszej oponentki Putina, która straciła głos w niewyjaśnioych dotąd przez FSB okolicznościach, podczas posiłku w jednej z najlepszych restauracji orientalnych Nowego Jorku.
Zastosowano znaczne ilości pentobartialu, a najlepszy niegdyś sopran koloraturowy Rosji doduszano potem helem. Mimo to, śpiewaczka wróciła. Jako kucharka.
Nie licząc Minellego, personel placówki liczył teraz trzy osoby. Siostra Konstancja, odpowiedzialna w jakimś sensie za sprawy kadrowe, zachowywała się naturalnie, wciągnęła Ibrahima i Tatianę na listę płac, usiłowała nawet odprowadzić szwajcarski zus i składki tatmejszego ofe. Pieniądze wróciły nietknięte.
Personel zasadniczo nie stwarzał kłopotów, wyłączywszy może to, że Ibrahim i Tatiana kochali się bez opamiętania i gdzie popadnie, zachowując jednak szacunek nie tylko dla majestatu śmierci, ale i wymogów antyspetyczności.
Wobec zaistniałej sytuacji Minneli zawiesił zabiegi eutanazyjne “z powodów technicznych i lokalowych”, mniemając, że uda mu się ukryć przed światem twitty Marianny i powrót Ibrahima i Tatiany. Nadzieje te rozwiały się, gdy w pensjonacie Evy Fritsche w Gehrenholz zamieszkał niejaki Dzięciel, mężczyzna podający się, całkowicie zresztą niezgodnie ze stanem faktycznym, za kochanka Marianny. Był to cierpiący na nadwagę myśliwy-hobbysta, skorumpowany do szpiku kości nadzorca budowlany o ruchliwych oczkach i płaskiej jak patelnia brodzie.
Dowiedziawszy się, że eutanazja Marianny nie powiodła się, przyjechał do Zurychu z zamiarem dobicia ukochanej niezawodnym dotąd sztucerem K77.
Władza przynudza, a władza pozbawiona konkurencji, przynudza bezkonkurencyjnie. Po okresie czarnej sotni, smoleńskiego wyziewu, owrzodzonych mózgów maciarewiczowskich, nadszedł czas facecików i facetek. Facecik od transportu przypiął do nocnego pociągu 63200 z Wrocławia do Przemyśla krytyczny, ósmy wagon, co stwarzało nadzieję na bezkolizyjny noworoczny szczyt komunikacyjny i upragnione Arnage Convertible dla ministra. Facecik od tabletek wydał bezkompromisową wojnę własnemu zarządzeniu, które wyszło wskutek niezażycia w porę proszków na chorobę deregulacyjną, która jest schorzeniem zawodowym pośród ministrów zdrowia, a pośród pediatrów, chorobą dziecięcą. Facecik od spraw zagranicznych odczytał przemówienie napisane przez pewnego Anglika, które wprawdzie spodobało się w świecie, ale do dziś nie wiadomo dlaczego. Facetka od sportu przygarnęła gościa, który piłkę kopał.
Duchowy ojciec real-showbusinessu, minister cyfryzacji, błąkał się jeszcze po mieście w poszukiwaniu lokalu pod nową biurokrację, cyfryzując okazjonalnie niewygodnych urzędników i instytucje, kiedy ogłoszono, że prezydencja facecików w Radzie Unii Europejskiej zakończyła się spektakularnym sukcesem. Gołym okiem było jednak widać, że dzieło nie zostało dokończone, Europa żyła i oleje mieli jej podać nieporadni w tym zakresie i sceptyczni w innych, Duńczycy. Urocza premier Helle Thorning-Schmidt, nowe obowiązki powitała słowami Kierkegaarda:
Posłuchaj krzyku brzemiennej kobiety w porze rozwiązania, przyjrzyj się rozpaczy człowieka w jego ostatniej godzinie i sam powiedz, czy coś co zaczyna się w ten sposób i w ten sposób kończy, mogło być w ogóle pomyślane jako przyjemność?
Prezydenturę Duńczykom naturalnie odebrano, nie patyczkując się specjalnie, i przekazano ochotniczemu przedstawicielowi Chin w Europie, wielebnemu Jahr Kha Czyn. Wielebny zaczął urzędowanie od rzucenia uroku na wszystko co piękne i młode, stracenia delegacji duńskiej i zaskakującego hasła: „Więcej Chin w Europie, więcej Chin w Polsce, natomiast Chin w Chinach -- tyle co zawsze”.
Z nadejściem nocy sylwestrowej, w podziemiach opuszczonej w rozpaczy ambasady północnokoreańskiej, odbyła się sesja plenarna pierwszej chińskiej prezydencji w Europie. Zamiast określić priorytety, niezbędne każdemu ciału kolegialnemu zarządzanemu jednoosobowo, Jahr Kha Czyn opowiedział typową dla Państwa Środka przypowieść: -- Przychodzi frutti di mare do dwutlenku węgla i mówi: „Odławia się mnie w sposób szalbierczy, zginęła moja żona, wszystkie moje dzieci, a także kuzyni i sąsiedzi, których żal mi może najbardziej, bo stanowili dla mnie nie tylko oprawę, ale i treść mych dennych biesiad. Ja żyję wprawdzie, ale błąkam się bezradnie po głębinach morskich w poszukiwaniu powietrza, którego już tam nie ma”. „A co mi do tego, rybko?”, zapytał uboczny produkt spalania. Frutti żałośnie uwypuklił, a potem śpiesznie cofnął pokrytą gęstym śluzem wypustkę, która była dlań nerką, okiem i płucem i rzekł: „Czyż nie jest dziwne, że tego czego nam potrzeba, jest coraz mniej, a tego czego nie potrzebujemy, jest coraz więcej”?
Była powiernica zmarłego brata Jahr Kha Czyna, Fo Thy Ga, kobieta piękna na sposób maoistyczny, czyli tak, jak niekiedy piękne wydają się być karpie kłębiące się w mętnych akwariach sieci sklepów Mài dé long, grała na erhu, dwustrunowym instrumencie, który wymagał nieustannej szarpaniny. W reakcji na opowieść Jahr Kha, Fo Thy dołożyła brykiet do pieca kachlannego i zakwitła ni to śmiechem, ni płaczem, ni wołaniem samicy samotnej strukturalnie, typowym dla salonów dworskich ostatniej dynastii, a w Europie charakterystycznym dla omamu Cotarda. Poruszyła wargą, najruchliwszym elementem twarzy wielu kobiet wybrzeża, a także położonym nieopodal okiem i zapytała: -- Jak to się ma do 歐元區...czyli la zone euro? -- Ma to się nijak, ale czy w środku naszego państwa kiedykolwiek coś się w ogóle do czegoś miało, piękna na swój sposób Fo Thy? -- To prawda, nigdy i nic. A zatem pozwól wielebny na swój sposób Jahr Khanie, że i ja roztoczę przypowieść, która zasłyszałam od pewnego wędrowca z zachodu. -- Rozważ ponownie swoje zamiary, Fo Thy, od wędrowców z zachodu gorsi są tylko wędrowcy ze wschodu, a twoja poprzednia opowieść sprawiła, że gotowany na parze korzeń lotosu zasmakował mi jak tutejszy śledź po grecku, z cebulą i śliwką. Jak sądzisz, dlaczego święty ptak Fenghuang popadł w łapownictwo i po dziś dzień upija się tanim winem ryżowym? Gdyby nie pamięć brata, dawno bym cię stracił. -- Wielebny Jahr Khanie, twoje opowieści bardziej są niebezpieczne. Na wieść o twojej wizycie w prefekturze Heng, nieśmiertelny pustelnik Zhang Guo porzucił samotność, przeniósł się do Łomży i zginął podczas nieudanej adoracji pewnego wyższego urzędnika kuriozalnego, którego wziął nie tylko za kobietę ale i za swą rodaczkę z Shitangcun. -- O niebiosa! Jeden z Ośmiu Nieśmiertelnych tak niewiele wiedział o kobietach z Shitangcun? Można je przecież poznać po wielkich stopach i rękach sięgających kostek. -- Mylisz się wielebny, po tym można poznać urzędników prefektury. -- Nie zamierzam się z tobą spierać o to, dokąd powinny sięgać dłonie kobiet. Jeśli musisz, snuj swoją opowieść Fo Thy, ale nie oczekuj, że sprawi mi to przyjemność. -- Drwisz z moich opowieści, a mówi się o tobie, Kha Czynie, że pochodzisz z rodziny, w której przy preparacji śledzia kroi się cebulę w piórka bądź półtalarki, cebulę podsmaża, dodaje majeranek i rodzynki. Podobno dodaje się też smażone na patelni kiszone ogórki.
-- Milcz, jeśli smażono kiedyś u mnie kiszone ogórki, to jedynie po to by skłócić Trzecią Rzeszę z Sowietami. Zacznij lepiej swoją opowieść.
-- Był w okresie dynastii Pra Wo Is, cesarz Ha Khu, który miał dwa problemy: ilekroć w przemówieniach do ludu powoływał się na któreś z ościennych królestw jako wzór do naśladowania, królestwo to stawało w płomieniach. -- Obawiam się, że twoja opowieść źle się kończy. -- Kończy się dobrze, choć nie dla cesarza. Cesarz Ha Khu, za namową spin doktorów Ka Min i Lan Bie, kazał się zdradzić umiłowanemu następcy, Zi Zou, i osadzić w wieży. Już przykuty żeliwem do zimnych i wilgotnych ścian niedostępnej twierdzy w Górach Południowych, pod wpływem tych samych przewrotnych doradców, napisał odezwę do ludu, w której wskazał na własny kraj jako na przykład do naśladowania dla całego świata. -- Czy kraj stanął w płomieniach? -- Zakwitł i zaświecił przykładem na wschód i na zachód. -- A więc klątwa została z cesarza Ha Khu zdjęta? -- Wręcz przeciwnie, ponieważ cesarz Ha Khu uroił sobie, że jego kraj jest okupowany przez mocarstwa wschodu i zachodu, to one stanęły w płomieniach, a państwo w środku zdominowało całą półkulę. -- Czy Ha Khu został uwolniony? -- Targnął się na swoje życie, a przewrotni doradcy nie tylko mu nie przeszkodzili, ale podobno nawet pomogli. -- A jaki był drugi problem Ha Khu? -- Okazało się, że był poważnie kopnięty.