RSS
poniedziałek, 08 lutego 2010

rodzinnarestauracja

 

Prezydent przeniósł się na fotel pod oknem. Siedział nieruchomo z na wpół zamkniętymi oczami; od klęski na Ukrainie i, bardziej jeszcze, od czasu gdy w Krakowie zaśpiewała Kempa, nie udawał już, że stać go na wysiłek, w każdym razie nie w obrębie rezydencyjnej części pałacu, gdzie pojawiali się wyłącznie wtajemniczeni. Na wejście Szczygły nie zareagował, nie poruszył nawet głową. Kiedy szef bezpieczeństwa narodowego stanął obok fotela, prezydent uniósł tylko zwiotczałą w nadgarstku rękę, jakby za pomocą jednego gestu pragnął zachęcić podwładnego do mówienia i zarazem przegonić go precz. Szczygło stanął w lekkim rozkroku, pochylił głowę i cierpliwie czekał aż z potoku odgłosów wydawanych przez znużonego przywódcę wyłonią się zrozumiałe słowa:
-- Prawdziwy wróg nie pokazał jeszcze swojego oblicza. Nie można wykluczyć, że poza tymi dwoma, o których oficjalnie się mówi, liberałowie mają jeszcze kogoś w zanadrzu. Mój brat i ja nie życzymy sobie żadnych niespodzianek. Pójdziesz do ich obozu; powiesz im, że nie czujesz się już u mnie szczęśliwy, nasz specjalista wytłumaczy ci wszystko, pokaże ci gdzie się zbierają, wytłumaczy ci jak myślą. Nauczy cię gotować rosół dla dwudziestu chłopa. Nasz specjalista nie jest liberałem, ale z racji wykonywanych obowiązków dużo się ich nasłuchał.  
-- Wiedzą, że tylko tu mogę być szczęśliwy, nie uwierzą mi.
-- Powiesz, że przejrzałeś na oczy, że uważasz, że kopalnie powinny być sprywatyzowane. Powiedz, że to rynek powinien decydować kto przeżyje ostre zapalenie płuc, a kto powinien umrzeć. Pamiętaj, żeby wspominać o rynku równie często jak Bochenek mówi kurwa.
-- To Juńczyk-Ziomecka, panie prezydencie, Bochenek wyraża się znacznie bardziej dosadnie, mówi mianowicie... 
-- Mniejsza z tym, pamiętaj, myśl o swojej ojczyźnie, jako o kraju mniejszym niż Węgry, wtedy się nie zdradzisz.
-- Tego rozkazu nie jestem w stanie wykonać.
-- Nie dramatyzuj, Szczygło, bez wyraźnej potrzeby.  Idź już.

Następny tydzień minął Szczygle na przygotowaniach, zajęciach własnych, indywidualnych i grupowych, rozpoznawaniu, przy pomocy eksperta, obyczajowości liberalnej. Naukę posługiwania się niewielkim, hałaśliwym pistoletem z obciętą lufą Szczygło niestety zlekceważył, całkowicie koncentrując się na przyswajaniu wiedzy teoretycznej:
-- Bez reformy finansów publicznych nie może być mowy o trwałym wzroście.
Nie była to wprawdzie myśli trudna do zapamiętania, wręcz przeciwnie, trudno było się jej z pamięci pozbyć, ale rzecz w tym, że trzeba ją było powtarzać niezależnie od kontekstu. Ćwicząc strzelanie, przekrzykiwał straszliwy odłgos broni, zmodyfikowanej przez niechlujnego specjalistę: 
-- Nie przejadajcie owoców wzrostu!
Każdy strzał powodował straszliwe straty w ludziach i sprzęcie, ale zasady filozofii liberalnej uczyniły Sczygłę obojętnym na tak zwane koszta społeczne przemian, których stał się sprawcą.

Minął tydzień i specjalista wciąż nie był w stanie ustalić, gdzie zbierają się liberałowie. Z braku prawdziwych informacji, obleśnie spekulował:
-- To na pewno będzie cicha knajpa z lożami, gdzie można prywatnie pogawędzić.
-- Dlaczego ciągle nie wiadomo nic konkretnego? czyżbyśmy nie mieli pośród nich ani jednego człowieka?
-- Do tej pory wszystkich z łatwością demaskowano.
-- Dlaczego? Co zdradzało naszych ludzi? Przeprowadzono przecież jakieś analizy.
-- Ciągle tego nie rozumiemy, posyłamy najlepszych i wcześniej czy później wszystko się wydaje.
-- Pójdę za tym na rybkę i poszukam o własnych siłach.
-- Jak to? Dokąd pójdziesz?
-- Za głosem serca.
-- Tylko nie bierz samochodu; tam nie ma gdzie parkować.

Szczygło ruszył zatem piechotą w skute mrozem miasto w poszukiwaniu liberałów. Zasiadł najpierw w japońskiej restauracji Kiku na rogu Senatorskiej i Moliera; opowiadał kelnerce, że ma dosyć:

-- Era przedsiębiorstw państwowych już się skończyła.
Podano mu
kiku gyu niku, mikroskopijną plamkę marynowanego mięsą, umieszczoną pośrodku nieskończonych przestrzeni białego talerza. A kosztowało to dwadzieścia pięć złotych.
-- Proszę to przynajmniej usmażyć!
Źle go chyba zrozumiano, choć obsługa, wberw uzasadnionym oczekiwaniom Szczygły, była zasadniczo słowiańska. Dzięki bogu, zdążył jeszcze przynajmniej wykrzyczeć pierwsze z brzegu japońskie słowa:
--
Yaki gyoza!

A potem szedł już Szczygło przez zapadające szybko ciemności, bez czapki i szalika, których mu przed usunięciem z restauracji zapomniano wydać. Minął księgarnię muzyczną, w której kiedyś kupował córce nuty na fortepian, zanim okazało się, że słuch i wrażliwość dziewczynka dziedziczy po tatusiu. W sklepie zbierali się ludzie osobliwi, ale niemający wyglądu oligarchów. Obok księgarni była kawiarnia, a zaraz obok, drzwi w drzwi, kolejna. Zadumał się nad tą osobliwością, i wszedł do drugiego z lokali, co by nie powiedzieć, gastronomicznych, ponieważ pomyślał, że to klasyczny przypadek złej alokacji środków, właściwej gospodarce centralnie sterowanej.

Siadł pod sinym neonem obrazującym królika albo zająca biegnącego z tacą. Nie podobało mu się tu: biało-czarne płytki na podłodze, różowe fotele, siny królik. Podeszła śliczna kelnerka, blondynka, młodsza niż trudne dzieciństwo Szczygły, w biało-czarnym stroju dziewiętnastowiecznej pokojówki w domu rozpusty.
-- Czy nie sądzi pani, że gdyby potraktować ideały liberalizmu poważnie, a zatem gdyby również uznać równuprawnienie płci za cel polityki społecznej,charaktersytyczny dla kobiet zdrowy rozsądek i brak zacietrzewienia zapobiegłyby sytuacji, w której dwie identyczne kawiarnie stoją drzwi w drzwi? Czy czytała pani kiedyś Gadomskiego albo Nowakowską?

Pojawił się ktoś, kto nie był ani kelnerem, w każdym razie nie bardzo dobrym, ani kobietą, w każdy razie, o braku zacietrzewienia nie mogło być mowy. Szczygło zdążył jeszcze wypowiedzieć pierwszą lepszą złośliwość jaka przyszła mu do głowy:
-- Czy macie tu drinki o nazwie przeciek?

Szedł Szczygło, teraz już bez płaszcza, mrocznymi i mroźnymi krużgankami ulicy Moliera, trwożny i z rozciętą wargą, minął pracownię badań społecznych SMG/KRC, która od miesięcy dostarczała prezydentowi wyłącznie smutnych wieści. Był już teraz bardzo głodny i praktycznie bez pieniędzy; szeptał dla wprawy i większej wiarygodności maksymy Gadomskiego, których było wprawdzie trzy na krzyż, ale Szczygle coraz trudno je było oswoić, bo jego podbitym oczom jawiły się jako pozbawione empirycznych podstaw:
-- Dla krajów mających problemy budżetowe, strefa euro jest bezpieczną przystanią.

 

Sczygło nie krył już teraz łez rozpaczy.

 

 

Na końcu Moliera skręcił w prawo, w Trębacką, na rogu napotkał dwa jałowce w doniczkach, dywanik, tablicę na stojaku z nazwami i cenami potraw. Na widok cen zbladł bardzo, chwycił się gałęzi wiecznie zielonej, ale bardzo chybotliwej rośliny, złapał się też, dla równowagi, tablicy i po chwili zapoznawał się z jej treścią bezpośrednio, na leżąco, tuląc do piersi astronomiczne ceny i francuskie nazwy potraw.  Leżąc dostrzegł jasne wnętrze, żyrandol z kryształowych kul różnej wielkości, bar o wyglądzie ołtarza tajemniczej, ale natchnionej religii i troje kelnerów w białych koszulach, czarnej reszcie, z serwetami tam, gdzie powinny być liście figowe, stojących jak wyrzeźbieni, trochę uroczyści, a trochę gościnni; trochę dumni z powodu niedostępności ich królestwa i trochę melancholijni z powodu samotności i złej sławy jaka Bistro de Paris ostatnio zyskało. Szczygło miał złe przeczucia, ale ciągnęła go jakaś niewidzialna siła i zapragnął być liberalnym łabędziem mieszkającym pośród tych pięknych stworzeń. Rozważając konsekwencje jakie będzie to mieć dla trwałości dziedzictwa, które od pokoleń w sobie nosił, poczuł w sercu chłód. Pomyślał jeszcze, ze smutkiem, że w świetle uzyskanych danych empirycznych oraz pryncypiów głoszonych przez Gadomskiego, ta restauracja może upaść jeszcze tego wieczoru, przygnieciona wziętymi z sufitu cenami, licznym personelem oraz zupełnym brakiem konsumentów. Kiedy go zbierano z dywanika, powiedział:
-- Kandydatura Balcerowicza do Nagrody Nobla została już zgłoszona, jestem przekonany, że Drzewiecki będzie następny.

Bardzo sprawnie i na dobrą sprawę bez jego udziału posadzono go w loży, za miedzianym parawanem, na podeście, na lewo od wejścia. Był w restauracji sam, choć był piątek wieczór. Nie wiedział jeszcze wówczas, że dzień pracy prawdziego liberała i jego ofiar trwa co najmniej dwanaście godzin i w najlepsze wyciągał pochopne wnioski na podstawie ulotnego świadectwa bardzo już wówczas skołatanych zmysłów. Podano mu wodę i, niestety, również wino, od czego rozwiązał mu się język:
-- Macie przerosty zatrudnienia, mam nadzieję, że zabiegacie o to, by ograniczać pozapłacowe koszta pracy.

Kelner zapisał cenę wody i wina i położył rachunek na stole. Ciałem Szczygły wstrząsneło po raz pierwszy. Jakiś kopniak, zbyt gwałtowny by móc być odczuwany jako ból, podrzucił go, sprawił, że ramiona same się szefowi BBN podniosły i wyciągnęły, zrazu ku pustej przestrzeni za oknem, a potem opadły i zawisły, dziwnie długie i sięgające nieomal podłogi;  jakby tego było za mało, całą powierzchnią pleców i tyłem głowy Szczygło pokazał, że parawan jest metalowy i solidnie przytwierdzony do podłogi.

Choć poprosił o rosół z kury, podano mu tatara z dorady królewskiej, zwanego tu Tartare de daurade royale, w istocie, galaretkę o średnicy czterech centymetrów, z odrobiną rukoli, a do rachunku mściwie dopisano dwadzieścia dziewięć złotych, co przyjął jak mężczyzna, tyle że miast się zbędnie zacietrzewić, przełknął hałaśliwie i chwycił za grdykę, z której z jakichś powodów wydostawała się krew. Szczygło ostatecznie odrzucił teorię równowagi Walrasa, której założenia były nierealistyczne, ponieważ dobra, zapewne również ryby morskie, wyceniano na użytek tego modelu tak samo, bez względu na to czy były produktem finalnym czy też surowcem:
--
Kiku gyu niku w restauracji Niku było pięć złotych tańsze i dwa razy większe!

Było to pierwsze od dwudziestu lat stosunkowo koherentne wyzwanie rzucone liberalizmowi ekonomicznemu, w każdym razie w bezpośrednim sąsiedztwie słynnej firmy konsultingowej McKinsey, zajmującej blisko połowę budynku Metropolitan. Jak powszechnie wiadomo, to właśnie kosztujące niewiele poniżej czterech milionów złotych prezentacje konsultantów McKinseya umożliwiły Kropiwnickiemu wcześniejsze zakończenie kariery, co uchroniło jego ukochane miaso, Łódź, przed ostateczną katastrofą, o co w konsultingu najbardziej chodzi.

Konsultanci nie musieli nawet opuszczać swoich biur by zawyrokować, że z pozoru samotny, wyraźnie postrzelony i przemarznięty mężczyzna nie działał sam. Postanowiono zatem ugościć go wszystkim, czym lokal dysponował.
-- Co to jest?
-- Dziki bar
-- Za osiemdziesiąt złotych?
-- Siedemdziesiąt dziewięć
-- A to zgniłe, szkliste ścierwo to co?
-- To jest cebula.
-- Proszę mi nie mówić jak wygląda cebula, bo się na niej praktycznie wychowałem.
-- Zapytam kierownika kuchni.

Szczygło miał rację, był to koper włoski, ale podający się za liberała kryptofaszysta nie miał chwili czasu by się z pomyłki kelnera ucieszyć, bo już, jedną ręką, pokazywano mu jakieś prezentacje, jakieś dynamiczne modele bardzo wielu zmiennych, a tak zwaną drugą ręką dopisywano do rachunku sumy tak astronomiczne, że aż śmieszne. To dzięki temu, że mu te ceny wydały się zabawne, żył jeszcze, choć jedynym sensem jego życia był sens kliniczny. Nie wiadomo skąd kelnerzy-konsultanci wiedzieli, że Szczygłę interesują liberalni kandydaci, w każdym razie, pokazywano mu warianty modelu częściowej równowagi Arrowa i Debreu, w którym, za każdym razem, choć tylko w tak zwanym krótkim horyzoncie czasowym, dominował Komorowski. Na ostatnim, wieńczącym prezentację wykresie panował oczywisty stan równowagi, wsparty na trzech wielbłądach, słoniu i pustułce, często mylonej z krogulcem. Szczygło okazał nieuzasadnioną radość, jakby przewidywane zwycięstwo Komorowskiego stanowiło remedium na trawiącą jego, albo kogoś z jego najbliższych, śmiertelną chorobę. Podano mu dwanaście ślimaków w rosole, opisanych w karcie jako
Les six escargots do bourgogne. Myślał, że policzą mu za sześć sztuk, tak jak stoi w karcie i ucieszył się, że Bistro de Paris samo się nacięło na trzydzieści dwa złote.
-- Pański rachunek wynosi już ponad pięć tysięcy. 

Kelner przyniósł właśnie butelkę szampana Pernod-Ricard Perrier-Jouet i mimo gwałtownych gestów szefa BBN, powoli odkręcał drut przytrzymujący korek; powietrze zabłysło różową mgięłką; na białym fartuchu były już resztki czyjegoś mózgu. Szczygło bez trudu rozpoznał własny, ustalił z satysfakcja, że od kiedy został liberałem, utrata płata ciemieniowego nie przeszkadza mu w rozumowaniu. 
-- Co mnie zgubiło?
-- Poza powierzeniem zadania przygotowania broni Kamińskiemu, ptasi móżdżku?
-- Proszę bez żartów, nie stać mnie już na poczucie humoru.
-- Ani Komorowski, ani Sikorski nie są liberałami. 
-- Nie są?
-- Nie są szaleńcami, ale poziomem liberalizmu nie różnią się od prezydenta.

Szczygło wierzgał dłuższą chwilę, nadal formułując pochopne wnioski, takie na przykład, że Bistro de Paris jest przybudówką McKinsey'a, chociaż to Bistro de Paris było spółką-matką nie tylko słynnej firmy konsultingowej, ale całego Metropolitan, a także szczątków nieznanego żołnierza. Zupełnie już przedśmiertnie wydało mu się, że najpierw jest rosół, a dopiero potem kura, oraz że liberalizm polega na tym, że im mniejsza porcja, tym wyższa cena. Uznał wreszcie, i był to jedyny poprawny wniosek jaki tego dnia wyciągnął, że biznes model Bistro de Paris polega nie na tym, żeby serwowować posiłki maksymalnej liczbie osób, ale żeby serwować jeden posiłek w roku, tyle że właściwym osobom, z których nikt poza obsługą nie uchodzi z życiem, a jeśli już to wyłącznie w charakterze świadka.

06:03, balsamlomzynski
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 01 lutego 2010

l.a kaczyński w davos

Doszło do minus trzydziestu, pękł zaokienny termometr staruszki z poddasza, Król Zygmunt III kaszlnął sucho i nieodpowiedzialnie, wypuścił z ręki źle przyspawaną przez fałszywych przodowników pracy szablę; staruszka od zawsze wiedziała, że tak będzie: patrzyła jak szabla odbija się od podstawy kolumny ze strzegomskiego granitu, wzlatuje ku blademu słońcu, iskrzy zawisając na całą wieczność nad wieżami kościołów, uderza jak w szmaciany bęben w pokrytą śniegiem kostkę brukową, budząc dokarmiane przez fałszywych dorożkarzy i upadłych zakonników kruki drzemiące na gzymsach kościoła Świętej Anny. Uparta przekupka czekająca od pięćdziesiątego szóstego roku na nabywcę zestawu pamiątek góralskich: ciupagi, kierpec i kapelusza z opaską z muszelek, sprzedała wreszcie pierwszy komplet za trzysta jednostek tutejszej waluty, ale nie było już komu sprawdzać z czego żyła przez te wszystkie lata.  Do chmary kruków dołączyły nadlatujące znad Mokotowa i bliskiej Woli ptaki gniazdujące w starych lipach wokół ministerstwa spraw wewnętrznych, na umierających topolach na zapleczu archiwów instytutu pamięci, niech będzie przeklęta, narodowej, w której odmętach rozpoczęto tej nocy ostatnie, szczególnie gorliwe i szczególnie rozpaczliwe poszukiwania; setki ptaków wzleciało z zakamarków budynków gospodarczych długoterminowego więzienia na Rakowieckiej, gdzie przedwcześnie gromadziły się dusze żyjących jeszcze, ale śmiertelnie urażonych przyrównaniem ich do ZOMO bohaterów Podziemia; ptaki zatoczyły nad miastem wielki krąg, wejrzały na bloki Ursynowa, zamieszkałego przez osowiałą, ale gotującą się do skoku młodzież. Kiedy Król odzyskał równowagę, obiema rękoma łapiąc się krzyża, kruki z łoskotem skręciły ku pałacowi prezydenckiemu; leciały fala za falą na krawędzi chmur, przeleciały nad bramą pałacu, obok miedzianych chrap rumaka dosiadanego przez tutejszą wersję Marka Aureliusza, wdarły się przez balkony korynckiej fasady pałacu prezydenckiego; uderzeniami dziobów rozbiły cienkie szyby i rozszarpały butwiejące draperie, skrzydłami i krakaniem wzburzyły zapleśniały czas.*

-- Co za gówniany pierdolnik.

 

-- Co za gówniany pierdolnik.
-- Proszę jaśniej, panie prezydencie.
-- Gówniany czy pierdolnik wam trzeba wyjaśnić, Skrzypek?
-- Gówniany to ja panie prezydencie doskonale rozumiem, ale zabrał pan głos, to jest bardzo poważna konferecja, głowy państw i największe umysły; zgromadzeni po raz pierwszy nie tylko nas rozumieją, ale zgadzają się z nami w całej rozciągłości. Domagają się jednak by rozwinął pan swoją myśl.
-- A o czym teraz mowa?
-- O contingent convertible bonds, nowej formie zabezpieczania podstawowego kapitału banków.
-- Przetłumaczono już zatem, że powiedziałem: jebany pierdolnik?
-- Powiedział pan gówniany, a w tym nie ma nic złego, ostatnio gówniany jest nawet w dobrym tonie.
-- Powiedziałem też jednak pierdolnik.
-- Tłumacz albo nie zrozumiał, albo jest człowiekiem odpowiedzialnym, w każdy razie, przetłumaczył to jako: doktryna ekonomicznego liberalizmu.
-- Co radzicie, żebym powiedział, Skrzypek? Zasnąłem, sami wiecie, miałem koszmarny sen, czuję, że w kraju dzieje się coś bardzo złego. Trzeba sprawdzić komórki, wiecie jak?
-- Dziś przesłuchują Drzewieckiego, ot i wszystko, kruszeją podstawy obecnego rządu, stąd ten niepokój, ale sprawy idą w dobrym kierunku. Zgromadzonym proponuję natomiast powiedzieć, że przyjęcie przez nas euro w roku 2015 jest przedwczesne.
-- Ale to nie jest na temat.
-- Nie sądzi pan chyba, że znam się na obligacjach warunkowo konwertowalnych na akcje, osobiście mnie pan przecież nominował. I proszę nie zasypiać, na miły bóg, proszę znowu nie zasypiać.

 

Wielokrawatnej hordzie połączonych sinozębami z małżowinami własnych uszu liberałów wystarczyło pchnięcie by ustąpiły zawiasy opancerzonych wrót prowadzących pod cokół fałszywego Marka Aureliusza. Tłum przedarł się przez nieruchome przestrzenie dziedzińca, dotarł do krawędzi powietrza nasyconego lawendą i tuszem drukarek wypluwających niczego nieprzyspieszające ponaglenia i jękliwe narzekania rozsyłane przez prezydenckich urzędników na adresy całego świata. Szli przez pierwszy wewnętrzny dziedziniec, a ich rozmowy telefoniczne nie były w stanie przezwyciężyć panującej tu ciszy i pobudzić nieruchomych rzeźb antycznych atletów i fałszujących historię fresków namalowanych przez ludzi zaślepionych kompleksem zaścianka i pozbawionych przez to wszelkiego zmysłu smaku i proporcji. Tłum wkroczył na podjazd dla limuzyn, którego płyty podgrzewano do czerwoności od kiedy pewnej zimy pośliznął się tu i złamał rękę sam Prezes, brat prezydenta; żywioł liberalny ogarnął jak morska fala opuszczony w popłochu przez uciekających ochroniarzy, roztargnionych archiwistów i bojących się rozgłosu rzeczników prasowych posterunek w Sieni Główniej; rozproszył porzuconą broń, wywrócił długi stół z resztkami przerwanego w panice skromnego śniadania składającego się z golonki, kapusty z grzybami i gotowanych kości karkowych, jedynej potrawy którą trzewia prezydenta były jeszcze jako tako trawić, zbeszcześcił mroczną jaskinię Łopińskiego, którą ten, z braku zajęć zamienił w hodowlę rudych kotów. Spłoszone zwierzęta  jak płomień ogarnęły wyłożone operowymi dywanami marmurowe schody, po których służba nosiła kiedyś w fotelu generała Zajączka, choć brakowało mu tylko jednej nogi; na szczycie schodów przechadzały się obsrane bażanty i cierpiące na czkawkę niezasłużonego panowania pawie gniazdujące w siedzeniach odartych z atłasów foteli. Odrzwia prywatnego gabinetu prezydenta otwarły się same pod naporem głosów. Cuchnęło truchłem i dymem z kadzideł wznieconych w kaplicy przez płaczącego z bezradności Wypycha.

-- Wszystko się pieprzy.


 

-- Wszystko się pieprzy.
-- Proszę się wyrazić szerzej, panie prezydencie, tym razem przerwał pan powszechnie szanowanemu prelegentowi.
-- Coś się dzieje w kraju, czuję to, Skrzypek, trzeba dzwonić, trzeba mailować, faksować, niech odpalą silniki odrzutowe, a o czym jest mowa?
-- Profesor Roubini z NYU opowiada, że strefa euro niebawem się rozpadnie.
-- O euro była mowa jak obudziłem się poprzednio.
-- Poprzednio mowa była o obligacjo-akcjach, a to myśmy wypowiedzieli się w kwestii euro; nie było na temat, ale było jednoznacznie, co w polityce monetarnej jest bardzo istotnym i powszechnie stosowanym instrumentem.
-- Powiedzcie im ponownie w moim imieniu, Skrzypek, że 2015 to za wcześnie, szczególnie jeśli ten masoński pieniądz i tak ma się rozpaść.
-- Nie możemy dwa razy powiedzieć tego samego.
-- Nie na temat można, a dwa razy powtórzyć to już niby nie?
-- To jest konferencja naukowa, a nie polityczna.
-- Powiedzcie im, że chcę odznaczyć profesora Roubini którymś z naszych krzyży, odrodzenia, czy wskrzeszenia, do diabła z tym, Stasiak będzie wiedział którym.
-- Powiem, że strona polska ceni i podziela wieloletni pesymizm profesora Roubiniego i pragnie, żeby jego przepowiednie jeszcze jakiś czas się sprawdzały, byleby sprawdzały się wszędzie, ale proszę już, panie prezydencie, nie zasypiać.

W kącie gabinetu resztkami sił pracowała machina do wywoływania wojen światów i niepokoju dusz, składająca się z trzech palenisk na biały japoński węgiel drzewny, trzech niezależnych miechów, trzech korb i trzech kominów, przy których pośpiesznym oczyszczaniu z sadz zastano dwóch dymisjonowanych tajnych policjantów, których kompetencje były kiedyś tak wielkie, że kiedy ich zdetronizowano, nie mogli na powrót zrozumieć sensu własnej śmiertelności, kręcili zatem korbami dzień i noc w nadziei na zawrócenie podłego i zwitoczałego ostatnio czasu, który miast pogłębiać winy wraz z własnym upływem, jak to czynił dotąd, znowu leczył rany. W czarnych od sadzy twarzach tkwiły oszalałe oczy wszetecznic, w które tajni policjanci zamienili się od upartego poszukiwania politycznych sensacji i nieodmiennego trafiania jedynie na dane wrażliwe. Zdumieni wkroczeniem tłumu, porzucili korby, miechy wydały ostatnie tchnienia i zapanował ostrzejszy niż światło kandelabrów i straszliwszy niż rozpacz zdetronizowanych lustratorów sępi odór ścierwa.

Na stole konferencyjnym, pośród walających się i toczonych przez robaki długich kości karkowych leżał on, w polowym mundurze bez dystynkcji, w powstańczym kasku przypominającym niemiecki, z opaską na prawym ramieniu, wzrostem i niewinnością skurczonego oblicza młodszy od wszystkich zaginionych dzieci i starszy od wszystkich zdziecinniałych strategów militarnych obłąkanego kraju, leżał zwinięty w kłębek jak ktoś, kto powrócił do upragnionego łona, albo pragnął powstrzymać nieznośny ból żołądka, w tej samej pozycji, w której spał noc w noc, przez wszystkie noce swego, ledwie czteroletniego panowania, które w oczach ludzi zamieniło się jednak w cztery tysiące wizyt u dentysty dotkniętego ślepotą i chorobą Parkinsona; zwinięte truchło ostatniego w tym kraju symbolicznego dyktatora, dysponenta rozsypujących się w proch rekwizytów podszytego strachem heroizmu i nadętych aktów złośliwej odwagi, drgnęło raz jeszcze.

Radość nie gościła na tej twarzy starego dziecka od czasów aresztowania doktora G., ale teraz pojawił się tam przebiegły uśmiech, widoczny tylko dla specjalistów od wizerunku, których tłumy obsiadły prywatne i państwowe uczelnie miasta, obsrywały wszelką logikę i resztki przyzwoitości.  

-- Gówno nie kraj.
-- Panie prezydencie, panie prezydencie, coś się rzeczywiście dzieje. Mówią w kuluarach, że najważniejszy kandydat liberałów nie będzie pańskim konkurentem w tych wyborach. Nie chodzi chyba o tego kandydata?
-- To on; z całą pewnością; chce zamienić moją prezydenturę w truchło, którego nikt nie będzie chciał tknąć. Miałem sen.
-- Ależ pan przecież i tak tknie, panie prezydencie, jeśli tylko coś się znajdzie na Komorowskiego...
-- Czy wspomnieliśmy, że bankowość dzieli się na nomenklaturową i zagraniczną, a krajowej to już prawie w ogóle nie ma i to jest główny problem?
-- Nie, ponieważ oni tu wszyscy uważają, że mamy najlepszy system bankowy w Europie.
-- No to jest to poważne przeoczenie, przyjechaliśmy tutaj, Skrzypek, po to, żeby im wytłumaczyć, że jest inaczej.
-- Od kliku lat sprawuję zwierzchnictwo nad systemem bankowym, panie prezydencie.
-- Może macie rację, lepiej milczeć, powiem wam, Skrzypek, nie wiadomo z kim mamy do czynienia, teraz oni mają wszyscy gęby i kieszenie pełne akcji-obligacji, ale w latach sześćdziesiątych z pewnością wszyscy byli trockistami. 
-- Panie prezydencie, spieszmy zatem do kraju, może jest już coś na Komorowskiego...
-- Na Komorowskiego nic nie ma. Kominy w maszynie czasu są zatkane, pękł termometr; widzicie Skrzypek, szabla, niestety, wypsnęła się z ręki, pośród stachanowców była staruszka-sabotażystka, niby w służbie państwa, a tak naprawdę to ona przez ostatnich dwanaście pięciolatek wyłącznie czychała. 
-- Sądzi pan, że pańskie szanse są mniejsze, gdy pański najgroźniejszy konkurent zrezygnował?
-- Istnieje ryzyko, że stronią ode mnie nie tylko wyborcy, ale również konkurenci.
-- Co za jebana sytuacja.
-- Gówniana, Skrzypek, gówniana.


Muzyka wieńczącahttp://www.youtube.com/user/PomplamooseMusic#p/u/12/7jM2YwhaNCc

Prezydent jako powstaniec dziecko, na znaczku pocztowym

* Inspirowane, oczywiście, Jesienią Patriarchy Marqueza.

Zdjęcie: AP/Anja Niedringhaus

11:59, balsamlomzynski
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 25 stycznia 2010

Ojciec córki Sobiesiaka nade wszystko pragnął dobra swojej córki, Magdaleny, pięknej i zdolnej dziewczyny o wielu przymiotach duszy i ciała. Wychwalać jej powaby byłoby zajęciem tyleż próżnym, co niebezpiecznym. Dał jej bowiem Sobiesiak wszystko: lekcje baletu dla większej gracji, tenisa dla tężyzny fizycznej, dał jej płynność w posługiwaniu się językiem angielskim, co oczywiste, francuskim, co zabawne i niemieckim, co dalej się wyjaśni. Lato przepędzała w Londynie, ponieważ tamtejsza mgła dobra była dla jej jędrnej, ale łatwo popadającej w suchość cery, a Sobiesiak i tak potrzebował kogoś do obserwacji trendów w światowym przemyśle rozrywkowym. Zimy przepędzała na greckich wyspach, pływając dość wytworną, ale pojemną jednostką żeglugi, z której pokładu wieczorami osobiście odławiała mięsiste dorady; spożywała je później lekko przysmażone z odrobiną śródziemnomorskich ziół, patrząc w światło księżyca rozświetlającego wąską przestrzeń między Samos a tureckim wybrzeżem.

Sobiesiak widział, że jego piękna córka trawi lata w samotności; udawał obojętność, ale po nocach zamartwiał się i klął na pamięć własnej babki, która nauczyła go grać w nogę, że uczyni Magdalenę szczęśliwą.

Przybyła do domu wiosną, na krótko, jak wędrowny ptak, z jeszcze większymi kwalifikacjami, pogłębionymi umiejętnościami językowymi i ładunkiem czterdziestu pięciu używanych maszyn o niskich wygranych typu Vegas Multigame, Black Horse, Hot Slot, Hot Spot i Silver Shark, z dziesięciocalowym ekranem dotykowym. Nie zdjęto ich jeszcze z lawety, choć już je policzono, kiedy na tle zalesionych wzgórz sudeckich, których wówczas tak wiele było w Zieleńcu, pojawił się niemłody już i pożółkły od domowych kosmetyków mężczyzna o wyglądzie geodety. Córka Sobiesiaka nie miała czasu na błahostki, ale spojrzenie Zbigniewa C. przeniknęło już grube szkła okularów, podwójne kraty, pancerną szybę, niewidzialne promienie systemu alarmowego, musnęło czoło dziewczyny, zagubiło się w jej oczach, zsunęło ku ustom i zawisło w miejscu gdzie górna warga tworzy dla dolnej łagodną przystań.

Magdalena upuściła kieliszek z ciętego kryształu i ten rozprysł się na tysiące kawałków o płytki piertra di matera, ciemnoniebieskiego gresu sprowadzonego z Włoch, który w zamyśle miał wyściełać całą posesję Sobiesiaka, ale okazało się, że stopnice są doklejane i na zewnątrz się nie nadadzą:
-- Te kieliszki miały być trwalsze niż diamenty.
-- To na szczęście, Magduś, to na szczęście.
-- Nie będę szczęśliwa, tato, jeśli ten mężczyzna nie będzie mój. Chcę dzielić z nim moje aktywa w Golden Play, chcę dzielić z nim życie. Każ mu przyjść do mojego pokoju.
-- Tego zrobić nie mogę.
-- Dlaczego?
-- To Zbigniew C. On przychodzi tu wyłącznie w trybie artykułu dwudziestego ustawy o wykonywaniu obowiązków posła. Widzi we mnie wyłącznie wyborcę.
-- Już nienawidzę artykułu dwudziestego. Zmień to okrutne prawo.

Dla Zbigniewa C. nic już potem nie było takie same. Ani dla Magdaleny. Ponieważ kochankowie oficjalnie nie mogli się spotykać, Sobiesiak zaplanował wielkie przyjęcie w Zieleńcu. Magdalena była smutna i myślami nieobecna; by ten smutek jakos uśmierzyć, pozwolił więc jej wyrąbać las na znacznej części powierzchni byłego województwa wałbrzyskiego. Zbigniew C., działając nieomal anonimowo, zza zasłony swoich licznych funkcji społecznych, przyznał jej zresztą za to wicemuflona bizensu, nagrodę przyznawaną tyleż dorocznie, co bóg wie za co. Magdalena cięła bowiem, zapewne z miłości, jak szalona. Poszła, na szczęście, czeską stroną granicy, ale wyrąbała bogate w buk i wiąz lasy dolnych partii Karkonoszy i zatrzymała się dopiero w leśnych ostępach Speerwaldu, gdzie stanęła oko w oko z zagubionym patrolem niemieckiej, a może austriackiej, ksenofobicznej policji granicznej, której nigdy nie powiedziano o wejściu Polski do strefy Schengen:
-- Warum diese Bäume, Sobiesiak’s tochter?
-- Warum nicht?


Przyjęcie udało się nadzwyczajnie, ale elegancki tej nocy Zbigniew C. zachował wielką wstrzemięźliwość, nie był bowiem pewien czy Magdalenę podnieca on sam czy jego funkcja w urzędach centralnych. Córka Sobiesiaka wirowała więc z trzydziestoletnim ledwie Rosołem, kierownikiem gabinetu politycznego ministra Drzewieckiego, który był tylko człowiekiem i coś z kimś na tarasie uzgadniał, choć ten ktoś wcale nie mieszkał na terenie okręgu wyborczego ministra. Drzewiecki nic zresztą nie musiał, bo Rosół wszystko załatwił: pozwolenie, post hoc, na wyrąb lasów, uciszył śledztwo Europolu w sprawie zaginionego patrolu granicznego i tańczył teraz z córka Sobiesiaka w imieniu Zbigniewa C., na sali balowej większej niż niejedno jezioro mazurskie. Tańczyli odważnie, choć najwyższe standardy etyczne obowiązujące w rządzie krępowały ich co śmielsze manewry taneczne i inne. Zbigniew C. patrzał tylko i szastał pieniędzmi na lewo i na prawo, ażeby w trybie obowiazujących przepisów za wszystko płacić samemu.
Córka Sobiesiaka, gdy z Rosołem, jako wirujący krąg, się o Zbigniewa C. ocierała, samymi tylko oczami błagała:
-- Przyjmij od nas chociaż szampana.
-- Jesteś dla mnie, pani, wyłącznie osobą fizyczną.

Śniegu tego roku było niewiele, ale w Zieleńcu, największym już wówczas ośrodku wypoczynku zimowego w tej części Europy, nie zabrakło go dla nikogo. Długi na dziesiątki kilometrów wyciąg dowoził ośmielonych szampanem wyborców i ich przedstawicieli aż pod Liberec. Jeżdżono śmiało i nie dbano o nic, nawet o biżuterię i futra, których wiele później znaleziono porzuconych w lesie, co było powodem wielu nieporozumień w szeregach służb leśnych z trudem odróżniających zwierzęta futerkowe od efektów powszechnego w tym kraju braku szacunku dla praw zwierząt. 

Nic już potem nie było takie same. Zaczęły się plotki. Zbigniew C. nie tracił jednak pewności siebie:
-- Są takie dziedziny, na przykład jak sport, kultura, które często powodują, że mamy znajomych, którzy są w tej czy innej partii politycznej.*

Zaczęto mówić o rozwodzie Zbigniewa C., choć rozwody na najwyższym szczeblu wciąż były rzadkością. Sytuacja nie była łatwa. Sobiesiak martwił się o przyszłość córki. Cierpiący kochanek uspokajał: 
-- Z tobą na... dziewiećdziesiąt procent, Rysiu, że załatwimy. Tam walczę, nie jest łatwo, tyle ci powiem.
-- To są, kurwa, tak, ja wiem, Albo byś wykorzystał do tego, kurwa, Mirka, i... i... tego drugiego.
-- Z nim nie gadam, to powiem ci szczerze, Rysiu, że tak, bo wiesz....*

Córka Sobiesiaka posyłała list za listem, tłumaczyła kim jest i kim dla Zbigniewa C. być może, dołączała list motywacyjny i zdjęcie za zdjęciem, ale reagował wyłącznie Rosół.

Za dużo było tych listów, za dużo tych nieostrożnych telefonów, za dużo łez, niemych wyznań i gorących westchnień. Żaden dysk nie pomieściłby takiej ilości danych. Rodził się pierwszy po osiemdziesiątym dziewiątym roku skandal polityczny z szaleństwem ludzkich serc w tle. Albowiem do tej pory, panował osobliwy strach przed miłością. Mordowano już skrycie i fachowo, zwłok pozbywano się nie gorzej niż na Sycylii; ludziom kleiły się do rąk pieniądze, i inne korzyści, ale uczuć bali się wszyscy. Na najwyższych szczeblach władzy, miłości innej niż małżeńska nikt nawet specjalnie nie rozważał.

Gdy się więc skazany na samotność Prezes o uczuciu córki Sobiesiaka do Zbigniewa C. wreszcie dowiedział, jego szpetną twarz ścisnął bolesny skurcz. Patrzał w ciemne przestrzenie cichych żoliborskich ulic i łkał jak dziecko za korzyściami, których sam nie przyjął, i za tymi, których sam nigdy nie ofiarował. Wstrzemięźliwość Prezesa w braniu mogła od biedy uchodzić za poświęcenie, choć w rzeczywistości nie potrzebował niczego; to jednak, że nie kochał, nigdy nie było jego wyborem. Przesłuchawszy ostatnią z taśm, poruszony do żywego, wracał myślami do własnego dzieciństwa, które spędził na obrzucaniu kamieniami tych, których skrycie kochał. Wzruszony zdjął z uszu słuchawki i wyłączył urządzenie rejestrujące obraz i dźwięk, które Mario Kamiński przyniósł mu ubiegłej nocy. Przeraził się dokonującego się postępu i zamartwił nad spustoszeniem jakie romans córki Sobiesiaka może wywołać w polityce historycznej, wobec której miał jeszcze pewne nadzieje:
-- Trzeba zabić tę miłość.

Dla Magdaleny nadeszły miesiące niepewności, potem tygodnie najczarniejszych przeczuć, i wreszcie dni, które wypełniała wyłącznie gorycz. Znów widziano ją w lasach pozbawionej granic Europy. Rosół wyznaczył spotkanie. Sierpniowego popołudnia przybyła do Warszawy, skromna jak nigdy, w ciasnych czółenkach kroczyła ku swemu przeznaczeniu. Odnowiony niedawno Nowy Świat jaśniał od popołudniowego słońca; wielojęzyczny tłum turystów przepływał w poszukiwaniu kawiarni o sensownych cenach i niekłócącej się ze zdrowym rozsądkiem ofercie; setki nie zważających na nic par kochanków dawało światu znać o łączących ich uczuciach; z mokrymi od łez i ostrego słońca oczami mijała wielu zwykłych ludzi, którym ani w głowie nie było, że Prezes i jego Ochroniarz zabijają właśnie pierwszą, kiełkującą na szczerej pustyni, miłość o politycznych konsekwencjach.

Przed szóstą po południu łykała już w Pędządzym Króliku łzy zmieszane z kwaśnawą, czarną kawą. Rosół, teraz po prostu zwykły urzędnik średniego szczebla wszedł i nie mówiąc nic, patrząc nie na nią, lecz na gmach przybranego we flagi teatru, oddał jej wszystkie listy, zdjęcia i nie dał żadnej nadziei.

Wiele tygodni później, w drodze na obrady Komisji, Zbigniew C. wspominał ów zapowiadający koniec lata dzień, kiedy w rozpaczy i niepewności zmierzał na Dolny Śląsk, do swoich politycznych korzeni. Wiedział już wtedy, że prawdziwych motywów swoich działań nigdy nie będzie mógł wyjaśnić, jeśli córka Sobiesiaka miała być czymś więcej niż zwykłą korzyścią.

Jechał więc wtedy krętymi drogami na Dolny Śląsk, a Sobiesiak wydzwaniał na wszystkie trzy komórki; Zbigniew C. analizował niejasne prośby, pogróżki i obietnice biznesmena w świetle ich zgodności z konstytucją, z założeniami budżetu, w kontekście wpływu na rynek pracy i wreszcie, ale przecież nie na szarym końcu, zgodności z prawem Unii Europejskiej. Nie mógł w swoim sercu znaleźć żadnej winy i żadnego istotnego uchybienia. Bo przecież dla miłości można i powinno się uczynić wszystko. Zostawił samochód na stacji paliw i ruszył przez świeżo zaorane pole, ku cmentarzowi na wzgórzu:
-- Czym się to spotkanie różni od spotkania, nie wiem, na ulicy, w rynku, na spacerze, czym?*

* Wypowiedzi prawdziwe..

Zabrania się czytania bez muzyki; odbyte już czytania bez podkładu muzycznego unieważnia się i traktuje jako niebyłe.

11:55, balsamlomzynski
Link Komentarze (22) »
środa, 20 stycznia 2010

 

 

Ostrze szerokiego, dwustronnego miecza, wiernej kopii rzymskiego pierwowzoru, zsunęło się po corpus claviculae, stanowiącym część przednią ossa cingulum membri superioris; nie uszkadzając jeszcze żadnej z głównych arterii, miecz przebił następnie ścianę płuc i wtedy z ust rzecznika prasowego wydostały się krwawe bąbelki, co nie przeszkadzało mu, naturalnie, w dalszym zdawaniu sprawy z najważniejszych wydarzeń:

-- W Małopolsce trzydzieści pięć tysięcy ludzi nadal nie ma prądu; szczególnie w Trzyciążu, Kluczach i Kąpielach Wielkich, podobnie jest w powiecie krakowskim i miechowskim. Poparcie dla popularów, wbrew pogłoskom, nie uległo zmianie, ale NFZ za dwa miesiące nie będzie mieć środków na dializy i wtedy partia optymatów skorzysta z okazji i zawróci plebsowi w głowach.
-- Jak się ta dziura nazywała? Kąpiele Wielkie? Pojadę tam.

Pierwszy minister, który zazwyczaj zabijał osobiście, naparł mocniej i czubek miecza dotarł do komory sercowej; rzecznik pomyślał jeszcze, jak wszyscy ginący w tym trybie urzędnicy publiczni, że mylił się co do natury śmierci: jest ona zbyt silnym przeżyciem, by być bolesna w konwencjonalnym sensie; wcale też nie jest końcem wszystkiego, jest jedynie niezwykle ważnym, przełomowym wydarzeniem, coś jak finalizacja formalności pożyczkowych w PKO, albo rejestracja samochodu w urzędzie komunikacji na Mariańskiej, zanim przeprowadzono tam niedawne, gruntowne reformy. Rzecznik prasowy zdumiał się też, jak bardzo go cieszy, że jako człowiek martwy nie będzie musiał już zrywać się przed świtem i biegać wzdłuż rzeki, co dotąd wydało mu się niezbędne, ponieważ gra na prawej obronie wymagała żelaznej kondycji.

Zwłok nie usunięto i rzecznik, już zupełnie spokojny, z otwartymi oczami, z perspektywy kogoś kto unosi się w gęstej, zimnej wodzie wypełniającej akwarium o grubych ścianach, przysłuchiwał się dalszej rozmowie. Poza pierwszym ministrem w gabinecie przebywał jeszcze główny doradca, jedyny człowiek, którego pierwszy minister zabijać nie zamierzał. Doradca dopuścił się kiedyś drobnej zdrady wobec ludu: miał sporą, z wielkim trudem odrolnioną działkę na północy, którą często tratowali schodzący z gór barbarzyńcy; wszedł z nimi w porozumienie i pokazał im inną, dogodniejszą przełęcz. Właściwie był bez winy, barbarzyńcy i tak by przecież przychodzili, ale lud i bogowie wybaczyć mu nie mogli bo wsparł przecież wrogów republiki. Na samodzielną karierę liczyć nie mógł, ambitny był zaś chorobliwie, trwał więc przy pryncypale, wierny jak helwecki owczarek.
-- Czy on musiał zginąć?
-- Za bardzo o siebie dbał, biegał codziennie przed świtem po dziesięć kilometrów; strzelił ostatnio bramkę przez plecy, nożycami, choć to prawy obrońca; mógł mieć własne ambicje polityczne.
-- A więc zamierzasz jednak ubiegać się o tytuł króla?
-- Czy taka jest twoja rada?
-- Wyrżnąłeś wielu konkurentów, pozostałych dwóch triumwirów śmiertelnie poniżyłeś, Jan Maria uwierzył, że jego szalona, germańska żona ma więcej rozsądku niż on sam.  Jeśli byś nie kandydował, trzeba by powiedzieć ludowi, po co było to morze krwi.
-- Mógłbym jeszcze chcieć ogłosić się bogiem.
-- Lud uważa, że bogowie nie muszą zabijać.
-- Ale kochają mnie przecież bez wględu na wszystko.
-- Nie. Nade wszystko boją się podsłuchów, które niechybnie by im założono, gdyby wygrali nasi przeciwnicy.

Martwe spojrzenie rzecznika zaczęło pierwszego ministra i jego doradcę niepokoić; bez słowa udali się do sąsiedniego pomieszczenia, ale tam się ktoś akurat wieszał, wrócili więc na miejsce niedawnej zbrodni; stygnący rzecznik prasowy mógł, poniekąd, nadal sprawować swoje obowiązki:
-- Zanim pojechałem w Galii Cisalpejskiej na narty, obiecałeś przygotować zmany w prawie republiki, tak żeby stanowisko króla stało mi się obmierzłe i bym przestał go pragnąć.
-- Okazało się jednak, że to sprzeczność. Jeśli król nie ma realnej władzy, wtedy pierwszy minister staje się królem.
-- Stałem się więc własnym swym konkurentem?
-- Na to wygląda.
-- Pozostaje więc mi tylko samemu się zabić. Podejdź, będziesz trzymać miecz.
-- Doradzać ci było dla mnie zaszczytem. Co powiedzieć rodzinie, Małgosi, córce?
-- Powiedz, że zginąłem za przyjazne państwo.


Rzym (HBO)

05:26, balsamlomzynski
Link Komentarze (38) »
poniedziałek, 18 stycznia 2010

Kaczyński i Sarkozy na nartach

Służby dyplomatyczne ustaliły ponad wszelką wątpliwość, że na konferencji w Davos nikt prezydentowi ręki nie poda, z wyjątkiem przywódcy wędrownych plemion azerskich, İlhama Əliyeva, niedawnego odbiorcy orderu z rąk polskich, od którego zawsze czuć było skórą z wielbłąda. Wymyślono więc, że prezydent pojedzie do Davos wcześniej, odnowi, w sposób nieformalny, kontakt z Nicolasem Sarkozym, o którym wiadomo było, że uwielbia narciarstwo i zamierza, w celach urlopowych, przybyć do Davos wcześniej.

Sarkozy nigdy nie wybaczył naszemu prezydentowi opóźnień ratyfikacyjnych i bezwzględnie go teraz bojkotował. Nasz przywódca pojechał zatem w głębokim incognito, przebrany za kobietę wiejską z okresu, kiedy rozdrobnione polskie gospodarstwa rolne z trudem wydobywały z hektara bodaj parę kwintali. Wiedział, że jako poniekąd mężczyzna, jako gasnący regionalny przywódca, do łask obrażonego Francuza już się nie wkradnie, natomiast jako kobieta, nawet niepiękna, ciągle miał prawo mieć nadzieję.

Pod kieckę wsunął parę obrazów historycznych na prezenty, kilka szabel ułańskich, gdyby Szwajcarzy chcieli go wydać Amerykanom, i rozmówki francuskie, niemieckie i rosyjskie. Służby kulturalne, głównie Juńczyk-Ziomecka zapewniły go, że zawarte w nich dialogi są pożyteczne, nie tylko w sensie dyplomatycznym.

-- To bardzo życiowe dialogi; wyłącznie o rzeczach, o których Francuzi rozmawiają naprawdę.

Wyciągiem krzesełkowym, nad uginającymi się od śniegu świerkami jechał, zawieszony między niebem a ziemią przygnębiony przywódca wschodnioeuropejski o wyglądzie prostej wiejskiej kobiety, w porywach uciekającej się być może do przemytu dzieł sztuki i podrabianych militariów.

Jechał wolno, pośród niekończącego się szeregu pustych krzesełek wznoszących się to w górę to w dół, a czasem ustawiających się w jednej linii. Nagie wierzchołki Alp, szczególnie zaś niebezpieczny Weissfluhjoch, za nic nie chciały się zbliżyć. 

Prezydent skurczył sie i spiął na skutek zimna i znacznej wysokości, na jaką wznosiło się krzesełko. Do tego, nastąpiła, niestety, awaria i zapadła kompletna cisza i bezruch.

Ponieważ zaszła taka potrzeba, ponieważ sprzęt na to pozwalał, a śnieg był biały jak wata, prezydent poczuł potrzebę, a nawet przymus oddania moczu.  Owej krępującej życiowej czynności pragnął nadać wymiar patriotyczny, zaczął więc na białym śniegu wypisywać „Putin ch...”, ale niestety uruchomiły się alarmy, włączyły jaskrawe halogeny i automatyczne katapulty i prezydent wylądował w śniegu. Zanim się całkiem zdołał zebrać w sobie i ogarnąć, narty już ruszyły w dół. I dobrze się stało, bo tyle szabel nie było mu wcale potrzeba, a gdyby miał decydować sam, nigdy by nie zaczął jechać, bo nie wiedział nawet, w którą stronę jest góra, a w którą jest dół i o co w narciarstwie alpejskim chodzi.

Prezydencka technika jazdy pługiem była wzorcowa, uparta, polegająca na ostrym w przód pochyleniu, powodująca, że ruch nieomal się nie dokonywał, że jazda stawała się swym własnym przeciwieństwem. Wierzchołki muld służyły mozolnemu wykonywaniu skrętów, kije grożeniu niebiosom.

Trzykrotnie przejechał obok prezydenta patrol ratowników górskich z toboganem i trzykrotnie prezydent wołał w trzech językach: "arrêter, arrêter!  halt, halt! ostanowka ostanowka!", ale szwajcarscy goprowcy brali go za instalację jakich wiele tu dla turystów przygotowano, albo za pozostałość po starożytnych plemionach helweckich, które Alpy czasem pokonywały, a czasem pozostawały pod pokrywą śniegu na zawsze.

Dwukrotnie przejechał też obok Sarkozy, w dobrym stylu, szybko i swobodnie. Dwa razy nasz prezydent wołał po francusku: „Zatrzymaj się, muszę ci coś powiedzieć!”, ale Sarkozy nic, bo nasz prezydent omyłkowo użył rozmówek rosyjskich i w rzeczywistości mówił: „Ten gaz kosztuje za dużo”.

Dopiero za trzecim razem, prezydent użył właściwej, francuskiej, i życiowej, frazy:
-- Nicolas, powiedz mi, jaki popełniłam błąd?
Romantyczny Francuz zatrzymał się jak wryty, powodując wzbicie się tumanu śniegu zmieszanego z odłamkami lodu.

Nasz prezydent też się chciał zatrzymać, ale nie było jak; ilekroć jednak docierał do wierzchołka kolejnej muldy, tylekroć pospiesznie odczytywał stosowną, jak sądził, frazę.
-- Powiedz mi, Nicolas, co zrobiłam źle i jak mogę to naprawić?. 
-- Bredzisz, biedna kobieto, z zimna. Dlaczego jedziesz tak, by nigdzie nie dojechać?
-- Unikasz mnie, nie wpadasz już, a obiecywałeś, że będziesz spotykać się ze mną częściej niż z Merkel, że zrobimy armię, zneutralizujemy Anglików i Rosjan. Czy te gorące obietnice nic już nie znaczą?
-- O czym mówisz , nieszczęsna, czyżbyś chiała być moją kochanką? Bo nie jest przecież do pomyślenia byś wyobrażała sobie, że można neutralizować Rosjan przy pomocy Francuzów?
-- Zrozum, Nicolas, nie podpisywałam traktatu jedynie dlatego, żebyś mnie nie miał za łatwą.

 

Fotomontaż, poprawiony wreszcie, HONZO

14:28, balsamlomzynski
Link Komentarze (11) »
czwartek, 14 stycznia 2010

Spin doktorzy PiS (HONZO)

Rola płotu w narracji pijanego jest powszechnie znana, ale niejeden pijany sam kształtuje swój płot.

U schyłku mroźnej, styczniowej nocy, kiedy władze miejskie z szaleńczą determinacją usuwały z ulic śnieg, nie z upodobania do nawierzchni czarnych i suchych, ale ze śmiertelnego strachu przed PiSem, prezydent wschłuchiwał się w nie do niego skierowane okrzyki nad wyraz ostatnio niespokojnie sypiającej Marie.

-- Mi-24! A może byśmy tak, najmilszy, wzięli pancerfaust na podczerwień?

Marie miała słabość do wojskowych; ledwie zapomniała o dymisjonowanym generale Skrzypczaku, a już skrycie pokochała Sikorskiego i jej serce drżało teraz na myśl, co czynić będzie, gdy przeciwnikiem prezydenta stanie się niegdysiejszy, weekendowy wprawdzie, ale jednak, mudżahedin.

Ostatnio prezydent sypiał głównie w dzień, podczas rozmaitych narad i uroczystości, a nocami myślał o straconych okazjach, o zaprzepaszczonych szansach na wielkoduszność i heroizm, na wyjście z zaklętego kręgu niezdarności i przewidywalnych błędów, drewnianych wystąpień, nieprawdziwych treści, które nie były przecież jego, ale pochodziły z wielopokoleniowych pokładów frustracji, którą częściowo odziedziczył po królewskich przodkach, ale głównie jednak po Gomułce.

Ale wtedy właśnie, niechętny samemu sobie, odarty z godności i duchowo zdradzany przez żonę, odkrył związek między bezczynnością i niewinnością.

Gwałtownie wzdrygnął się, dla zaznaczenia, że obudził się właśnie, od czego Marie gniewnie warknęła.

--  Nie wszystko stracone, Marie.  Wiem już, co muszę zrobić. Skoro niczego nie mogę, niczego nie będę. Skoro lepiej by mnie było, zniknę. Ale nie z lenistwa, lecz z niewinności. Bezczynność jest bowiem logicznym następstwem moralnej czystości. Nieczynienie bywa przecież nabożnym wstrzymaniem się od czynu grzesznego. To tylko kwestia właściwego ujęcia tego konceptu, czyli tak zwanego spinu.

Marie dyszała ciężko, mokre włosy skrywały wirujące od nadmiaru podczerwieni oczy, pierś rwała się jedna za drugą ku otwartym przestrzeniom nad Traktem Królewskim, pogrążonym teraz, po chwilowym wycofaniu się władz miejskich, w śnieżnej ciszy:
-- Słusznie mężu, rządy liberalne w ten właśnie sposób działają od dziesięcioleci, myśl religijna też często z nieczynienia czyni cnotę. Kim sama byłabym bez tego wynalazku? Ale czy ty tę głęboką myśl jesteś w stanie koherentnie wyrazić mój drogi? W tym przecież cały jest szkopuł.
-- Ranisz mnie, najdroższa, od samego rana, ale wiem, że nie jestem wobec Ciebie, i narodu, bez winy. Wezwę najtęższe mózgi mojego środowiska. Czuję, że ten spin może graniczyć z prawdą.
-- Nie, mężu, od razu działaj wedle nowych zasad, wstrzymaj się od zapraszania, a jedynie nie wyganiaj tych, którzy i tak się tu stale kręcą.

Wola Marie została uszanowana. Zamiast więc wzywać ziobrystę Kurskiego i wkurwionego Ziobrę, wprzódy postawiono na tłustych spin-doktorów, zawsze wpierw szukających stosownych zapętleń argumentacji, odwróceń kotów ogonem, środków przemyślnych i bardziej złośliwych niż krwawych, osadzonych w tradycji amerykańskiej; w odróżnieniu od postmodernistycznych ziobrzystów, którzy po pierwsze bezceremonialnie odpalali ładunki, a dopiero potem, pośród krwawych strzępek ofiar poszukiwali właściwej narracji.

Ponadto, spin-dokotrzy i tak znajdowali się już na prezydenckim podorędziu.

Narady odbywały się głównie wieczorami, kiedy prezydent i tak się wybudzał. Doradcy od dawna mieli gotową koncepcję i chętnie się nią dzielili. Ponieważ byli jednomyślni, mówili chórem, albo jeden mówił, a drugi gorąco potakiwał.  Nawet jednak jeśli mówił tylko jeden, wilgotne podgardla i tak drgały w obu tych ciężkich przypadkach, choć z różnych powodów:
-- Nieagenturalność jest zasobem do zwycięstwa wystarczającym i na najwyższych szczeblach władzy niezwykle rzadkim, panie prezydencie, nie wolno nam tego zmarnować.
-- W to od dawna wierzę, ale jak przedstawić niewinność jako swego rodzaju aktywność?
-- Im bardziej jest pan nieaktywny, tym bardziej jest pan niewinny. Jako nie-agent nie musi pan chodzić za interesami nomenklatury, wypłacać się ubeckim szantażystom, nie musi pan dowodzić swej niewinności i patriotyzmu. Bezczynność pańska w ciągu ostatnich czterech lat była celowa. Każdym zaniechaniem dowodził pan, panie prezydencie, win swoich nadaktywnych, na wskroś ubeckich poprzedników.
-- A jak ja wytłumaczę się z tego, com spieprzył, a nie jedynie zaniedbał?
-- Wtedy mówimy: błędów nie popełnia ten, co nie robi nic.
-- No i koło się zamyka, przecież ja nic nie robię, a i tak potrafię spieprzyć.
-- Doświadczenia amerykańskie pokazują, że publiczność nie utrzymuje uwagi na wymianie argumentów dostatecznie długo i pierwsza riposta zazwyczaj wystarcza.

Prezydentowi to się wydało jakieś głupie, a ponadto sam to wszystko już wiedział, chciał tłuste świnie pogonić, ale przysnął i zapomniał o czym mowa. Spin-doktorzy, zauważywszy, ze zdumieniem, że nie przegania, ośmielali się coraz bardziej:
-- Zwracamy uwagę, że wstrzymywanie się i czystość są ponadto drogą świętości. Należy uczynić wybory integralną częścią nadchodzących procesów beatyfikacyjnych.

-- Na bóg miły, że też sam o tym nie pomyślałem!

Myśl ta bowiem w istocie była całkiem nowa, osobliwie radosna, ożywcza, dająca nadzieję na nowy impuls, tym bardziej, że prezydent z łatwością wyparł już ze świadomości, że tego roku beatyfikowany będzie również Pius XII.

Pomyślał więc, ze jego milczenie mogło być benedyktyńskie, częste choroby, aktami ascezy, smutek, namysłem trapistów, oficjalnie zwanych zresztą Zakonem Cystersów Ściślejszej Obserwacji.

Nadchodzące wybory mogły stać się wniebowstąpieniem.

[jeśli poprzednia muzyka gra jeszcze, wyłącz ten łoskot!]

Niewinny już i lekki, prezydent unosił się teraz nad stołem i więcej nie mówił, patrzał jedynie łagodnie i dobrotliwie to w górę to w dół, trwał pod powałą bezczynny, ale jakoś aktywny, trochę mrugał i trochę się ślinił i ciupinkę puszczał gaz, co zdarzało mu się jak się wzruszał, albo wznosił na szczyty.

Prezes, od wyjazdu Zyzaka do Ameryki bardziej niż zwykle zasępiony, przerwał milczenie:
-- Bezczynność, niewinność i czystość, panowie, skoro są zasługą nie grzechem, muszą się jednak w ciągu tego roku pogłębiać. Jak panowie wyobrażacie sobie, że pogłębimy bezczynność?
-- Więcej narad nad przyszłością gospodarczą Polski! Nad polską produktywnością, nad innowacyjnością naszych, rodzimych przedsiębiorstw. Nic tak nie podkreśla bezczynności jak narada, szczególnie na wielką skalę i na temat gospodarki innowacyjnej i opartej na wiedzy.
Prezes nie ustępował.
-- To, co panowie mówicie, to nie są pomysły nowe tylko jakieś brukselskie brednie, którymi mimo zakazu wyraźnie przesiąkacie. Czy nie wiecie jeszcze, że strategia lizbońska to był zwykły niemiecko-francuski szwindel? Co mówią doświadczenia amerykańskie, na których zdobycie przeznaczyliśmy wiele partyjnych złotówek?
-- Po pierwsze, powinno się zapomnieć o przeszłych porażkach, stanąć z rzeczywistością twarzą w twarz i powiedzieć jej: rzeczywistości! nie istniejesz!*

Niewinny prezydent nie włączył się wprawdzie do dyskusji, ale jasne było co chce machając wyrazić:
-- Ostatnich czterech lat w ogóle nie było!

-- To może i koalicji z Giertychem i Lepperem nie było? Nie wiem po co was, za ciężki grosz, posyłamy na zachód. Sugerujecie panowie, żeby ludzie nie pamiętali o naszych niedawnych niepowodzeniach, ale pamiętali o przeszłości naszych agenturalnych poprzedników. To jest sprzeczność. Niewinność i bezczynność należy pogłębiać tradycyjnymi technikami, poprzez zwiększanie stopnia agenturalności Kwaśniewskiego i Wałęsy, zarysowanie obszarów możliwej agenturalności, bodaj przez asocjację, naszych obecnych i potencjalnych przeciwników.
-- To już nie wchodzi w grę. Kurtyka skrobie po dnie.
-- W tego rodzaju archiwach dno nie istnieje.
-- Teraz już istnieje, trzeba było nie brać telewizji. Prezydent musi jechać do Davos i to zanim przyjedzie tam Kwaśniewski, potem trochę się z nim zaprzyjaźnić, trochę nim pomiatać, jak z rodziną. Powinien też nauczyć się jeździć na nartach.
-- Na nartach prezydent jeździ doskonale; poza tym to nie jest żadna sztuka, szczególnie jeśli się umie latać. Co jeszcze sugerują doświadczenia amerykańskie?
-- Gdybyśmy mieli przedstawicielkę mniejszości, najlepiej murzynkę, albo kobietę-myśliwego, że tak powiem kobietę z jajami...
-- Panowie, gdybyż to było możliwe!
-- ...która zarazem byłaby zwolennikiem czystości i samej siebie dyskryminowania, można by powierzyć jej kierowanie kampanią.
-- Ziobro, Rokita? Staniszkis? Żadne z nich nie jest murzynką, ale mają szereg istotnych i tajemniczych dysfunkcji.
-- Jeśli w czasie ich wystąpień rozpuścić po podłodze biały dym, jak na koncertach weteranów rocka, dla wywołania właściwego nastroju i ukrycia krępujących szczegółów, może się naszą argumentację da przy ich pomocy przepchnąć.
-- Mam wrażenie, że do czegoś, panowie, wreszcie dochodzimy; w przypadku Staniszkis zalecam jednak wyłącznie dym. I głośną muzykę.

Z wolna wszyscy trzej się wznieśli i zamachali; mimo podwójnych podbródków, spin-doktorzy pofrunęli pod sam sufit, bo z powodu dat urodzenia niczemu nie mogli być winni; tylko prezes czemuś się co i rusz obsuwał, może z powodu nadwagi, a może dlatego, że coś jednak podpisał.

 

Prezydent jako powstaniec dziecko, na znaczku pocztowym*

* Garrison Keilllor

Fotomontaże, naturalnie, HONZO. Popraw, przynajmniej przyodziej, mi tego Sarkozy'ego na następny wpis, bo wstyd przecież będzie!

06:26, balsamlomzynski
Link Komentarze (14) »
wtorek, 12 stycznia 2010

Kamiński i prezydent przyglądają sie polu bitwy

Przerażająca dla kurczących się środowisk konserwatywno-narodowych wieść, że prezydent w tej kadencji śmiać się już nie będzie, czy to połechtany czy to z politycznego wyrachowania, rozeszła się po pałacu jak niedawne, i niezasłużone, premie kwartalne.

A przecież od miesięcy prezydent poruszał się po dymiącym jeszcze polu bitwy, pośród nadpalonych zwłok, jęków rannych, otumanionych żołnierzy szukających swoich oddziałów, koni grzebiących w wypalonej ziemi ostatnią sprawną kończyną, a jeśli takiej już nie było, wodzących niewidzącymi oczami po stalowoszarym niebie.

Któż, poza Berlusconim, byłby w stanie w tych warunkach śmiać się?

Prezydent dostrzegał już swoją zasadniczą nieprzydatność i brak osiągnięć innych niż wzrost poziomu konfuzji na rozległych i zasadniczo żyznych przestrzeniach między lizbońskim klasztorem Hieronimitów, którego białe ściany od wieków stawiały czoła wiatrom znad Atlantyku, po skąpane w ogniu góry niegdysiejszego chanatu perskiego, a później, niestety, również obwodu autonomicznego Karabach.

Z nadejściem ostatniego roku na szczytach władzy, prezydent rozstał się też z nadzieją na porwanie za sobą tłumów, w szczególności tłumów ludzi młodych, w wieku produkcyjnym i rozrodczym, którzy od pewnego czasu egoistycznie wzdragali się na myśl o własnej dzietności, i to nie z chęci życia w czystości, a jedynie z potrzeby wytwarzania dóbr i pomnażania kapitału, który, wespół z usługami i odurzonymi rynkową propagandą zasobami ludzkimi, przepływał teraz bez skrępowania wzdłuż i wszerz europejskiej przestrzeni gospodarczej.

Któż, poza Balcerowiczem, nie załamałby w takiej sytuacji rąk?

Chorowity przywódca małodusznie rozważał przekazanie przywileju kandydowania komuś innemu. Nie myślał o tym bardzo poważnie, ale jednak myślał. Prywatnie ciągle pozostawał bowiem człowiekiem zdolnym do namysłu; dopiero w publicznych wystąpieniach tracił głowę i wszystko, co niegdyś się z nią wiązało.

Uśmiechał się Rokita, w którego barokowej wyobraźni rodziły się nieokreślone nadzieje; do śmiechu było Palikotowi, ale przecież nie wie nikt na jakiej zasadzie ten mózg działa i gdzie dokładnie się znajduje.

Przez pałac przeciągnęła złowieszcza fala sceptycyzmu. Szczygło przychodził jeszcze, ale niechętnie, niecodziennie i czasami nic nie mówił, stawał tylko w oknie i wpatrywał się zimnym wzrokiem w wieżowiec NFZ i wierzchołki stalowych wież finansowego serca Rzeczpospolitej, gdzie być może czekała go kariera kancelisty. W oczach Stasiaka, nie umiejącego obsługiwać Excela i mówiącego tylko po polsku i rosyjsku, widać było sarni strach. Juńczyk-Ziomecka otwarcie mówiła o wyjeździe do południowej Hiszpanii, gdzie w  górach Sierra Nevada zamierzała kupić niewielką gospodę, zająć się produkcją karykatur Zapattero, szamaństwem i, zapewne, zwykłym rozbojem; Bochenek, której wydało się, skądinąd niesłusznie, że tanio kupiła dwie kawalerki na Tarchominie, przyszła myśl o karierze w nieruchomościach; wszyscy marzyli o pracy w pionie marketingu i kształtowaniu wizerunku w KGHM, ale ten wizerunek ostatecznie ukształtowała już żona posła Hofmana, więc praca tam była jedynie marzeniem ściętych głów.

Łopiński i Handzlik nie robili sobie żadnych złudzeń i oszczędzali każdy grosz.

Między salą Rycerską a Antyszambrą słychać było tylko dziki śmiech Wypycha, ale on tak samo się śmiał jak go w 2007 wypieprzali z ZUSu.

Ostateczne wyczerpanie się prezydenckich zasobów wesołości wyszło na jaw podczas prac nad telewizyjnym orędziem świąteczno-noworocznym. Raz jeszcze usiłowano wtedy skłonić prezydenta do wygięcia ust. Tym razem nie uczynił tego z powodów strukturalnych. Doskonale zrozumiał instrukcje przybyłego z Brukseli spin doktora, wykształconego, w pewnym sensie, w Stanach Zjednoczonych europosła Kamińskiego; napiął się więc, pomyślał o czymś przyjemnym i zabawnym, mianowicie o dywanowym bombardowaniu Moskwy i nieznanych wcześniej zasobach gdańskiego IPN, ale od tego posiniały mu jedynie wargi, bardziej jeszcze przygasło spojrzenie, lewa strona ust drgnęła i przesunęła się ku martwemu oku, ale prawa, niestety, osunęła się z łoskotem i po dwakroć bardziej znacząco. Zamiast uśmiechu pojawiło się jedynie jego bolesne i dwuznaczne przeciwieństwo.

Gdyby nie gwałtowne cięcie i zmiana kąta kamery, nikt by nie zauważył, że się, jednakowoż, śmiano.

Mimo, że rząd częściej dopuszczał się niegodziwości i aktów politycznego chamstwa, niż ktokolwiek się obawiał albo wierzył, strukturalnie smutny prezydent skazany był na klęskę, albowiem tak jak kiedyś krwi, tak teraz pijane wolnością zasoby ludzkie nade wszystko domagały się dobrej miny do złej gry.

Natychmiast zdegradowano Gosiewskiego, choć nic z tym nie miał wspólnego; BBN rozpoczął ostrzał NFZ i 736 szpitali publicznych za pomocą skleconych domowymi sposobami przez samego Szczygłę ankiet; pośpiesznie powołano Narodową Radę Rozwoju, której pierwsze, pozbawione wszelkiego sensu posiedzenie było najsmutniejszym wydarzeniem w historii słaniających się z zacofania polskich nauk społecznych.

Rada Rozwoju

 

Próba uśmiechu

Fotomontaż, rewelacyjny skądinąd, na wstępie notki: HONZO

Zdjęcia z pierwszego posiedzenia Narodowej Rady i orędzia świąteczno-noworocznego pochodzą z oficjalnej strony prezydenta.

15:00, balsamlomzynski
Link Komentarze (11) »
sobota, 02 stycznia 2010

Między Chinon i Bourgueil w istocie nigdy nie było żadnej różnicy, Chopin miał więc oczywiste powody do gniewu. Ilekroć jednak ulegał furii, tylekroć słabł gwałtownie. Poddałby się może już wtedy zmęczeniu i chorobie, zaakceptowałby już może sławę mistrza wyłącznie fortepianu, ale niestety przed wielu laty napisał nieszczęsne trio g-moll, które obwieściło całemu światu, że Chopin niczego poza klawiszami nie rozumie. Trio napisane zostało na zamówienie namiestnika zaborcy pruskiego, Antoniego Radziwiłła i premierowo wykonane przez samego księcia-namiestnika, dosyć skądinąd zdolnego wiolonczelisty i przez jego żonę, Fryderykę Hohenzollern, cierpiącą na szpotowatość stóp. Na fortepianie akompaniował im sam Chopin.*



Gdyby to dzieło nigdy się nie urodziło, uznano by być może, że Chopina muzyka kameralna po prostu nie interesowała, tak jak nie interesowały go powstania narodowe. Ów nieszczęsny utwór powstał jednak, wykonano go w letniej rezydencji księcia i licznie przybyła publiczność berlińska, wiedeńska, warszawska i poznańska jak na dłoni widziała, że fortepian sobie, a wiolonczela i skrzypce, czyli Radziwiłł i jego muzykalna na sposób wojsk pruskich małżonka, sobie.

Jakże ci poniekąd zdrajcy, a w przypadku małżonki księcia, również okupanci, rżnęli rubasznie owego letniego popołudnia, w Antoninie, pod gołym niebem, na zielonej trawie, w perukach! Radziwiłł kraśniał z dumy i się prostacko pocił, Frederyka uderzała, dość rytmicznie, w murawę zniekształconą stopą, a z każdym tupnięciem zapadała się pod ziemię dobra sława i nieśmiertelność Chopina.

W zamierzeniach wierzącego wówczas w swoje siły Chopina, utwór ten dowcipem i wyrafinowaniem miał być jak adagio i fuga c-moll Mozarta, w którym to utworze brzmienie klasyczne załamuje się i przelewa w barokową religijność bachowską, tworząc w końcu wrażenie jakby strojne pary szły poprzez rzęsiście oświetloną salę balową ku oknu, wtępowały na parapet, a potem szły dalej, na pewną śmierć u stóp stojących na brukowanym dziedzińcu szwajcarów z lampionami.

[poprzednią muzykę wyłącz, najlepiej z odrazą]

Chopinowi wyszło natomiast coś, co przywodziło na myśl oczekiwanie na pociąg w pobliskich Pyzdrach.

Zamiast więc zalec na łożu śmierci, Chopin rzucił się do roboty i widać było, że właśnie w tych szczególnych warunkach pomysły przychodzą mu do głowy w wielkiej obfitości. Zażądał jeszcze więcej światła i jął rozpisywać na instrumenty frywolne scherzo, w którym największą rolę odgrywał kontrabas, co się rzadko w muzyce ówczesnej zdarzało. Rzecz po prostu pisała się sama i świeża była jako powiew wiatru. 

Scherzo
byłby może całkiem ukończył, ale usłyszał z odległego kąta przestronnej izby dźwięk mowy polskiej. Jak wielu ludzi w podobnej sytuacji, odruchowo chciał uciekać. Muzyka zdjął jednak atak kaszlu i pozostał na miejscu. Do stołu podeszła młoda jeszcze bardzo, ale muskularna dziewczyna o wielkich oczach:
-- Naprawiłam dyliżans pański.
-- Przecież on półtorej wiorsty stąd stoi.
-- Ja go tu przyprowadziłam.
-- Skąd wiedziałaś młoda damo, że znam język polski?
-- Wydawało mi się, że chce pan uciekać, gdy tatko się odezwał.
-- Idź dziecko do rodziców, zajęty jestem teraz bardzo.
-- Napisałam wiersz, panie:
Dziś znowu muszę zranione mieć mózgi
Żądłem tych myśli, co pełzną w nie mrowiem,
I znów iść muszę przez wspomnień tych rózgi,
Z których jest każda maczana ołowiem
I z wężym sykiem nad sercem się zwija,
I szarpie żywą pierś, i nie zabija!**

Gdyby Chopin skądinąd nie był już umierający, zapewne zbladłby.
-- Jak masz na imię?
-- Maria. 
-- Marysiu, takich wierszy pisać nie wolno. Jeśli natomiast nie chcesz paść ofiarą głupców i ignorantów, którzy zamieszkują tę ziemię, nigdy nie naprawiaj powozów. Nie chcę nawet wiedzieć jak tego dokonałaś. 
-- Tatko woził mnie do świętego Jakuba z pielgrzymką. 
-- Jedziecie z Hiszpanii? A ta pani to mamusia?
-- Już mnie nieomal odumarła.
-- Nie można nieomal odumrzeć. Czy ona śmiertelnie chora? Przecież prosto, niczym nie wsparta siedzi. Idź dziecko do niej i nie męcz mnie, nie szukam towarzystwa, przeciwnie.

Chopin uciekał chętnie i często. Najpierw przed nastającym na niego pod pozorem zamiłowania do muzyki namiestnikiem carskim, Wielkim Księciem Konstantym. Przy okazji uciekał też przed zbliżającym się Powstaniem Listopadowym. 
Najpierw dotarł wtedy do Stuttgartu. Tam odkrył, co wywołuje w nim największe twórcze natchnienie. Na wieść o ostatecznym upadku Powstania mówił:
– Przeklinam chwilę wyjazdu! ... Chce mi się śmierci... Moskal panem świata? O Boże, jesteś Ty!...Ach, czemu choć jednego Moskala zabić nie mogłem?

Kazał się potem obsłudze jednego z tamtejszych hoteli „trzymać”, bo inaczej „wróci do ojczyzny przelewać krew”. ***

Uchodząca za wielkie osiągnięcie młodego Chopina Etiuda Rewolucyjna była spłodzona w akcie hipokryzji. Wypowiadając słowa wyraźnie kłamliwe, bo przecież, gdyby chciał, mógłby gołymi rękoma zadusić samego Wielkiego Księcia, popadł w nadzwyczajną ekstazę, w drżące uniesienie imaginowanego bohaterstwa własnego i własnego czynu powstańczego, który to czyn w teatrze wyobraźni własnej dokonywany, wywołał w nim wizję owej etiudy już całkiem gotowej, do ostatniego akordu, w wersji ostatecznej i gniewnej, choć nie wiadomo na kogo się mianowicie Chopin artystycznie gniewał. Gotowy utwór Francuzi wzięli bowiem za hołd oddany ich rewolucji, Polacy za spłatę długu wobec powstańców, a Liszt za dowód uznania dla swej muzyki. Albowiem to ów węgierski kompozytor dostał w końcu dedykację, tyle że nie dla geniuszu, lecz w zamian za pomoc w nawiązaniu w Paryżu kontaktu z księżną Rothschild, od której zależało wówczas nieomal wszystko. 

W okresie najgorszych upokorzeń doznawanych ze strony George Sand i jej dzieci, Chopin napisał preludia, najlepsze swoje dzieła.

Tymczasem Marysia jęła od niechcenia drwa rąbać i szło jej to wcale niezgorzej, Chopin przerwał pracę i pomyślał o swej niedawnej towarzyszce życia, George, która z równą sprawnością posługiwała się narzędziami, których on nawet nie tykał. Dziewczyna podeszła do Chopina nie odkładając siekiery:
-- Co pan teraz pisze?
-- Piosenkę bez słów.
-- Wesołą czy smutną?
-- Prawdziwą.
-- Mam słowa, może się przydadzą:
Dym mnie ogarnął i żarł mi źrenice
I same nogi niosły nieprzytomne
Wskroś spaleniska, pomiędzy iskrzyce
Bomb pękających i przez gruzów kupy,
Z których sterczały groźne, sine trupy.

-- Powiedz, gdzie widziałaś te trupy?
-- W świętych miejscach, do których prowadzał mnie tatko, w snach, które przychodzą nocą.
-- Pójdźmy do twojego tatki, rozmówię się z nim.

W istocie, mamusia dziewczynki, Scholastyka z Turskich Wasiłowska patrzała w sposób bardzo nieprzytomny, natomiast tatko czytał półgłosem „Żywot Chrystusa” od czego twarz Scholastyki stawała się żółta. 
-- Proszę wybaczyć, nazywam się Chopin, rozmawiałem właśnie z pańska córką.
-- Polak?
-- Nie jestem Polakiem, mam tylko matkę Polkę, proszę wybaczyć, zostało mi niewiele życia i ścigają mnie. Pańska córka ma osobliwy talent, umiem takie rzeczy rozpoznać, ale muszę zapytać, skąd te wątki cmentarne w jej wierszach? Skąd te mózgi porozrzucane? Czy pan ją właściwie wychowuje? Powiem panu szczerze, do mnie lgną kobiety szczególne.  Jak się mną jaka interesuje, to jest to dla niej zły znak. Dziecko pańskie trzeba przed Polską ratować, posłać do jakieś szkoły gdzieś tutaj, w Paryżu, może się ją uda od szaleństwa ochronić, ludzie tamtejsi mniej zważają, moja George żadnej w końcu nie budziła na ulicach sensacji.
-- Dziecko się już uczy u Sakramentek, a ziemi skąd nasz ród nie rzucim jak pan żeś najwidoczniej uczynił. Zechce pan wrócić do swojego kąta.
-- Ależ Sakramentki to może i najgorsze, co temu dziecku można zaaplikować.
-- Poznaję, pan jesteś ten Francuzik, co grał przed laty u Wizytek na organach którejś niedzieli. Ksiądz dwa razy Dominus vobiscum zaczynał, chłopcy dzwonili i dzwonili przy ołtarzu, a organy nie ustawały. Pan muzykę ponad boga stawiasz.
-- Gdyby wszyscy stawiali, bóg by się cieszył bo sam jest muzyką.
-- Pan jesteś przedawczyk. Mówią, że w pałacu Antoniego Henryka Radziwiłła pan grał i dla namiestnika pruskiego komponował.
-- Robiłem to dla środków, których w końcu, i tak ich nie mam.
-- Mówią, że nocą grywałeś w pałacu namiestnikowskim w Warszawie, albo i co jeszcze. Są tacy, którzy twierdzą, że jedynym powodem, dla którego Chopin nie grał na dworze zaborcy austriackiego to  było, że kolej warszawsko-wiedeńska nie została jeszcze zbudowana. 

Chopin rozkaszlał się na dobre i z trudem dotarł do swojego stołu. Znów pisał, pisał szybko i teraz to już naprawdę dobrze. Oberżysta doniósł, że cyrulika we wsi nie ma i może przyjść tylko felczer.
-- Felczera mi nie trzeba, zresztą i doktor już niepotrzebny.

Tymczasem Marysia podsunęła mu karteczkę z kolejną zwrotką wiersza:
Jeden wyciągnął rękę i zagrodził
Drogę tę, którą szedłem, obłąkany,
Bo duch dopiero od niego uchodził
Czarną krwi strugą, sączącą się z rany.
Chciałem ratować, gdy wtem granat świsnął,
W górę go porwał i mózg mu rozprysnął.

-- Na co pan jest chory?
-- To suchoty. Powiedz, Marysiu, dlaczego napisałaś „chciałem” a nie „chciałam”?

Oberżysta zaanonsował:
--
Madame la Comtesse Delphine Potocka née de Komar!
Chopin zatrwożył się.
-- Potrafisz Marysiu powstrzymać jakoś tę panią?
-- Potrafię.
-- Ale czyń tak, żeby nie było słychać jej śpiewu, może mówić i krzyczeć, byleby nie śpiewała. Dopóki nie śpiewa, ja żyć będę.
Ręce już mu teraz całkiem drżały, ale pisał z wielkim zapałem.
--
Madame George Sand!
-- Marysiu, zastaw też czym okna, George bardzo jest przebiegła, jeśli trzeba, wlezie nawet i przez okno. Będzie też tytoń palić, a to mnie zabije. 
--
Madame Jane Striling!
-- Za dużo ich panie Chopin, tylnego wyjścia sama nie utrzymam.
-- Weź woźnicę i Jean Claude'a, zwiąż i powiedz każdej z tych kobiet, że gardła zakładnikom będziesz podrzynać, jeśli która wejdzie. Ale naprawdę Marysiu nie podrzynaj, to ma być tylko groźba.

[jeśli poprzednia muzyka trwa jeszcze, wyłącz ją, najlepiej z żalem]


Ostatnia kompozycja Chopina przybierała kształt ostateczny i wyglądało no to, że w tym krótkim, dzisięciominutowym utworze powiedziane będzie wszystko, co wyrazić można muzyką. Żadnych dróg błotnistych, wierzb, żadnych dziewek i wiejskich parobków, żadnych lasów sosnowych i skrzypiących kół. Pierwsza część brzmiała jak zmieniający barwy płomień świecy, druga żartobliwie, jak spadające liście, albo ławica ryb gotowa zmienić kierunek pod byle pretekstem, trzecia,
finale, była jak spotkanie żywiołów, z których żaden nie był ani dobry ani zły.

-- Delfina Potocka z wielką siłą napiera, na życie zakładników nie zważa, barykada słaba, trzeba tu przysunąć fortepian.
-- Przesuń, Marysiu, już mi nie jest potrzebny. A cóż to oberżyście? Nie żyw?
-- Oberżysta żyw, to tatko rzęzi.
-- A mamusia?
-- Sama odumarła.
-- Dziecko?
-- No?
-- Jak tu wejdą żandarmi, niechybnie nas wezmą na rozstrzelanie. Nie boisz ty się tego?
-- Bylebym do Sakramentek nie musiała wracać.

Delfinę zamknął w morderczym
tremollo skrzypiec, Jane w jałowym glissando con dolore wiolonczeli, a George w pizzicato pesante feroce kontrabasu. Kiedy zaczęli dobijać się żandarmi, dopisał jeszcze do kompozycji głęboki śpiew dziesiątek głosów żołnierskich, choć nigdy wcześniej dla chóru niczego nie stworzył. Fortepianu Chopin w końcu do kompozycji w ogóle nie wpisał, bo fortepian na nic nie był mu potrzebny, zresztą płonął teraz wysadzony granatem wrzuconym do oberży przez żandarmów, a może przez George.

Kiedy zakrwawiona Marysia, wówczas już sierota, odstąpiła wreszcie od barykady, kiedy trzy kobiety i żandarmi wkroczyli do środka, Chopin prawie już nie żył, ale i tak go z Marysią zawlekli pod mur na natychmiastowe rozstrzelanie.****

* Szczera prawda, wyłączywszy szpotowatość stóp i udział Henryki w muzykowaniu.
** Wierszyk Marysi jest autentyczny
*** To akurat nieprawda, podobnie zresztą jak cała ta historia.
**** Utwór na skrzypce, wiolonczelę, kontrabas, chór męski i płonący fortepian spłonął.


12:28, balsamlomzynski
Link Komentarze (18) »
piątek, 01 stycznia 2010

Fotomontaż: HONZO

W połowie listopada w parlamencie RP rozegrał się krótki, ale ostry spór o rok 2010. Posłanka Sobecka chciała by był to rok Konopnickiej; Ministerstwo Kultury podtrzymało swoje wcześniejsze plany by był to rok chopinowski. Dla łatwiejszego rozstrzygnięcia sporu, przeprowadzono pogłębione, ponadpartyjne badania historyczne.

Delfina Potocka, z domu Komar, dowiedziawszy się o nieuchronnej śmierci Chopina ruszyła kompletem z Podola, by nad grobem muzyka użyć heroicznego sopranu, klątwy powiatu uszyckiego, rozdzierającego pnie drzew wycia, którego nigdy by nie miała okazji upublicznić, gdyby nie majątek po ojcu, oficerze polskim w wojsku carskim, marszałku tchórzliwej szlachty uszyckiej, która powinna była po szable sięgnąć zanim Delfina zaśpiewała po raz pierwszy.  Madamme Potocka puściła bagaże przodem, a sama jechała powozem sypialnym, zwanym na Podolu leżajką, bez ustanku ponoć przy tym zawodząc. Chopin słusznie mniemał, że śpiew tej kobiety przyspieszy jego śmierć bo odporne na ogół rośliny stepowe porastające zachodnie brzegi Zbruczu zżółkły gdy kochanka wielu romantyków polskich i francuskich lubieżnie się do nich zbliżyła.

Również Amandine Dupin, pisująca, dosyć nędznie, pod pseudonimem George Sand, pędziła z Paryża lekką kolaską, z okna której wystawała długa fifka artystki. George też była muzykalna, miała przyjemny, niski głos i jadąc podśpiewywała, zamierzała bowiem napisać nieśmiertelną powieść zainspirowaną agonią wielkiego muzyka, który ostatnie lato spędzał w Nohant, letniej rezydencji ekscentrycznej pisarki, mimo że artystyczna na wskroś para zerwała burzliwy związek ponad rok wcześniej.

Szkocka pianistka i śpiewaczka, Jane Striling, niegdysiejsza uczennica Chopina, kobieta uparta, niezbyt urodziwa, o jasnym, choć przygaszonym głosie, która za misję swego życia uznała podtrzymywanie w muzyku polskich wpływów ludowych właśnie wtedy gdy ów mniemał, że się z tych wyziewów bagnistych ostatecznie wydobył, dopływała właśnie, skromnie przy tym nucąc, parostatkiem do Dunkierki.

Ponadto, kompozytora symbolicznie prześladowali dwaj namiestnicy państw zaborczych, strach przed walką wręcz, wierzba płacząca, dyrekcja kolei warszawsko-wiedeńskiej, słowik, a z ptaków brodzących, bocian. Albowiem jest tak, że bardziej niż bogactwa, miłości i władzy, ludzie pragną tworzyć i nadziei na stworzenie nieśmiertelnego dzieła łatwo nie porzucają. Kiedy zawodzi  wszystko, w ostateczności narzucają się artystom jako źródła finansowania, a gdy brak im również pieniędzy, jako inspiracja.

[muzyka: ustaw nagranie na 2 minutę i 18 sekundę]

Stukając gustowną laską w dach chybotliwego pojazdu, zanoszący się od kaszlu Chopin złorzeczył bogu ducha winnemu woźnicy czterokonnego calèche á la Daumont, choć woźnica ów gorliwie okładał parujące grzbiety końskie i wznosił przerażające okrzyki, by jak najszybciej pokonać drogę z Nohant do Châteauroux, pięknej miejscowości, której wówczas ani było w głowie, że stanie się kiedyś partnerskim miastem Olsztyna. 
-- Do Monitipouret głupcze i nie oszczędzaj koni!
-- Mówiliście panie, że do Châteauroux.
-- A jakaż to różnica, przecież ja konam! 

Chopin miał czas się ze śmiercią oswoić. Zakładał, nie bez racji, że po drugiej stronie nie ma nic, a zatem, gdyby żył współcześnie, oddawałby zapewne organy na lewo i na prawo. Choć nie wierzył w nieśmiertelność duszy, był przekonany o wiecznym trwaniu złej reputacji. Bał się więc jedynie złej sławy muzyka niekompletnego, niezdolnego do pisania utworów na coś więcej niż tylko fortepian. U schyłku życia, artysta wiedział już, że inspiracja jest produktem określonych okoliczności i rozumiał o jakie okoliczności chodzi. By napisać wielki utwór na smyczki, utwór tak dobry jak na przykład preludia czy nokturny, Chopin potrzebował wielkiej dawki strachu i poniżenia.

Kto jechał nocą powozem drogami departamentu Indre, szczególnie w pamiętnym roku tysiąc osiemset czterdziestym dziewiątym, kiedy tamtejszy referat dróg publicznych padł już był ofiarą plagi skracania dnia pracy, która to plaga ogarnęła Francję po raz pierwszy po abdykacji Ludwika Filipa I, ten wie jak łatwo było tam wówczas złamać oś, nawet jeśli kto, jak Chopin, poruszał się pojazdem solidnego, mühlbacherowskiego wyrobu.  Oś w każdym razie pękła, woźnica po trzykroć odchylał głowę i zapierając się nogami, z zaciśniętymi zęby jęczał w ciemnościach nocy, ale tył karocy nawet nie drgnął. Trzeba było iść piechotą do oberży w Bussiere. Tamtejszy oberżysta, Jean Claude, miał odpowiednie narzędzia. Mieli tam też stary fortepian, z którego Chopin często korzystał gdy poprzednio uciekał od prześladujących go kobiet.
Pogoda była zła, siąpił złośliwy, zimny deszczyk; wiatr targał nagimi koronami kasztanów i akacji; Chopin, osłoniwszy połą płaszcza usta i brodę szedł pochylony, napierając na kapryśny wiatr, a za nim woźnica i cztery konie czarniejsze niż noc w referacie dróg publicznych departamentu Indre. 

Kiedy Chopin wkroczył pół godziny później do obszernej sali jadalnej, wraz z nim wtargnął tam tuman mokrego wiatru i zapach kropli na kaszel, od lat przygotowywanych z
hypericum przez George. Była to kobieta ekscentryczna i wyemancypowana, ale lubiła gotować skomplikowane potrawy i przyrządzać podejrzane wywary z ziół. Nie oczekiwała też po Chopinie niczego, czego jej dać nie był w stanie. 

Artysta natychmiast kazał wezwać cyrulika i zażądał butelki czerwonego Chinon, wina pochodzącego z okolicznych wzgórz, kojącego kaszel i łagodnie przenoszącego w lepsze światy. Mało się o tym mówi, ale wino nieco w komponowaniu pomaga, wprawdzie tylko na pół godziny, potem zaś staje się przeszkodą, ale Chopin nie spodziewał się żyć dłużej.
Kazał przynieść więcej światła. Jean Claude wykonał wszystkie polecenia uroczyście, świadom, że ma do czynienia z człowiekiem śmiertelnie chorym i do czegoś przed śmiercią usilnie dążącym.  Szepnął kompozytorowi na ucho, że jeśli chodzi o powóz to jest mu przykro, ale musi poczekać na pomocnika, bo sam ciężkiemu pojazdowi w taką noc nie poradzi.
-- Poza tym panie, nie mamy już Chinon, mamy tylko Bourgueil.
-- Przecież nie ma między niemi najmniejszej różnicy!

(Rzecz ukazuje się w częściach z powodów technicznych - wpis nie może, niestety, mieć więcej niż 16KB)


Fotomontaż: HONZO

Notka ukazała się wcześniej pod tytułem "Inauguracja roku Chopinowskiego" na portalu kontrowersje.net, gdzie została uznana za "Wpis roku 2009".

 

14:51, balsamlomzynski
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 grudnia 2009

Fotomontaż: HONZO

W czasie gdy brutalni lekarze wojskowi siłą powstrzymywali prezydenta od zajęcia stanowiska w sprawie fiaska rozmów w Kopenhadze,  dokąd ów dzielny i światły mąż rwał się każdej nocy, rozdrapując za każdym razem swe duchowe rany i drąc symboliczne bandaże, Jarosław K. z mozołem mocował w piwnicy choinkę. Drzewko zwiędło już, a od wielokrotnego przycinania stało się nieproporcjonalne i przysadziste. Jarosław nie miał ani technicznych zdolności, ani niezbędnej do prac ręcznych cierpliwości, ani wreszcie stosownej wyobraźni, toteż gdy pień choinki nie mieścił się w otworze metalowego stojaka, pień ów najsampierw oliwił, co już samo w sobie było kompromitujące, a gdy smar nie działał, uklepywał końcówkę pnia obuchem tępej siekiery, co kompromitowało go ostatecznie. Pień się jedynie rozcapierzał i tym trudniej było go wcisnąć w wąski otwór; drzewko wymagało kolejnego przycięcia, i tak, mówiąc prawdę, w kółko. Jarosław trafił w końcu obuchem siekiery we własną piszczel, niegroźnie, ale boleśnie; zawył dziko, a z pokrytych kredą ścian posypał się pył. Dzięki bogu, wszystko odbywało się trzy metry pod ziemią, w piwnicy przestronnej willi, do której staruszka matka nie tak dawno przeprowadziła się ze zdziwaczałym synalkiem, porzucając, nie bez rozgoryczenia, stosunkowo duże i wygodne, ale nie gwarantujące prywatności mieszkanie.  Owo piękne, znakomicie, a nawet, z powodu bohaterstwa miasta, unikalnie położone lokum, cudem i w tajemniczych okolicznościach zostało patriotycznej rodzinie przydzielone przez na wskroś wówczas stalinowskie władze.

(Muzyka: Blue Christmas)

O poranku staruszka matka nie spodziewała się niczego poza rykiem i złorzeczeniami. Synalek, już praktycznie w wieku emerytalnym, nigdy nie zaczynał dnia przed dziewiątą, natomiast o dziewiątej wszczynał go z furią, szczególnie w okresach gdy nie sprawował ważnych funkcji państwowych, a nie pełnił ich często, z tych samych powodów, dla których obecnie ryczał z bólu w piwnicy. Staruszka matka zamykała się czasem o poranku w pralni, albo łazience na pięterku, puszczała wodę w wannie, włączała małe radyjko na baterię i czekała aż najgorsze się skończy. Wieczorami synalek był słodki, jak do rany przyłóż:

-- Mamo, zagrajmy dziś w kanastę, tak jak graliście z ojcem na kresach, nie wyobrażasz wprost sobie, mamusiu droga, jak dobrze mi i spokojnie w twoim towarzystwie.
-- Zagrajmy synu, zagrajmy, chociaż wiem, że będziesz oszukiwać.
-- Gdybym przyjął założenia wyłącznie moralne, brałabyś wszystkie lewe.
--Teraz ci, synku, dobrze, ale jutro rano znów będzie to samo. Coś trzeba z tym zrobić. Martwię się, że jak odejdę, na zawsze zostaniesz w tym domu sam. Trzeba ci drugiego człowieka, na tym etapie życia, synu, to już wszystko jedno kogo.

Z kanasty oczywiście były nici i synalek wracał do piwnicy.

Staruszka matka długo waliła słabnącymi piąstkami w drzwi wiodące do piwnicy.
-- Jacyś staruszkowie, synku, kolędnicy, chcą śpiewać, ale tylko dla Ciebie.
-- Nie trzeba było otwierać.
-- Jeden ma okulary jak junta chilijska, jak byś zobaczył, też byś otworzył.
-- To mogą być zamachowcy.
-- Nie przesadzaj synku, jacy zamachowcy, ty nikogo już nie obchodzisz.
W takich chwilach synalek pragnął zranić matkę staruszkę do żywego i zapytać jakim cudem Bierut przydzielił im wówczas tamto przestronne mieszkanie. Poprzestał jednak na rutynowej groźbie:
-- Nigdy więcej nie będę grać z Tobą w kanastę.
-- Mówisz tak, synku, raz w miesiącu.

W roli turonia występował leciwy staruszek w przestronnych okularach, w roli gwiaździcha śmieszny osobnik o wielkich, zapewne doczepionych, ale bardzo udanie, uszach. Gwiaździch trzymał na smyczy coś, co miało przedstawiać diabła, ale wyglądało na skrzyżowanie owczarka kaukaskiego z chow-chow. Mimo wczesnej pory, pies już wydawał się zalany. Staruszek zakłapał ruchomą szczęką turonia, postraszył, oczywiście na niby, Jarosława K.
--
Jestem turoń! Zębami kłapię! Uciekajcie dziewuszki, bo jak którą złapię! Wpuście nas gospodarze! Coś Wam tu niesiemy w darze!
-- Wstyd mi za pana generale, to jest praktycznie budynek prerządowy, a pan tu z zorganizowaną i częściowo pijaną grupą przestępczą. O co chodzi?
-- Co niesiemy, to powiemy, jak się w izbie znajdziemy.

Jarosław K. czujniej spojrzał na szantażującego go być może staruszka i sięgnął do własnych zasobów gwarowych:
-- Wpierw szykujcie śpiewki, tańce, zróbta skoczne przytupańce.

Generał posłusznie postąpił trzy kroki do przodu i dwa wstecz i potrząsnął turoniem. Obrócił się na wschód i uczynił to samo, a potem jeszcze na zachód, ale tam była zaspa i wyszło gorzej.
Gwiaździch pochylił się paradnie, wypiął wielki zadek, pewnie sztuczny, a głową tak na boki potrząsnął, że mięsiste policzki zatrzęsły się szpetnie, ale w sumie dość spektakularnie.
Staruszka matka pojawiła się tymczasem za plecami synalka:
-- Wchodźcie kolyndnicy w nase progi,a dobrze wytrzyjcie nogi!
-- Mamusia się nie miesza, to sprawa polityczna. Gwiaździoch z psem zostaje na polu. Pan, panie generale, może wejść. 
Gwiaździoch niczego innego nie oczekiwał.  Zakręcił gwiazdą, przerzucił zad do przodu, mocniej szarpnął diabłem na smyczy, zamruczeli coś potem obaj niezrozumiale, jakąś ni to kolędę, ni to międzynarodówkę i zniknęli za wypożyczalnią wideo po drugiej stronie ulicy. 

-- Czego pan chce, generale?
-- Anoszkin, adjutant Kulikowa, rozlał już mleko. Mój czas się kończy. Jeśli nie będzie mi wolno powtarzać, że uratowałem kraj przed sowiecką interwencją, nie przeżyję nawet roku; czuję, że następny grudzień mnie zabije. Lubiłem tę opowieść, tak jak dzieci kochają święta i opowieści wigilijne. Gdy dzieci, szczególnie dziewczynki, przekonują się, że opowieść o dzieciątku i niepokalanym poczęciu to wytwór określonych stosunków pracy, pewnej konkretnej sytuacji społeczno-politycznej, w szczególności zaś nierozwiązanej tak zwanej kwestii kobiecej, ogarnia je smutek. Żołnierz frontowy, który dowiaduje się, że całe życie strzelał w stodoły ojców, smuci się jeszcze bardziej. Ponieważ tak się składa, sądzę, że nieprzypadkowo, że pana czas też się już kończy, niech mi więc pan wreszcie odpuści i w przyszłym roku nie przysyła pod dom oszołomów. 
-- Nie rozmawiam z komunistami.
-- Rozmawia pan, rozmawia, wasza telewizja, nasze radio.  W radiokomitecie jest teraz wasz Orzeł.
-- Jeden kanał jest przecież wasz. A Orzeł powiedział wyraźnie, że nie jest ani czarny, ani czerwony.
-- Orzeł nie wykazał się tu nadmierną delikatnością wobec pana, prezesie, przykro mi. Nie uważam, żeby świat dzielił się na czarnych i czerwonych. Szmajdziński, zdaje się, będzie się starał uchodzić za zielonego.
-- Nie rozmawiam z komunistami, którzy prosili Rosjan o bratnią pomoc.
-- A któż o nią kiedyś nie prosił? Czasem człowiekowi trzeba pomocy w utrzymaniu władzy, a czasem potrzebne mieszkanko; ale jak mieszkanek w ogóle nie ma bo na ten przykład miasteczko uległo całkowitemu zburzeniu, wtedy każdy prosi, a władza nie daje ot tak. Władza ma własne potrzeby i nie było wtedy większego dobra niż mieszkanka; rzec można, że do władzy lgnęło się wtedy głównie z powodów mieszkaniowych.
-- Teraz na szczęście dziadostwo się skończyło. Niech pan już przejdzie do rzeczy.
-- Wasza telewizja, nasza prezydentura.
-- Dostaliście radio, a prezydentura zależy od wyborców.
-- Radio dziś się już tak nie liczy, ponadto trójka, której słucha inteligencja, przypadła wam.
-- Inteligencja słucha TokFM, a publiczną telewizję też się ogląda z nawyku, braku wyboru, albo braków w wykształceniu.
-- To dlaczego ją braliście?
-- Chodzi o godność mojego brata.
-- Przecież jemu już nic nie pomoże, a nasz Szmajdziński to może być zielony koń tej rozgrywki.
-- Jak ja mam na to przystać, co powiedzą moi przyjaciele, sojusznicy, polityczni sprzymierzeńcy, co na to mój brat?
-- Opuszczą pana szybciej niż pan sądzi. Niedługo będzie pan bardziej samotny niż ja.
-- A ochrona godności mojego brata?
-- Jest chory i liczy, że wykręci się jakąś sarkomą czy co mu tam niby jest. Powinien odejść definitywnie, jak niegdysiejsi dysydenci, na żółte papiery. Gwiaździch uważa, że powinien przemówić do narodu w moim mundurze generalskim i w moich okularach. Ludzie zrozumieją, że nie może sprawować urzędu, dadzą mu spokój, nikt nie będzie go obrażać.
-- Mój brat ma odejść jako wariat?
-- Wariatów nikt nie zaczepia, wariatom nie wrzuca się przez rozbite okna kamieni, ani nie wydrwiwa w prasie. Wariaci mogą chodzić na spacery z psem. Szaleństwo daje się interpretować jako tchnienie świętości i to jest jego jedyna szansa na spokój. Jeśli pan uważa, że móc wyjść na spacer z psem to w polityce mało, to pan się na polityce jeszcze w ogóle nie zna, prezesie.
-- Nawet gdyby do tego miało dojść, nie potrzebujemy pomocy gwiaździcha. Wariackie przemówienie wygłosić może każdy rozsądny człowiek.
-- W świetle tego, co pański brat nagadał dotychczas, istnieje szansa, że jak będzie chciał przyświrować, ludzie się mogą nie zorientować. Powiadam, ja dam mundur i okulary, a gwiaździch mu coś napisze jeszcze przed nowym rokiem. Powinno zacząć się od „Obywatelki i Obywatele”, a skończyć na „Jeszcze Polska nie zginęła”.
-- To oczywiste, ale co ma być w środku?
-- Gwiaździch proponuje: „Dziś na obszarze całego kraju ogłaszam stan podgorączkowy”. Może też być: „gorączka minie jak ustaną okoliczności, dla których się pojawiła”. Pożyczam wam to przemówienie, możecie je traktować jak własne.
-- Nie mówię tak, nie mówię nie, w każdym razie, proszę zejść ze mną na dół i pomóc mi zamontować choinkę. Poznamy się bliżej. Zawsze widziałem, że jest w panu coś, generale, ta gładkość, ta dziecięca, nielicująca z funkcją i z niekłamanym okrucieństwem niewinność. Ale w polityce, jak pan wie, nie ma sentymentów, tylko przemoc, szaleństwo i krew.

Kaczyński w stroju Jaruzela

(Muzyka: Pulp Fiction)

Strome schody piwniczne znajdowały się za obitymi liniejącym korkiem drzwiami. Generał, nie bez wahania, zszedł pierwszy. Jaskinia Jarosława K. nie nastroiła go optymistycznie:

– Widzę, że chaos i demoralizacja przybrały rozmiary klęski. Naród osiągnął granice wytrzymałości psychicznej. Wielu ludzi ogarnia rozpacz.
-- Musi pan nałożyć czapkę generalską. Zawsze to sobie tak wyobrażałem.
-- Czy mamusia pańska nie zdziwi się, że tak długo przebywa pan w towarzystwie komunistycznego generała w piwnicy?
-- Mamusia wie, że sam nie zamontuję. Kiedyś choinkę montował brat.
-- Pański brat montował? A zupełnie nie wygląda.
-- A przedtem tata. Wziął pan jakieś medale?
-- Nie wszystkie, w moim wieku to już niemożliwe tyle żelastwa dźwigać. Mam jednak kilka, spod Lenino, gdzie wygłosiłem płomienne przemówienie do rekrutów, i za wyzwolenie Warszawy.
-- Wystarczy, byleby dzwoniły. 
-- Wie pan, że wchodziłem od miasta od tej strony, od Łomianek i Młocin? Zajęliśmy ze sztabem tę długą kamienicę na Mickiewicza, przy Dworcu Gdańskim. Wie pan którą.
-- Do roboty generale, wnet zaświeci pierwsza gwiazda.
-- Wielki jest ciężar odpowiedzialności, jaka spada na mnie w tym dramatycznym momencie polskiej historii.
-- Niech pan dalej przemawia, generale, a ja będę śpiewać przyśpiewki.
-- Żołnierz polski wiernie służył i służy ojczyźnie. Zawsze na pierwszej linii, w każdej społecznej potrzebie. Również dziś z honorem spełni swój obowiązek. Nasz żołnierz ma czyste ręce, nie zna prywaty, lecz twardą służbę.

Oj, maluśki, maluśki, maluśki kiejby rękawicka
aboli tez jakoby, jakoby kawałecek smycka. Lililili LiLi La...

-- Śpiewa pan, prezesie, niezwykle wprost ohydnie.
-- A z pana żaden mówca. Nigdy nie rozumiałem powodów pańskiej błyskotliwej kariery.
-- No i teraz pan doskonale rozumie. Anoszkin nigdy mi nie wybaczył, że marszałek Wiktor Gieorgiejewicz mnie lubił bardziej.

Tam pijałeś coś takie, coś takie słodkie małmazyje
Tu się Twoja gębusia, gębusia łez gorzkich napije.

-- Atmosfera niekończących się konfliktów, nieporozumień, nienawiści, sieje spustoszenie psychiczne, kaleczy tradycje tolerancji.

Tam Ci zawse słuzyły, słuzyły prześlicne janioły,
A tu lezys sam jeden, sam jeden jako palec goły.

-- W piątej rundzie dajesz ciała, powtórz.

Gdybym ja tam jako Ty, jako Ty tak królował sobie,
Nie chciałby ja przenigdy, przenigdy w tym spocywać żłobie.

-- Wobec całego narodu polskiego i wobec całego świata pragnę powtórzyć te nieśmiertelne słowa: Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy.

Fotomontaż: HONZO

Fotomontaże: HONZO

07:33, balsamlomzynski
Link Komentarze (11) »
środa, 09 grudnia 2009

Facet na wozie pełnym siana

Ponieważ w drugim tygodniu grudnia pogoda była taka jak do niedawna we wrześniu, pacjent zażyczył sobie, by o poranku umieścić go na częściowo osłoniętym balkonie, na pierwszym piętrze rezydencyjnej części pałacu. Sprawdzono stan balkonu, usunięto wyschnięte liście i owinięto prezydenta pledem; założono mu na głowę jego ulubiony kapelusz przypominający hełm. Szczygło poprawił pled, mocniej wcisnął kapelusz na głowę prezydenta. Prezydent był zadowolony, ale mało widoczny i jego głos dobiegał nieco przytłumiony, jak ze studni:

-- Zjechało się do Kopenhagi dużo wpływowych osób, panie ministrze, a ja, z powodu choroby, nie wiem o co chodzi. Instynkt polityczny mówi mi, że tam się źle dzieje. Życzę sobie porozmawiać z jakimś wybitnym naukowcem.  Powiedzieć prawdę, trochę się krępuję brakiem przedmiotowej wiedzy, więc proszę dyskretnie, kogoś sprawdzonego.

-- Mam kogoś takiego, solidny, belwederski profesor, nigdy przed 89 nie wyjeżdżał, a i potem tylko do Chorwacji z rodziną.

-- Umysłowość samodzielna. A jak się nazywa?

-- Nazywa się nieładnie, lepiej nie pytać.

-- Na pewno Pipka, jak ten z radia, albo jakoś tak, dawajcie go, niech się nie krępuje.

Prezydent z radością rozglądał się po dawno niewidzianej okolicy. Z daleka widać było piekną na swój sposób elektrociepłownię Siekierki, tysiące samochodów uwięzionych na Wisłostradzie i na wszystkich, bliższych i dalszych mostach na Wiśle. Profesor pojawił się w oka mgnieniu:

-- Na szczęście mam blisko, przyszedłem piechotą.

Profesor był rzeczywiście solidny, w oczywisty sposób belwederski, wielokrotnie lustrowany, o nieco męczeńskim wyrazie twarzy, sugerującym status czymś przez los pokrzywdzonego.

-- Panie profesorze, od dawna mam wrażenie, że jeśli chodzi o klimat, to, co tu dużo mówić,  nie znam się. Znam się, proszę pana, na Ruskich, na gazie się znam azerskim i kazachskim, owszem, o ekonomii się wypowiadam ze zdumiewającym spokojem, ale o klimacie przyznaję, w ogóle nie było czasu. Powiedzieć prawdę, nie odczuwam tego entuzjazmu, który odczuwają inni przywódcy światowi, nawet się trochę nudzę jak temat jest poruszany. Chodzi o określone gazy, czyż nie?

-- To jest taka moda, w nauce też tak jest, jakiś temat jest promowany, a potem nie jest. To jest, panie prezydencie, wielki biznes, wielkie interesy, o których nawet nam się nie śni.  Zawartość CO2 w atmosferze jest rzeczywiście większa niż sto lat temu, ale czy to wina człowieka i czy zmniejszenie go spowoduje zahamowanie ocieplenia?

-- No więc właśnie, jak ktoś nie jest naukowcem, spojrzy na nasze Siekierki i zaraz bóg wie co sobie wyobraża.

-- Klimat jest czynnikiem naturalnym na ziemi.

-- Zawsze tak mówiłem, niech pan zapyta Szczygły.

-- Kształtuje go ze dwadzieścia czynników i trzeba, panie prezydencie sprawdzić, który jest odpowiedzialny za co, a nie pochopnie redukować dwutlenek.

-- Dwadzieścia czynników to jest rzeczywiście dużo.

-- To nie jest działanie hobbystyczne, to są ogromne środki i to może być marnotrawstwo na globalną skalę.

-- A na defiladę, proszę pana, jedenastego listopada, nie było.

-- Widzi pan, w nauce zawsze jest tak, że ktoś chce błysnąć, coś nowego powiedzieć.

-- A to mi dopiero, w polityce też.

-- Była historia z dziurą ozonową dziesięć lat temu, że niby lodówki z  freonem niszczą ozon, a koncern Dupont, proszę pana prezydenta, miał gotową technologię alternatywną i jak wyszedł zakaz używania freonu, to oni straszne pieniądze zrobili.

-- A dziura została?

-- Dziury nie ma, ale słyszałem teraz, że z innych powodów powstała.

-- Dobrze, że pan śledzi literaturę, tak trzeba, wiem, że nie dostajecie dość pieniędzy, słyszałem.

-- Proszę pana, był ostatnio wyciek z jednostki badawczej ONZ. Oszustwa, proszę pana, i mijanie się z prawdą było na wielką skalę.

-- W nauce? Tu też, panie profesorze, przeciek na przecieku. Ale redaktor Wildstein też zainteresował się klimatem, mogę obiecać, że szybko się wszystko wyjaśni, albo przynajmniej trochę zmięknie. W ogóle najzdolniejsze umysły "Rzeczpospolitej" teraz sie wzięły za demaskowanie klimatu.

-- Wszystko to po to, panie prezydencie, żeby promować energię wiatrową, a czy wiatrak się obraca, proszę pana, zależy od wiatru na danym terenie.

-- Oni tego nie wiedzą?

-- Widzą, ale to jest wielki biznes, subsydia, z naszych pieniędzy. A jak, proszę pana, jest cisza, wiatru nie ma, to co, mamy po ciemku siedzieć?

-- Na to zgody nie ma i nie będzie, panie profesorze. Czyli to podejście dwutlenkowe, to ono nie jest pewne?

-- Oczywiście, że nie, jak naukowiec mówi, ze coś jest pewne na sto procent, to mówiąc delikatnie, mija się z prawdą. Podejście dwutlenkowe jest jednym z wielu, ale dominujący punkt widzenia ma najwięcej zwolenników.

-- To samo u nas, w polityce, zawsze dominujący ma najwięcej, a ten co ma najwięcej jest preferowany.

-- A wiatrak trzeba po dwudziestu latach wymienić.

-- Dłużej nie pochodzi?

-- Jak jest cisza to może i pochodzi, ale jak proszę pana pracuje, to przecież materiał się zużywa.

Właściwie nie wiadomo było, co było gorsze, cisza czy zużycie, profesor przerwał, by uspokoić nerwy, dla zachowania charakterystycznej dla naukowców rezerwy.

-- To jest wszystko biznes, i to po obu stronach, jedne grupy interesów chcą tego, drugie tamtego, nauka jest, panie prezydencie, na służbie.

-- U mnie jest podobnie i stale z tym walczę.

-- Widział pan kiedyś grabie, co od siebie grabią?

-- Ja już grabi dłuższy czas nie miałem okazji, jakoś się nie składało. Od siebie, powiada pan? No nie, do siebie grabią, jakże inaczej? Od siebie dodam natomiast, że od smrodu jeszcze nikt nie umarł, natomiast z zimna, owszem, więc niech się trochę ociepli.

-- Ja uważam, że można spokojnie na wodzie jako paliwie jechać, żadnych zanieczyszczeń, tanio.

-- To jest dobry pomysł, woda przecież jest.

-- Ale technologii wodnej proszę pana, nie ma i ja pytam dlaczego? Tylko ogniwa słoneczne i wiatraki. I handlowanie emisjami, czyli tym czego nie ma. To będą wielkie pieniądze dla pośredników.

-- Może kupić wodę, zanim podrożeje,  co pan radzi?

-- Poczekać, zastanowić się, mamy czas, przecież się nie pali.

-- Przynosi pan zaszczyt nauce. Jak pan się nazywa, profesorze?

-- Wolałbym nie mówić.

-- Jak pan uważa, ale jeśli Pipka, to moim zdaniem to jest zupełnie w porządku i nie ma czego się wstydzić. Nawet jakby się pan nazywał, powiedzmy, Dzierżyński, to by mi to nie przeszkadzało, przecież tych naukowców z jednostki badawczej gdzie był przeciek pan postawić pod ścianą się nie domaga, tylko dowodzi, że nadbudowa jest ofiarą biznesu.

 

Wywiad z innym, zdolnym profesorem o zabawnym nazwisku, w tym samym tonie, z tymi samymi, o zgrozo, argumentami, na ten sam temat:

http://bi.gazeta.pl/im/2/7341/m7341752.mp3

 


07:19, balsamlomzynski
Link Komentarze (41) »
niedziela, 06 grudnia 2009

Koksowniki w czasie stanu wojennego

Mieć świętą rację, ale wyjść na dudka, stawić czoła całej Europie, a uchodzić za tchórza, być chorym na wszystkie możliwe choroby, a jednak zapaść na kolejną, wcześniej medycynie nieznaną jednostkę chorobową, oto los jaki spotkał prezydenta.

Pierwszy tydzień grudnia przyniósł już nie tyle zapowiedzi nadchodzącego końca, co końca tego pierwsze prawdziwe symptomy.

Rozpowiadano potem na mieście, że trzydziestego listopada, z wybiciem północy Szczygło kazał odpalić koksowniki ponieważ traktat wszedł w życie bez opublikowania go w dzienniku ustaw, a więc w trybie, w jakim wprowadzono stan wojenny. Koksowniki miały rzekomo zapłonąć na tarasie, obok donic z delikatnymi wiśniami japońskimi fudan-zakura, które podziwiali królowie Hiszpanii, Belgii i Holandii; na białych jak masa perłowa schodach, które pion techniczny czyścił roztworem soli morskiej w wodzie utlenionej i nacierał olejem z oliwek w każdą środę; także obok oczka wodnego, do którego za Kwaśniewskiego wpadło co najmniej dwie trzecie składu osobowego politbiura sprzed 89 roku. To oczywiście nonsens. Prezydent był już przecież w wtorek poważniej niż zazwyczaj chory i wstawał tylko w sytuacji najwyższej konieczności, a nawet rzadziej. Ponadto noc z poniedziałku na wtorek była nadzwyczaj ciepła, gdyby więc nawet niegdysiejszy lider Europy drugiej prędkości przybył na taras, wyciągnął ręce ku miejscu skąd z koksownika powinno bić ciepło, uczyniłby to poniekąd po próżnicy, wykonałby pusty gest pozbawiony znaczenia.

Ale to nie koniec.  Opowiadano jeszcze, że Szczygło kazał założyć maski gazowe, że prezydent oczekiwał internowania, że brat prezydenta zabiegał w Komitecie Integracji Europejskiej by tym razem zaaresztowano również i jego, i to z całą brutalnością, by mu wybito zęby, bo uniknięcie internowania po dwakroć to jak na jedną biografię prawdziwego patrioty stanowczo za dużo. To też bzdura, czas internowań skończył się, a Komitet Integracji Europejskiej RP przechodził obecnie głęboki kryzys bo miast być, jak dotąd, ofiarą integracji europejskiej stał się ostatnio jej mimowolnym sprawcą, a trzeba nie mieć sumienia by uczynić Hiszpanii, Belgii i Niderlandom to, co już uczyniliśmy sami sobie.

Prawdą jest tylko to, że doktor Wojciech Lubiński, który jako lekarz wojskowy maski gazowej nie pozbywał się nigdy, przybył do pałacu o świcie pierwszego grudnia, niezwykle zaaferowany; zastał zdemoralizowany personel techniczny przy odpalaniu grilla na tyłach pałacu, tuż obok wrażliwej jak mimoza fudan-zakury. Prawdą jest też, że lekarz przybył do pałacu po całonocnym dyżurze obfitującym w amputacje, które wykonywał nieproszony i bez potrzeby w swoim macierzystym szpitalu na Szaserów, którego był niekłamanym kierownikiem. Są to zabiegi nieskomplikowane, ale wymagają przecież elementarnej koncentracji, którą Lubiński nie mógł dysponować, bo ani na chwilę nie przerywał studiowania, w celach diagnostycznych, traktatu, który przecież traktatem w sensie ścisłym nie jest, lecz jedną, gigantyczną poprawką do Traktatu z Maastricht i Traktatu Rzymskiego z 1957 roku, tyle że zamieniającą te ostatnie nie do poznania.

Lekarze normalnie nie studiują takich rzeczy, ale remedia zapisywane przez doktora Lubińskiego prezydentowi, zupełnie nie działały i stosunkowo bystry lekarz wojskowy postanowił sięgnąć dalej i głębiej by ostatecznie zdiagnozować pierwszego pacjenta rzeczpospolitej.

Dlatego jako jeden z pierwszych zwykłych obywateli Europy zrozumiał, że pod pozorem traktatu przepchnięto tę samą konstytucję, którą odrzucili Francuzi i Holendrzy, usuwając z niej jedynie hymn, flagę i parę innych nieistotnych drobiazgów. Zrozumiawszy to wszystko lekarz wojskowy rozgniewał się na Europę, mocniej i bez potrzeby natarł prymitywnym narzędziem chirurgicznym na podudzie operowanego właśnie porucznika S. z jednostek ochrony pogranicza. Gniew zbliżył lekarza do Brukseli bo instytucje europejskie nie żądają od nas miłości, lecz jedynie bliskości. Co jednak udało się lekarzowi wojskowemu, z całą pewnością nigdy nie uda się już porucznikowi S.

Prezydent oczy miał załzawione, kaszel delikatny, ukradkowy, zasłaniany tyłem dloni, żoliborski; najwyraźniej od pewnego czasu nikt go nie odwiedzał i niczego mu nie dawał do podpisania bo chory podpisywał artykuły w gazetach, w Nowym Dzienniku i Rzeczpospolitej, zasadniczo, choć nie bez pomrukiwania i wywracania oczami, je aprobując.
-- Panie prezydencie, pomyślałem, gdyby naród pytał, powinien pan mieć tę podkładkę.
-- Cóż to jest, doktorze?
-- L4.
-- Na 381 dni? Czy wyście zupełnie stracili rozum? Wielokrotnie podkreślałem, że środki przez pana dotąd proponowane, dodam, proponowane z uporem, który, podkreślam, nie może nie dziwić, zawiodły. Chce mnie pan teraz odsunąć od wykonywania obowiazków, o których doskonale pan wie, że już i tak straciły dla mnie wszelki powab. Jeśli nawet lekarz zakładowy jest przeciwko mnie, co tu się dziwić się partyjnym dołom, które chcą obalić mnie i mojego brata.
-- Zwalniam pana z odpowiedzialności za cokolwiek przez resztę kadencji i zalecam przegraną w wyborach. Medykamenty, które stosuję działały na wszystkich moich pacjentów, w każdym razie żaden z nich nigdy nie wrócił po więcej. W pańskim przypadku jest inaczej. Jak pan wie, wróciłem ostatnio do nocnych dyżurów, piłem dużo kawy, dużo czytałem, setki razy studiowałem historię pańskiej choroby, wyniki badań, zeznania świadków, billingi pańskich wrogów i pańskich przyjaciół, irrelewantne kartoteki IPN, pozbawione sensu ekspertyzy BBN i zrozumiałem co panu jest. Czy zdaje pan sobie sprawę, kiedy wystąpiły pierwsze objawy?
-- Ma pan na myśli halucynacje społeczno-gospodarcze z cadykiem Chaimem Helberstammem, na spacerze nad rzeką, obok szpitala, na starym cmentarzu w N.?
-- Mam na myśli zapalenie orędzia, uwiąd woli politycznej, nieżyt wyobraźni. Otóż zaczęło się 13 grudnia 2007 i przybrało na sile dziesiątego października tego roku, gdy zawiódł pański długopis. Jestem zwykłym lekarzem wojskowym, amputuję nogi, przyszywam urwane granatami dłonie, czasem zresztą na miejsce nóg, mylę się jak wszyscy ludzie, ale zaryzykuję tezę, że pańska choroba ma podłoże traktatowe, panie prezydencie.
-- Ale dlaczego odsuwać mnie od obowiązków?
-- Cokolwiek pan wykracze, staje się ciałem, tyle, że inaczej i nikogo to nie obchodzi. Przewidział pan arogancję dużych krajów Unii, i oto stało się, chamstwo Platformy i oto nadeszło, ale nic pan z tego nie ma. Prognozował pan też kryzys gospodarczy i obawiam się, że on przyjdzie, tyle, że jakoś inaczej, później i nikt pańskich przewidywań nie doceni. Proszę tylko na miły bóg nie wypowiadać się w kwestii zmian klimatycznych bo obawiam się, że wody Bałtyku podniosą się gdy będzie pan w Juracie.
-- Ale czy ja się wobec tego mam szansę z tego wykaraskać? Nie mam chwili do stracenia, widzę przecież, że doły partyjne wdzierają się już na Żoliborz oficerski, wiem z pewnością, że bezczeszczą już ogrody pałacowe, szczają do oczka wodnego, łowią karpie.
-- Pion techniczny dawno już spożył karpie i nawet już sowicie je popił i powiedzieć prawdę, zwrócił do jeziorka. Obawiam się, że pańska przypadłość, podobnie jak choroba, która trawi pion techniczny, uleczalna nie jest. Myślałem sobie, cóż złego w osobowości prawnej Unii, jeśli nie tracimy naszej, w głosowaniu za pomocą większości podwójnej, dającej przecież szanse krajom mniej licznym, cóż złego w zmniejszeniu liczby komisarzy do osiemnastu, przecież będzie się ich stale rotować by wszystkie kraje miały równy udział, cóż złego w tym, że będzie prezydent oraz minister spraw zagranicznych? Nie dostrzegłem niczego, co mogłoby uzasadnić pańskie symptomy. Ale wybór van Rompuy’a i Ashton wyjaśnił wszystko. Ashton nie słyszała o rurze pod dnem Bałtyku, a ponieważ sekcja o solidarności energetycznej jest sformułowana tak ogólnikowo, że w istocie nic z niej nie wynika, każdy się może porozumiewać z Rosją jak mu się podoba. Mechanizm z Joaniny jest martwy bo nikt już nigdy nie będzie chcieć kompromitować się tak jak pan i prezydent Klaus udziałem w mniejszości blokującej wolę całego kontynentu. 
-- Nie pojmuję jak to wyjaśnia moją chorobę.
-- Stworzył pan zagrożenia, którym następnie pan uległ. Pańskie najczarniejsze przewidywania sprawdzają się, musi pan się wycofać dla dobra kraju. A swoją drogą, zapewniam pana, że wycofawszy się, odzyska pan dawny jad. Pańscy wrogowie istnieją dzięki panu i bez pana znikną, władzę ponownie przejmą postkomuniści i będzie jak kiedyś, winna będzie ubecja.
-- Cóż mi po jadzie bez telewizji? Co mi pan zatem zaleca, w sensie medycznym i politycznym?
-- Trzeba opracować realistyczną strategię przetrwania ostatnich 381 dni, które panu zostały.
--Na czym się mam skoncentrować, czym się zająć? Tylko proszę nie proponować bezpieczeństwa energetycznego, albo polityki wschodniej, bo już tym rzygam.
-- Niech się pan skupi na tym, żeby prosto stać, nie kiwać się nadto i żeby oddychać przez nos.
-- Zawsze mogę się oprzeć o jakiś marmur, a nos można łatwo udrożnić. Dziękuję doktorze, wiele mi pan wyjaśnił. Niech mi pan jeszcze powie, po co pańskim zdaniem wobec tego był im ten traktat?
-- Głównie po to, żeby był numer telefonu, pod który można dzwonić jak się chce rozmawiać z Europą.
-- O ile mi wiadomo Herman Van Rompuy pisze wierszyki w stylu japońskim, medytuje, a Europą rządzą Merkel i Sarkozy.
-- I o to chodzi, dzwoni pan do Europy, a tam biurokratyczne haiku. Są jednak konsekwencje korzystne. Będzie nowa posada europejskiego prokuratora generalnego.
-- Czy sądzi pan, panie doktorze, że któryś z naszych ma szansę?
-- Mamy najbogatsze zasoby prokuratorskie nowoczesnej Europy, żyją jeszcze prokuratorzy komunistyczni, są prokuratorzy antykomunistyczni, często wywodzący się z tych pierwszych i wreszcie nasza prokuratorska myśl ponowoczesna, poseł Karpiniuk i Sekuła.
-- Proszę nie zapominać o Wassermanie, mógłby dopilnować zgodności prawa budowlanego z prawami człowieka.
-- Prawa człowieka z traktatu pan wyrzucił. Z moich badań nad traktatem wynika jednak, że będzie funkcja europejskiego lekarza zakładowego.
-- Nie może być, będzie pan się starać?
-- Uważam, że tę funkcję powinien pełnić lekarz wojskowy, wysłałem już aplikację, w formie haiku, bo Herman Van Rompuy innych nie rozpatruje:

Polski lekarz wojskowy,
amputacje, alkoholizm, świąd stóp żołnierskich znużonych drogą do nikąd,
tanio

-- Ja też coś ułożyłem.
-- Proszę powiedzieć, panie prezydencie.
-- E tam, co ja tu będę 
-- Proszę powiedzieć, nalegam. 
-- No przecież to nawet nie wypada.
-- Mów pan, do cholery

Liczba większa od nieskończoności? 
Wieczność w Sulejówku, 
z bratem?

14:32, balsamlomzynski
Link Komentarze (30) »
piątek, 27 listopada 2009

Prezydent i prezes KPP

Na ośmiu budowniczych nowego ładu ekonomicznego, którym prezydent nadał we środę krzyże oficerskie i kawalerskie, do Teatru Wielkiego przybyło pięciu, w tym Andrzej Katulski, właściciel doskonałego skądinąd sklepu z żywnością tradycyjną Smakownia w Poznaniu i prezes bydgoskiego PKS, Zdzisław Kołutkiewicz, słynny likwidator nierentownej linii autobusowej 301 łączącej Osową Górę ze wschodnią częścią grodu nad Brdą.

Po ceremonii, prezydent dowiedział się, że jednym z odznaczonych był też laryngolog dziecięcy i zamojski, Krzysztof Tuczapski, który uratował swój szpital od bankructwa poprzez brutalną prywatyzację, w konsekwencji której zasadniczo utrzymano zatrudnienie na poprzednim poziomie, a poziom usług nie uległ zmianie. Tuczapski, zapytany przez dziennikarzy* ile teraz pacjenci płacą za wizytę, powiedział wymijająco:
– Nie płacą. Leczymy zarówno wszystkich ubezpieczonych, jak i nieubezpieczonych oraz obcokrajowcow zza wschodniej granicy.
Na pytanie ile wynosi zadłużenie szpitala i jak załoga znosi niewypłacanie pensji, Tuczapski zareagował agresywnie:
- Przez trzy lata zarobiliśmy netto około 3 mln zł. Bilansujemy każdy rok. W ubiegłym załoga dostała podwojną pensję w postaci nagrod i premii. Oprócz tego wyremontowaliśmy niektóre oddziały i kupiłem sprzęt.

Nowo mianowany wiceszef kancelarii, Jacek Sasin, jeden z najzdolniejszych wojewodów mazowieckich lat 2006-2007, dotychczasowy doradca prezydenta do spraw wizyt krajowych z wyłączeniem Nowego Sącza, zaproponował usunięcie ceremonii wręczenia orderów budowniczym nowego ładu z prezydenckiej strony internetowej.** Przyjmując nominację na zastępcę Stasiaka, Jacek Sasin zaproponował też wszczęcie poszukiwań Bożeny Borys-Szopy, podsekretarz stanu powołanej we wrześniu, która wkrótce po otrzymaniu nominacji zaginęła bez wieści:
-- Słusznie jest by wydarzenia, które nie powinny mieć miejsca, nie istniały na prezydenckiej stronie internetowej; nie może być jednak tak, że urzędnicy prezydenccy figurujący na tej stronie giną bez wieści i nikt nie wszczyna poszukiwań. Być może pani minister wpadła w tarapaty finansowe, może potrzebuje zapomogi z funduszu socjalnego, może padła ofiarą prywatnych podmiotów sektora usług zdrowotnych, których tak wiele czeka tylko na choroby ludności.

Tymczasem dokonała się ostateczna, jeśli tak się można wyrazić, rekonwalescencja prezydenta. Z tej okazji postanowiono uczcić przeciwciała, które pozwoliły prezydentowi wyjść z choroby.
Makrofagom tkankowym przyznano order orła białego, za walkę z streptococcus pneumoniae, drobnoustroju bezpośrednio uwikłanego w atak na prezydenta 11 listopada. Prezydent oszczędzał głos i mówił z wysiękiem:
-- Jest to bakteria szczególnie często wywołującą zapalenie ucha środkowego, głównie u dzieci, ale również stało się to w moim przypadku, o czym wiadomo co najmniej od roku 1880.

Śledzionie, której brak mógł spowodować cięższy przebieg infekcji, przyznano krzyż zasługi z mieczami.
-- Śledziony powinny stać się bardziej dostępne i być większe.

Order z gwiazdą przyznano
sulfonamidom i kwarantannie, jako środkom zapobiegawczym z zwalczaniu streptococcus equi, paciorkowca wywołującego zołzę u koni:
-- Konie pełnią szczególną rolę w historii naszego kraju i szerzej, całej grupy krajów od nas bogatszych, ale i tych mniej zamożnych.

W imieniu drobnoustrojów, a także własnym wypowiedziała się kwarantanna, która zaznaczyła, że jest tu od dwóch tygodni.

 

*   http://www.szpital.com.pl/dane/2008/aktualnosci/20080422prasa.pdf
** Do wczoraj, pod www.prezydent.pl/.../art,738,odznaczenia-w-20-rocznice-powstania-kpp.html

 




14:11, balsamlomzynski
Link Komentarze (21) »
wtorek, 24 listopada 2009

Piątego dnia kuracji z użyciem doksycykliny, prezydent miał moment konstytucyjny. Najpierw jednak wystąpił kaszel napadowy, suchy i bezproduktywny, a po nim koszmarny sen.

Otóż choremu wydało się, że pojechał jednak na szczyt europejski, podczas którego wybierano prezydenta Unii.  Zawiłe mechanizmy konstruowania koalicji i budowania porozumień bardzo sprawy skomplikowały, w każdym razie, sprzeciw Francuzów wobec Blaira, obojętność Skandynawów, zdumienie Czechów i dekoncentracja Berlusconiego sprawiły, że nowym prezydentem Unii Europejskiej został poseł Kłopotek i to jemu trzeba było oddać samolot. Prezydent wracał do ojczyzny piechotą. Kiedy na powrót przekraczał próg pałacu, obudził się zlany potem.

Na szczęście nie obudził Marie, ponieważ z powodu choroby od tygodnia sprawował swój urząd z łoża umieszczonego w Sieni Głównej, wyposażonej w lustra ułatwiające sprawowanie nadzoru nad służbami, służbą i Szczygłem, który ostatnio udzielił długiego, frywolnego i pozbawionego większego sensu wywiadu dla prasy.

Łoże prezydenckie umieszczono pod obrazem „Śmierć Cypriana Godebskiego pod Raszynem”, obok drzwi do Sali Białej. Nie chodziło o to, że prezydent szczególnie sobie obraz Januarego Suchodolskiego upodobał, chodziło o to, że w wyniku bitwy pod Raszynem obszar Księstwa zwiększył się dwukrotnie, a siły zbrojne z czternastu do sześćdziesięciu tysięcy w ciągu trzech miesięcy, a tyle mniej więcej czasu zostało do decyzji kto w wyborach prezydenckich będzie reprezentować prawo i sprawiedliwość.  

Wychodzące na Krakowskie Przedmieście ogromne okna skromnie skądinąd wyposażonej Sieni szczelnie zasłonięto; napalono w kominku drwami ze specjalnie na ten cel wyciętego z ogrodów BBN buku zwyczajnego fagus sylvatica z gromady okrytonasiennych, drzewa o połyskującej korze, drewnie jasno kremowym i fałszywej twardzieli w okolicach odziomkowych.

Być może z powodu niekorzystnych sondaży, być może z powodu zagrożenia grypowego, od pewnego czasu mało kto prezydenta chciał odwiedzać, więc w tę i we w tę przechadzał się Łopiński. Wpierw pukał delikatnie, wchodził od strony Sali Hetmańskiej, kłaniał się, prezydent go przeganiał, i szef protokołu znikał w szerokich odrzwiach Sali Rycerskiej. Następnie, przebrany w którąś ze zbroi znajdujących się w tamtejszej ekspozycji stałej, Łopiński powracał i ośmielony przewagą w sprzęcie, żywiej już przemieszczał się na powrót ku Sali Hetmańskiej. Czasem oszukiwał i puszczał w zbroi Handzlika, ale prezydent natychmiast się we wszystkim orientował:
-- Wracajcie no Handzlik do kształtowania polityki wschodniej.

Materac na łożu prezydenckim okryto prześcieradłem z gumką, nogi prezydenckie zawinięto w mięsisty koc hiszpański z akrylu i poliestru, który nie mechaci się w najbardziej nawet bezceremonialnych pralkach mechanicznych. Wezgłowie tworzyły trzy poduszki, z których każda była mniejsza od tej znajdującej się pod spodem. Do łóżka przysunięto szafę w stylu gdańskim oraz stolik nocny niewiadomego pochodzenia. 

Moment konstytucyjny nadszedł nocą i doktor Lubiński natychmiast przystąpił do upuszczania krwi:
-- W razie przegranych wyborów, całą władzę przekazuję zespołowi pracy państwowej. Temuż zespołowi przekazuję też całość władzy, jaka wynika z planowanego systemu kanclerskiego.
-- Jako obywatel powiem panu, że cieszę się, że w odróżnieniu od Tuska, zapadłszy na moment konstytucyjny nie przekazuje pan władzy samemu sobie; jako sympatyk obozu naradowo-socjalistycznego powiem, że konstytucja jest być może ustawą zasadniczą, ale zasadniczo jest też przecież tylko ustawą; jako miłośnik piłki nożnej, dodam, że zespół pracy państwowej jest też państwem pracy zespołowej. Natomiast jako lekarz, na moment konstytucyjny zalecam okłady z liści kapusty, która zawiera związki siarki i sól potasową, przynoszącą ulgę w stanach zapalnych części krtaniowej nerwu błędnego. Liście kapusty należy zanurzyć w gorącej wodzie, wyjąć, rozbić tłuczkiem do mięsa, przyłożyć do szyi i owinąć szalikiem.
-- A jak Łopiński akurat będzie przechodzić?
-- To jest za każdym razem Handzlik, panie prezydencie.
-- A polityka wschodnia?
-- Zasadniczo, panie prezydencie, jesteśmy krajem wschodnim i wszystko, co robimy jest elementem naszej polityki.


19:00, balsamlomzynski
Link Komentarze (40) »
wtorek, 17 listopada 2009

Fotomontaż: Honzo

Prezydent przeziębił się ponieważ wyszło na jaw, że chcą zburzyć Pałac Kultury. Jak się dowiedział, bez zbędnej zwłoki część straży sprytnie wyminął, część obrzucił wyzwiskami i wprost ze zbudowanego jeszcze za Kwaśniewskich ogrodu zimowego zbiegł truchtem do garażu szukać kanistra. Najbardziej mu się spodobał niebieski, o pojemność pięciu litrów. Opuszczał już prawie garaż, ale w progu stała Marie.
-- Dokąd, nocą, w szlafroku?
-- Widzę, że chcą zburzyć pałac, Marie.
-- Wygłoś orędzie, albo zawetuj.
-- Wprost pałacu bronić mi nie wypada, bo stalinowski, ale bez pałacu to miasto umrze.
-- Jak się pod pałacem spalisz, to się miasto tylko ucieszy.
-- Nad formą protestu zastanowię się po drodze, pokonując rozmaite trudności i konfrontując się z przeszłością. Wiesz przecież Marie, co mam na myśli, nawet Stasiak tę książkę podobno czytał.
-- Idź, ale znajdź najpierw ciepłą i, jeśli się upierasz, łatwopalną odzież.

Miast jak zwykle użyć tajnego przejścia północnego prowadzącego do ogrodów BBN, prezydent wymknął się przez taras, a potem dyskretnym przejściem podziemnym po stronie wschodniej, prowadzącym do magazynów odzieży roboczej i ochronnej Wyższego Metropolitarnego Seminarium Duchownego Jana Chrzciciela. W magazynie przechowywano przede wszystkim czarne rewerendy sięgające kostek, broniące przed złymi myślami białe humerały zwane też „hełmami zbawienia”, nakładane najpierw na głowę, a potem, zwijane wokół szyi jak szal; damsko-męskie alby pełniące funkcję ni to biustonosza ni to kaleson, ale funkcjonalnie przeciwstawne działaniom złych mocy; zielone cingula, czyli sznurkowe paski z frędzlami sygnalizujące wstrzęmięźliwość i spinające luźne na ogół alby; ornaty, kapy i ekscytujące pozareligijną wyobraźnię duchownych białe ministranckie komże. Prezydent pobrał ornat, przepasał się zielonym cingulum i wbrew wskazaniom Ceremoniale Episcoporum, pektorał włożył na ornat, choć powinien odwrotnie, tak by krzyż pektorału był jak najbliżej serca. W ostatniej chwili wziął jeszcze manipularz z purpurowego atłasu służący duchownym wysokiej rangi do dawania znaku, że ceremoniał może się już zacząć.

Wydało mu się teraz, że przeziębienie mu nie grozi, i że łatwo wtopi się w tłum. Ledwo wygramolił się przez okienko magazynu, ledwie przebiegł chyłkiem przez ogrody seminarium i wydostał się na zawsze pustą z powodu bliskości Szczygły Furmańską, dostrzegł wspartego o wysoki mur człowieka skądś sobie znanego, z pewnego punktu widzenia łagodnego i niewinnego, ale pod innymi względami znowu gwałtownego i pierwotnego, jak stopniowe zarastanie jezior, albo usuwanie nieczystości ze statków wycieczkowych wprost w głębie morskie. Prezydent zabulgotał groźnie kanistrem.
-- Kim pan jest?
-- Byłem kiedyś kierownikiem telewizji. Teraz jestem dziennikarzem, ale nade wszystko autorem najgorszej książki napisanej w tutejszym języku. Będę panu w ostatniej drodze towarzyszyć ponieważ pańska prezydentura podzieli losy mojej książki.
-- Skąd wiadomo, że książka była najgorsza?
-- Czułno zwlókł się i z rozpaczą zorientował, że w domu nie ma już nic do picia. Musiał żłopać paskudną wodę z kranu, która może nie byłaby taka zła, gdyby nie jego nastawienie. A nastawienie miał fatalane.* Poniosę panu kanister,  panie prezydencie.
-- Jezus Maria!
-- Daniel podniósł głowę i popatrzył prosto, wycelował w niego szarą twarz ze sterczącym dziobem nosa na tle dwóch wież kościoła w spirali ptaków.

Prezydent tym spieszniej przeskoczył Krakowskie, im bardziej autor książki nastawał; dzięki temu w try miga dotarł na plac Piłsudskiego, gdzie skądinąd często bywał. Było tu mgliście, ponuro i trwożnie. Prezydent otarł czoło haftowanym manipularzem i spojrzał dyskretnie za siebie. Autor raził z pewnej odległości.
-- Biała przestrzeń otwierała się nad nim i wokół niego. Wciągał go powietrzny lej. Maria znikła.
-- Na miłość boską!

Prezydent ruszył gwałtownie w kierunku Parku Saskiego, umieścił na chwilę na ławeczce kanister żeby ciaśniej związać
cingulum, a potem, już gotów do dłuższego biegu, puścił się Senatorską, przez Plac Bankowy. Były kierownik telewizji nastawał, prezydent spojrzał dość ciepło na rzęsiście oświetloną fasadę pałacu Mostowskich, a potem zagłębił się w stalinowskie zakamarki dawnej ulicy Nowotki.
-- Im głębiej Czułno wgryzał się w sprawę, tym bardziej się angażował.

Niby już nie było z czego krzesać, a prezydent jeszcze bardziej przyspieszył i, w kontekście zbliżającego się szczytu energetycznego w Kopenhadze, zadumał się nad właściwościami pędnymi grafomanii. Samą redakcją Rzeczpospolitej można by napędzić pół Ukrainy, która przecież na literaturze doskonale się zna.  Snując te rozważania, prezydent dotarł do tymczasowego wiaduktu nad Dworcem Gdańskim i parę razy podskoczył, żeby sprawdzić czy się dobrze trzyma. Był w każdym razie wreszcie u siebie, na starym Żoliborzu, gdzie mieszkała wyłącznie inteligencja. Spoczął pod pomnikiem 1 dywizji pancernej gen. S.Maczka, przez uczniów okolicznego zespołu szkół zwanego pomnikiem orła srającego w locie. Ledwo zasiadł, zza pomnika wychynął rzecznik praw obywatelskich i jął pobierać prezydentowi wymaz z gardła.
-- Zramolali starcy niespełnieni w normalnych rolach życiowych zapadają łacniej. Jeśli pan chcesz tu przebywać, dawaj pan wymaz.
-- Na rany Chrystusa!

Prezydent biegł przed siebie, ale teraz już rychło zasłabł, bo kanistrem nie szło machać z dostateczną swobodą. Skrył się w przychodni rejonowej na Felińskiego. Na parterze siedziało dwóch szatniarzy, którym od dwóch lat nie wolno było palić. Aż dziw brał, że w maleńkiej szatni mieści się aż dwóch, chociaż kto wie, może jeden tylko był portierem, a drugi na przykład rzecznikiem prasowym przychodni. Płaszczy w każdym razie nikt im nie powierzał. Doświadczeni pacjenci bardzo w tym miejscu przyspieszali by okrycia wierzchnie przy sobie zachować. Ci co nijak przyspieszyć już nie mogli, nakładali wierzchnie pod spód. Ponieważ prezydent miał pektorał na wierzchu, a ornat pod spodem, przemknął się nie wzbudzając podejrzeń szatniarza i jego domniemanego rzecznika.

Świątobliwy z wyglądu mąż z niebieskim kanistrem wstępował dostojnie ubożuchną klatką schodową wyposażoną w wąską poręcz wyściełaną przedawnionym igielitem i ozdobioną lamperią wpisującą się jak niezabliźniona rana w najtrudniejszy okres w historii Żoliborza. W korytarzu na piętrze siedziało ze czterdzieści pogodzonych z losem osób starszych, niezamożnych, odartych z godności i kaszlących ukradkiem w łagodnym półobrocie. Zły pisarz i prymitywny rzecznik byli już niestety na miejscu. Rzecznik mówił pisarzowi, że przemoc wobec dzieci obniża koszta leczenia w wieku starczym, a pisarz niepokoił zdumiewająco uprzejmą recepcjonistkę:
-- Rano następnego dnia Wilczycki obudził się z wyschniętym gardłem i pękającą głową w ubraniu obok kanapy.
-- Boże święty! Pierwszy numerek na dziewiątą na początek marca, a numerków, zapewniam pana, praktycznie w ogóle nie mamy.

Prezydent zasiadł tuż pod gabinetem doktora M. Gładząc manipularz mniemał, że mu się uda wkręcić. Nie protestowano, bo nikt od dawna nie wszedł, a jakby nawet zaczęli wpuszczać to przecież nie wedle szkodliwości społecznej tylko wedle numerków. Na krześle na wprost siedziała osoba w oczywisty sposób inteligencka, dysząca, z odzieżą wierzchnią pod spodem, prawie z przegrzania nieżywa, ale wciąż sprawnie narzekająca:
-- Czy i panu doskwiera niewydolność wątroby?
-- Zapalenie orędzia, nie mogę się wysłowić inaczej niż poprzez spolegliwych dziennikarzy. Dlaczego nie wpuszczają?
-- Pacjentka siedzi u doktora M. już drugi tydzień. Zdobyła numerek i chce mu teraz wszystko opowiedzieć. Jest tyleż chora, co samotna, jak wszyscy, ale jak tak można lekarza publicznego blokować? Do prywatnej przychodni iść, albo w ogóle do którejś z osób duchownych, takich jak pan. A jaka to denominacja, jeśli można wiedzieć?
-- Nic się nie da zrobić, żeby przyspieszyć?
-- Podobno lekarz współczesny polski, niewłaściwie jest motywowany na skutek częściowo i niesłusznie przeprowadzonych reform. Trwający w NFZecie pacjenci są coraz biedniejsi i coraz bardziej chorzy, co w niektórych lekarzach wywołuje impuls judymowski, czyli litość fragmentaryczną i ni stąd ni zowąd. Doktor M. tych, co już weszli z numerkiem traktuje dobrze, natomiast wobec oczekujących pod drzwiami odczuwa obojętność, albo i co gorszego. Z doktor D. jest zdaje się odwrotnie.
-- Gardzi tymi w środku?
-- Wszystkimi gardzi.
-- Należy więc kontynuować reformy.
-- Ten złośliwy troll wszystko blokuje i nic się nie da zrobić do przyszłej jesieni. Po prawdzie, jakby nie blokował, byłoby jeszcze gorzej. Innej drogi jednak nie ma. W tym kraju wszystko trzeba najpierw rozpieprzyć, a potem od nowa budować. Nasza administracja nie potrafi inaczej.  Z tych samych powodów chcą zburzyć Pałac Kultury i Nauki.
-- Boże!

Prezydent schował wystający spod ornatu rąbek alby i ruszył w otchłań dnia listopadowego, a za nim grafoman i zamordysta. Grafoman milczeć nie potrafił:
-- Nie sposób przewidzieć wydarzenia, które za moment zmieni nasze życie. Wchodzimy na rynek od ulicy Szewskej i idziemy w kierunku przeznaczenia, które pod postacią innej osoby nadchodzi juz z drugiej strony Sukiennic.
-- Święci Pańscy!

Prezydent na powrót znalazł się pod pomnikiem, a potem zbiegł po schodach ku zgniłozielonym i błotnistym przestrzeniom na dnie fosy wokół cytadeli, gdzie oszalali z samotności i zagubienia mieszkańcy okolicznych bloków wojskowych wypasali psy wielkości cieląt.

Wsparta już o srebrny świerk posadzony jeszcze za czasów generał-policmajstra Andrieja Storożenki, stała piękna z boku i z daleka, ale z żadna młoda, kobieta w rosyjskiej czapce dookolnej, obuta w kozaczki; spowitą w czerń dłonią dociągała połę płaszcza do wydatnej grdyki, położonej tuż poniżej obszernych, tradycyjnych ust polskich, zwartych w nienawistnym uśmiechu. Na widok ten powiało grozą.
-- Poniosę panu kanister, panie prezydencie.
-- Niech pani nigdy nie odbiera mężczyźnie benzyny. Proszę wreszcie doradzić mi coś, co się kupy trzyma.
-- Czy chodzi o przemoc strukturalną instytucji współczesnej cywilizacji?
-- Chodzi o pałac, którego wprost, jako dziedzictwa komunistycznego bronić mi nie wolno.
-- A zatem auto-da-fé w przypadkowo wybranej lokalizacji symbolicznie nawiązującej. Parking przed szpitalem bielańskim?
-- A cóż mi to da?
-- Z pewnością pana nie zauważą i nie udzielą pomocy.
-- Czy nie ma w pani żadnego współczucia?
-- Nieliniowość sieciowej regulacji procesów niszczy wspólnie przeżywaną przestrzeń symboli. Indywidualne wędrowanie w wirtualnych przestrzeniach koroduje potrzebę odbudowania [tej] przestrzeni.
-- Jezusie Nazareński!

Wdrapał się na fosę koło wiecznie przepełnionych śmietników przy Dymińskiej i ruszył na powrót do śródmieścia; przeżył po drodze szereg zapaści na zdrowiu i zwykłych, ludzkich chwil zwątpienia. Ilekroć padał, pobierano wymaz. Rondo Babka trzy razy obchodził w niezdecydowaniu, a za nim szedł pozbawiony talentu autor, rasistowski i antyludzki rzecznik oraz wściekle antykomunistyczna, kryptyczna wizjonerka. Prezydent chciał już ze wszystkiego zrezygnować i iść do domu. Autor jednak nastawał:
-- Pozostawała zimna pustka mieszkania, która otworzyła się przed nim niechętnie. Niemal odruchowo poszedł do baru. Siadając na kanapie i popijając whisky pomyślał, że mimo zmęczenia nie zaśnie.

Gnany okrutnym cytatem, wnet dotarł na marmurowe przestworza wokół Pałacu Kultury. Zbliżał się moment rozstrzygnięć. Prezydent ogarnął wzrokiem urocze gmaszysko.  Tamci też już tu byli:
-- Ciemne postaci wyroiły się dookoła. Spod ich gładkich masek słychać było śmiech. Były coraz bliżej, ciaśniej.

Najgorsza powieść w języku polskim, wysoka gorączka i kontakt z NFZ sprawiły, że prezydent miał wizję. Zoczył mianowicie, że gmaszysko ma kształt odwróconego krzyża. Ujrzał pałac odwrócony i unoszący się delikatnie pod łagodnym skrawkiem błękitu, wsparty na nogach dziewicy naszej, polskiej, ale już po europejsku gotowej. Ujrzał PKiN jako część dziewictwa narodu, którego nie trzeba podpalać, które trzeba obrócić i jako krzyż przed Europą bronić. Potrząsnął manipularzem i śmiało spojrzał na pisarza, który nie zorientował się jeszcze, że samobójstwa nie będzie:
-- Siwicki rzucił się rozpaczliwie głową w przód, ale mężczyźni przytrzymali go, za ramiona wciągnęli na biurko i wreszcie, pomimo oporu, wepchnęli mu głowę w pętlę. Nogi Siwickiego przebierały w powietrzu szukając oparcia, postać podskakiwała na sznurze, aż człowiek na biurku opadł mu na ramiona, całym ciężarem przyciskając do dołu. (...) Ręce Siwickiego ciężko opadły wzdłuż ciała. „A to śmierdziel” powiedział, zeskakując z biurka i zaciskając nos mężczyzna w mundurze. Spoglądał na nogawki Siwickiego, spod których po prążkowanych skarpetkach i wyglancowanych butach na wzorzysty dywan ściekał rzadki kał.
-- Czy pan zamierza coś jeszcze napisać?
-- Pracuję nad powieścią. „Czas niedokonany”, bo tak roboczo nazwałem powieść, rozpoczyna się we wrześniu 2008 roku na giełdzie nowojorskiej na Wall Street, ale zaraz potem zanurzam się w historię i opowiadam dzieje dwóch rodzin, poczynając od roku 1906.
Prezydent wesoło zabulgotał kanistrem:
-- Przykro mi, ale do tego dopuścić nie mogę.

Pomnik dywizji pancernej

Kaczyński i Widlstein

Fotomontaż na początku notki: HONZO

http://dolinanicosci.salon24.pl/91612,odcinek-osiemnasty

15:21, balsamlomzynski
Link Komentarze (55) »
czwartek, 12 listopada 2009

Fotomontaż: HONZO

Wykład prezydenta w szkole biznesu w N., gdzie fikcja prywatnego polskiego szkolnictwa wyższego od wielu już lat miesza się z jego pożałowania godną codziennością, nie mógł przebiec dobrze. Pogadanka dotyczyła ekonomii i nie odbiegała poziomem od typowych zajęć aplikowanych tu na co dzień studentom, ale to właśnie wkurwiło młodą publiczność najbardziej. Im bardziej prezydent dukał, czytając z kartki wierutne bzdury o antykryzysowych zasługach obecnego prezesa banku centralnego i pozbawione elementarnej wiarygodności komunały o potrzebie usprawnienia państwa, tym mniej litości publiczność miała dla bełkotliwego mówcy. O poważniejszym geście protestu nie mogło być oczywiście mowy, studenci szkół prywatnych bardzo są bowiem karni, ale nikt ze zgromadzonych nie zdobył się na najlżejszy bodaj gest życzliwości. Spojrzenia pozostawały nieprzeniknione, lodowate, drwiące, a nawet fałszywie zatroskane; dwie studentki w czwartym rzędzie chichotały neurotycznie. Jak każdy zły mówca, prezydent więcej wagi przywiązywał do tych chichotów, niż do sensu własnych słów.


Schodząc z podium pośród anemicznych oklasków, prezydent uświadomił sobie, że do fałszywych działaczy związkowych, którzy lekceważyli go co najmniej od października, i do niezupełnie jak się okazało odpornych na nowinki ze świata Podhalan, którzy wypowiedzieli mu posłuszeństwo wczoraj, dołączyła młodzież skażona grzechem pierworodnym niedostania się na porządne uczelnie, i której przysługiwała teraz tylko tragiczna wolność płacenia czesnego w zamian za produkt podrobiony i nieświeży.


Prezydent liczył, że jego ból w jakimś zakresie uśmierzy rozmowa z zawsze wymowną, karminowoustą profesor doktor habilitowaną S., gwiazdą nieodzownego z punktu widzenia potrzeb lokalnego rynku pracy wydziału nauk politycznych szkoły w N. Niestety, leciwa muza czwartej rzeczpospolitej, autorka tezy, że brat prezydenta dysponuje „piękną inteligencją” leciała tego dnia z Kalisza do Warszawy, gdzie musiała sprawować pełen etat w innej, prestiżowo ważniejszej uczelni, a potem ćwierć etatu w innym, fikcyjnym skądinąd państwowym instytucie badawczym, i być w bóg wie ilu innych mniej lub bardziej fikcyjnych
loci powolnego obumierania nauki polskiej. Na jej usprawiedliwienie można powiedzieć, że profesor S. nie było tego dnia nie tylko w N. 

Był natomiast profesor K., szef jednoosobowej Katedry Badań nad Przyszłością Europy, jednostki kluczowej dla każdej szanującej się szkoły biznesu położonej w obszarach podgórskich. W trakcie obiadu, prezydent śmiało i nietaktownie zagadnął profesora o przyszłość kontynentu, ale profesor, nie przymierzając zaledwie geograf gospodarczy, autor dwóch fundamentalnych prac z dziedziny przemysłu cegielnianego i cementowego, rozłożył ręce i zatrząsł emerytowanym od ponad dekady obliczem na znak, że w kwestii przyszłości Europy nic nowego nie udało się ustalić.

Do końca posiłku ostatecznie zbity z pantałyku prezydent chwytał powietrze jak umierający w plastykowej torbie karp. Z gorącego białego barszczu z grzybami w ogóle musiał zrezygnować z powodu trudności z regulacją oddechu.  Na prezydenta rzeczpospolitej spada kategoryczny obowiązek niesiorbania, i była to jedyna powinność, z której ów wywiązywał się przez całą kadencję i w całej rozciągłości. Na szczęście, poczucie humoru pozbawionych wdzięku i inteligencji naukowców, z których tylko co dwudziesty piąty mieszkał w N., było jeszcze gorsze niż salonowy uwiąd prezydenta.  Siedząca przy stole Marie rozluźniła się nieco uświadomiwszy sobie, że na bezrybiu szerokością horyzontów urzeka nawet umierający karp.

Ponieważ w konserwatywnym N. para prezydencka czuła się szczególnie swojsko, po obiedzie Marie zdołała przekonać męża do spaceru wzdłuż otaczającej N., na wpół górskiej rzeki.

Od bez mała trzech lat, w czasie wspólnych spacerów Marie nie mówiła nic, ściskała tylko męża znacząco raz na jakiś czas nieco powyżej łokcia, co jakiś czas na sekundę kładła mu na ramieniu głowę. On natomiast mówił bez przerwy. Jesienią, szczególnie w listopadzie, trudniej było go zrozumieć, bardziej był przygnębiony, seplenił, mamlał, broczył śliną, kaleczył słowa i połykał końcówki.
-- Mamy pewien kryzys patriotyzmu; ale były siły, nie można powiedzieć, że ich nie było, które patriotyzmu chciały, ale były też siły zapomnienia, siły nie tyle może silniejsze, ale mające łatwiejsze zadanie, bo zapomnienie nie wymaga tyle wysiłku. Kiedyś była defilada, a teraz jedynie przemarsz.  Żeby promować ten kierunek, trzeba się oprzeć pokusom, nie tylko materialnym, ale pokusie, żeby się podobać, żeby być popularnym. Czy nie sądzisz Marie, że mógłbym z powodzeniem twierdzić, że jestem niepopularny bo opieram się pokusie popularności?

Wszystko, co przychodziło jej do głowy w odpowiedzi, to słowa pocieszenia, których wypowiedzieć nie mogła, bo gdyby wydało się, że i ona w niego już nie wierzy, on sam ostatecznie przestałby wierzyć w siebie.
-- Począwszy od bitwy pod Połtawą, w jakimś zakresie nawet wcześniej, Polska była krajem nie w pełni niepodległym, w szczególności wobec Rosji. Też mamy swoje symbole, po cóż nam mur, mamy przecież jedenastego listopada, kiedy przekazano władzę wojskową wtedy jeszcze brygadierowi Piłsudskiemu; przedtem był gabinet lubelski, były rządy Rady Regencyjnej, to nie była jeszcze pełna niepodległość.  

Wciąż było ciepło i nadrzeczne łąki, choć śmiertelnie rażone niedawną jednodniową falą mrozu, broczyły jeszcze resztkami zieleni; opadły co roku poddające się bez walki liście brzozy; liście grabów ściemniały i przykurczyły z zamiarem dotrwania do końca.  Świerki niezasłużenie wypłynęły na pierwszy plan.

Zamiast skręcić na most i przejść przez rzekę ku staremu miastu, poszli dalej, aż do starego cmentarza, nad którym górował pomnik cadyka Chaima Helberstamma, chasydzkiego mistyka, który wsławił się interpretacjami talmudycznymi niezwykłej przenikliwości i zaciekłym uporem w zwalczaniu swojego konkurenta, cadyka z Sadogóry.

-- Jeśli jestem wolny, Marie, dlaczego ciągle powtarzam to samo? Myślisz, że nie widzę, że mnie nie słuchasz? Dlaczego wolność, która stała się udziałem tak wielu, dla mnie jednego jest przekleństwem? Dlaczego dla mnie jednego ma ona sens jedynie jako niepodległość? Myślałem, Marie, że pójdziemy na starówkę. Dlaczego mnie wciągasz w te ciemności?
-- Zapytajmy o radę słynnego cadyka, Chaima Helberstamma.
-- Kto jest cadyk, Marie?
-- To uczony rabin, który potrafi robić cuda.
-- Czy to wypada, Marie, żebym rozmawiał ze zmarłymi i do tego o mojżeszowym ukierunkowaniu?
-- Jadłeś barszcz z fałszywymi prorokami, zaryzykuj rozmowę ze świętym mężem chasydzkim.
-- O co mam go zapytać?
-- Zapytaj go czym jest wolność. Albo jak wygrać wybory gdy człowiek stracił zdolność porozumiewania się z ludźmi.
-- O wolność, Marie, nie będę pytał. Z całym szacunkiem, nie wydaje mi się, żeby cadyk znał się na niepodległości.

Wieczór dawno już zapadł i z drugiej strony rzeki przywędrował dźwięk dzwonów bazyliki. Prezydentowi rzeczpospolitej pomyślała się rzecz nieprawdopodobna, taka mianowicie, że być może bóg rzeczywiście jest wspólny i tylko jeden.

-- Rebe Chaim, jak wygrać wybory, gdy straciłem zdolność porozumiewania się ludźmi?
-- Ty się nigdy nie pytaj o radę Israela z Sadogóry, bo to sybaryta i grzesznik.
-- Proszę nie mydlić mi tu oczu rebe i dać mi prawdziwą i praktyczną poradę. Nie słyszałem nigdy o Sadogórze i tam się nie wybieram. Jak przekonać do siebie ludzi?
-- Ty się nigdy nie rozgaduj o gospodarce i finansach bo ty nie jesteś Żyd, żeby takie rzeczy bez uczenia wyrozumieć.
-- Czy to się godzi, żeby taki mądry cadyk głosił takie przesądy?
-- Jak ty myślisz, że ja jestem mądry zanim ja cosz powiedziałem to ty tym lepiej o ekonomii milcz.
-- Jak mam wygrać, jeśli zamilknę?
-- Ty oddal rebe Szczygło bo on ma skłonnoszcz nazistowską i ty nigdy nie przyjmuj do pałac prezydencki rebe Ziobro, bo on nic nie mówi w co on wierzy i nie wierzy w nic co on robi.
-- Czy to wystarczy?
-- Jak ma wystarczyć, ty szę jeszcze musisz porozumiecz z ludźmi, rebe.
-- Ale jak?
-- Ty ich dopuszcz do głos i one ci powiedzą.

 

 

FOTOMONTAŻE: HONZO

 

 

23:42, balsamlomzynski
Link Komentarze (31) »
piątek, 06 listopada 2009

Średniowieczna wersja tortur wodnych

Ramil Usubow, potomek starożytnej perskiej dynastii Achemenidów, obecnie minister spraw wewnętrznych, gnał grupę jeńców pustynnym szlakiem wokół Göygöl Dövlet Qoruĝu, w środkowej części Âzarâbâdagânu, do zamku Dövlet gdzie od rana grzano kotły z cieczą i podgrzewano implementy: strappado, imadła do przesłuchiwania dwóch świadków jednocześnie, stół do toca, czyli tortur wodnych, do których Torquemada zalecał używać nie więcej niż osiem litrów wody, metalowe gruszki szczególnie przydatne w karaniu sodomitów i hiszpańskie buty do miażdżenia stóp.

Na licznych stacjach benzynowych bojownicy zapomnianych wojen regionalnych myli przednie szyby starych samochodów, z których wystawały niestarannie nakryte plandekami arbuzy.

Nikt nie zwracał uwagi na kondukt Ramila Usubowa. W Âzarâbâdagânie, kraju ognia, wojska mieszały się ze stadami wielbłądów, stare przechodziło w nowe, a czyste od brudnego odróżniała jedynie Nigar Aliyeva, wice-minister zdrowia samozwańczego rządu, którego członkom prezydent RP postanowił przypiąć ordery, wystawiając przy tym życie Junczyk-Ziomeckiej na niebezpieczny szwank.

Zabiedzona misja ONZ w składzie czteroosobowym prosiła o wodę, ale Ramil Usubow tylko szczeknął i misja ruszyła ku górom Karabachu pomniejszona o mało odpornego przedstawiciela królestwa Andory.

Zawinięta w hijab z czesuczy Junczyk-Ziomecka przekroczyła granicę z Armenią w spornym rejonie Agstafy, rzucona na tył dżipa przez własnego kierowcę, na wpół głuchego Armeńczyka o imieniu Iĝdir. Dała się pojmać ludziom Ramila Usubowa bez walki, każąc Iĝdirowi wjechać przodem dżipa pod pałatkę namiotu Usubowa.

-- Rəhbəri bildirdiyinə görə!!!*

Zadaniowana osobiście przez Szczygłę Junczyk nie potraktowała tego jako obelgi. Ziomecki bywał bardziej brutalny. Podczas wstępnych tortur, szkolony w podziemiach BBN i ośrodku CIA w Klewkach, Iĝdir grał na flecie. Grał całą noc.

Dbanie o higienę na przedmurzach Dövlet było łatwiejsze niż w Agstafie gdzie było zimno i gdzie Iĝdir nie spuszczał z niej oka. Junczyk świetnie znosiła poniżenia, ale nie mogła pogodzić się z brakiem ciepłej wody. Przez szparę w naprędce narzuconym na wysuszone krzaki fejho tropiku Junczyk zobaczyła spadające gwiazdy. Wyłączyła pięciozakresowy telefon wyposażony w pilnik do przepiłowywania krat i zasnęła.

Eldar Muhmadow, minister bezpieczeństwa narodowego, czekał na Ramila Usubowa przy zachodniej baszcie Dövlet:

-- Mətbuat xidmətinin rəhbəri bildirdiyinə görə!**

-- Daşınmaz tarix və mədəniyyət abidələrinin siyahısı ilk dəfə!***

Chodziło o to, że ministerstwo kultury Âzarâbâdagânu zorganizowało małą biesiadę z udziałem przechwyconych kobiet armeńskich. Ramil i Eldar lubili kobiety z tamtych stron, chociaż zawsze trzeba było sprawdzić czy w sandałach nie przechowują noży.

Nacierając brzuch i zwiędłe piersi olejkiem z eukaliptusa Junczyk myślała, że za mało wzięła krzyży, bo minister kultury też się jakoś przyczyniał do budowania stosunków polsko-azerskich.

Brzuchy młodych Armenek krążyły powłóczyście i ściągały spojrzenia z trudem prowadzących tortury na Iĝdirze mężczyzn. Iĝdir grał, a nawet dorzucał do ognia mimo hiszpańskich butów miażdżących mu stopy.

Junczyk-Ziomecką rzucono na scenę jak worek, ale ona pomyślała w to mi graj.

Iĝdir zdmuchnął z oczu łańcuch i zasunął Ravelem, co w tych stronach znaczy wiele, rytmem wzdrygnął się do przodu, nim imadło na dobre ścisło skroń.

Drgnął Usubow, drgnął Muhmadow i tańczyli już we troje, chociaż Junczyk nie młoda, trochę okiem, trochę bokiem, nie we w twarzy jest uroda, Iĝdir grał.

Stale BBN wydzwaniał, w kostce Junczyk wiele drgało i na baczność czujny Ramil się miał. Eldar z dłońmi na karku, z zamkniętymi oczami, w oficerkach skórzanych, z tamburynem się skłaniał i śmiał.

Junczyk sięgła do zapiersia, tam zasobnik na ordery i zawyła jak dżejran: a masz!  Ma Mazowsze z Azerami stosunki wzajemne, chociaż nie ma tu higieny, chodź Ramilu, nie spłoniesz, Iĝdir drgał.

*     tradycyjne powitanie azerskie stosowane nocą.
**   azerskie zaproszenie na przyjęcie z torturami i tańcem brzucha.
*** Jeśli mi nic nie wypadnie, naturalnie postaram się wpaść.


Belly dancer

 


17:18, balsamlomzynski
Link Komentarze (24) »
czwartek, 05 listopada 2009

Vaclav KlausVaclav Klaus

W dzień po śmierci Claude Levi-Straussa, prezydent pomyślał, że jak nalewa sobie kawę, to działa jego wolna wola, a jeśli coś do tej kawy potem dolewa, uruchamiają się czynniki strukturalne, nad którymi nie ma kontroli. Ponieważ był to również dzień politycznej śmierci Václava Klausa, któremu prezydent nigdy szczególnie dobrze nie życzył, ale jednak klausowej prokrastynacji traktatowej jakoś kibicował, główny dysponent orłów białych bardziej niż kiedyś zapragnął lepiej zrozumieć tajniki własnej duszy.  

Jak wielu ludzi, którzy o poranku odczuwają suchość w gardle, z miejsca znalazł się na pozycjach sartrowskich, strukturalistycznym radykalnie przeciwstawnych i równie przedawnionych, dających wolność, ale nie dających nadziei.

Wypiwszy kolejną filiżankę czarnej jak smoła kawy, pobudził się nieco, ale pojął, że niczym jest samo pobudzenie, jeśli nie jest pobudzeniem ku szczęściu.  Dolał więc do kawy to i owo i wydało mu się, że struktura nie jest pojęciem empirycznym, a tylko koniecznym postulatem teorii, czy jakoś tak, nie wiadomo, bo dosyć się już wtedy w sumie wkurwił. W każdym razie, kiedy Szczygło wszedł, sprawy zaszły daleko:

-- Nic nie mówcie Szczygło, poślijcie kogoś na hlavnú stranku Vaclava Klausa, dowiedzcie się jak można było podpisać traktat kosztem niepodległości własnego kraju.  
-- Byłem tam już, panie prezydencie, byłem tam wielokrotnie, i przybywam dowiedzieć się czy BBN powinienem się ze stanowiskiem prezydenta Kluasa zgodzić czy też je odrzucić. Widzę, że jeśli chodzi o wyrok czeskiego Trybunału Konstytucyjnego, to Klaus nie tylko
obsahu czyli treści tej decyzji nie lubi, ale również formou. Odmawia też Trybunałowi Konstytucyjnemu prawa formulovania povinnosti prezidenta, a jednak decyzji tego Trybunału w końcu ulega. Chętnie pójdziemy czeskim braciom na pomoc w ramach artykułu piątego Paktu Atlantyckiego, ale jak na razie analizy wiodą nas ku konkluzji, że po pierwsze powinniśmy aresztować prezydenta Klausa.
-- Prymitywnie myślicie. Całość często jest większa niż suma składających się na nią części. Można nie lubić
formou, można nie lubić obsahu, a jednak lubić je ne sais quoi traktatu.
--  Biuro analiz BBN ustaliło, że po czesku
je ne sais quoi to zvláštního. Ale co jest zvláštníhem traktatu?
-- Jego struktura, Szczygło, jego ukryta struktura, dokonująca się i przygniatająca nas czy tego chcemy czy nie. Jego samomitologizacja, która staję się prawdą w akcie mitycznego myślenia.  Niby kompletny prawny gniot, ale będzie jednak obowiązywać.
-- Czy zachodzi wobec tego potrzeba ruszenia na ratunek Pradze?
-- Przez jakiś czas to ja się w ogóle nie będę teraz ruszał. Były wice-dyrektor Bumaru, przy tym człowiek Macierewicza, Szatkowski, prawdziwy
silovnik, jak trzeba to i po pysku da w ciemnym pomieszczeniu zupełnie bez powodu, zawiaduje teraz telewizją, która w naszych czasach jest elementem ściśle strukturalnym, można powiedzieć, tej struktury najważniejszym elementem. Lubię moją prezydenturę, nie lubię jednak, że ludzie nie lubią mnie. Wobec tego nie będę na pole w ogóle wychodzić. Nic nie próbujcie mówić, dość już tego, przecież umysłowość macie w sumie dziką, w niczym osobowości żoliborskiej nie przypominającą.
-- Jestem zdolny do abstrakcyjnego myślenia. Znam czterdzieści sześć odrębnych terminów na bezpieczeństwo.
-- Jakie to niby, wewnętrzne, zewnętrzne, energetyczne, żywnościowe, zdrowotne, edukacyjne, co jeszcze?
-- Od powietrza, głodu, ognia i wojny, i od Szatana, który w dom przychodzi i dusze zwodzi, od zdrady, od nagłej i niespodziewanej śmierci...
-- Tak to można bez końca,
od dodając, od dwutlenku węgla, od dyskryminacji kobiet, od protekcjonizmu, od środowiska degradacji. Dziką macie osobowość, dziką. 
-- Wolałbym
nieoswojoną raczej niż dziką, panie prezydencie. 
-- Też mi różnica. Co się niby oswaja, jeśli nie dzikość. A nowych zagrożeń się uczcie, nie jesteśmy już niepodległym państwem.
-- Dlaczego nie powiadomiono o tym BBN?
-- Bumar teraz tym się bezpośrednio zajmie. Poza tym, jak bym to ogłosił, to by tu Czesi zaraz wkroczyli.
-- Deprese je s vámi pravděpodobně, pane prezidente.
-- Pro malou míru, prodal své vlastní zemi.
-- O nezávislosti může bojovat.
-- Bumar teraz tym się bezpośrednio zajmie, ze strukturą, Szczygło, tylko strukturą można walczyć.

 

Vackav Klaus i Lech Kaczyński


04:52, balsamlomzynski
Link Komentarze (9) »
wtorek, 03 listopada 2009

 

Przesłuchanie Barosso przez Kaczyńskiego, Maciarewicza i innych

Jak wygląda piątkowy wieczór europosła Frakcji Konserwatywnej i Reformatorskiej, sceptycznego wobec idei europejskiej, a więc poniekąd wobec samego siebie?

Jeśli jest to poseł angielski, tłumaczy się prasie z powodów, dla których przewodniczącym jego frakcji jest polski neonazista; jeśli jest to poseł węgierski reprezentujący MDF, myśli o pośle czeskim z ramienia ODS; jeśli jest to poseł czeski, mówi sobie:
Já jsem hlupák a pokrytec. A jeśli jest to poseł polski?

Piątkowy wieczór jest dla Michała Tomasza Kamińskiego czasem refleksji nad konserwatyzmem i reformizmem. Do snu kołysze polskiego posła obraz pełnego godności spółkowania z białym orłem o osobliwie zakrzywionym nosie, któremu korona spada przy każdym poważniejszym pchnięciu zadawanym przez nierówno upierzone lędźwia żarłocznego ptaka.

Niedługo po północy dla europosła wybiła jednak godzina zero. Zadzwonił starannie odłożony telefon i przemówił głos, który na szefa frakcji działa jak wizyta w Brukseli boskiego Zapatero:
-- Rue de Sols 27, na wprost dawnego Instytutu badań Społecznych i Ekonomicznych. Tylko niech cię nikt nie rozpozna.

Prezydent RP przybył na szczyt nie po to by chrzanić o klimacie, w którego istnienie nie wierzył, nie po to by pieprzyć o radzeniu sobie z kryzysem, którego nigdy nie było, ale po to by przedstawić swoje stanowisko, w miarę możliwości bez wysłuchiwania stanowisk innych osób, w sprawie roli i kompetencji przyszłego prezydenta Unii. Nie oczekiwał, naturalnie że nie oczekiwał, że ktoś zasugeruje jego kandydaturę, ale gdy to nie nastąpiło, poczuł głębokie ukłucie. Miał już, mówiąc całkiem szczerze, wobec Brukseli pewne plany, widział tu mianowicie potrzebę zdbudowania niejednego interaktywnego muzeum. Głęboko urażony oddalił się do swoich posiadłości jeszcze przed kolacją. O urazie, jak zwykle wiedziała tylko Marie, która zamknęła się z szydełkiem w Antyszambrze. Prezydent nie miał obyczaju o swoich uczuciach mówić, uważał bowiem, że świadczyły o nim czyny.  Pozostawił natomiast swojemu zapleczu, którego był przecież wiernym zakładnikiem, pełną swobodę działania.

To dlatego José Manuel Durão Barroso został porwany.

Przywódca frakcji Reformatorów i Konserwatystów schował łzy, które ronił ostatnio z osobliwą łatwością, pod trzema warstwami pudru All Skin Tones Translucent 1640, którego sporo poszło na obszerną twarz posła; zaróżowił policzki krwią z palca wskazującego, przywdział pierwsze lepsze pióra i zapomniawszy naszminkować usta wymknął się przez nowoczesny garaż hotelu dla europarlamentarzystów.

Brukselskie kurwy żyją z Europy, ale podobnie jak Frakcja Konserwatystów i Reformatorów nie lubią idei europejskiej i Kamiński mógł bezpiecznie olśniewać dopiero pod kościołem garnizonowym na Placu Królewskim.
-- Jak się zwiesz eurokurwo?
-- Nazywam się Sara i może mnie mieć tylko orzeł.

Znużony do granic wytrzymałości reżyserowanym napięciem europejskich szczytów
José Manuel Durão Barroso pragnął jeszcze przed sobotnim świtem dotrzeć w São Pedro de Penaferrim, skąd miał tylko kwadrans meleksem do słynnych pół golfowych Penha Longa, na której zielone pola pierwszy hieronimita dotarł w 1355 roku. Dobra zakonników znacjonalizowano zaledwie pięćset lat później. Penha Longa stała się własnością okrutnego marszałka Duque de Saldanha, który zakupił ją za zaledwie dwadzieścia jeden tysięcy rejsów, ale nigdy nie zaszczycił perły Sintry swoją obecnością.  Sebastiāo Pinto Leite, skądinąd książę tego regionu i wicehrabia innego, Gandarinhy,  człowiek niezwykłej jak na Gandarinhę łagodności, uzyskał rodzinną poniekąd ziemię czternaście lat później. Piękna, ale niewierna Clementina Libania Pinto Leite, która nigdy nie zostałaby wicehrabinią gdyby nie korzystne małżeństwo, odziedziczyła Penha Longę po łagodnym wicehrabii.  Już jednak w 1921 roku sprzedała ją za pieniądze własnemu zięciowi Joāo Pinto Leite, wiceksięciu Olivais. Wiceksiąże to wprawdzie lepiej niż baron, ale gorzej niż angielski earl. Penha Longa wpadła na blisko pół stulecia w ręce sędziów, albo ich potomków, między innymi Luisa José Pires Soromenho, zwanego nienasyconym i Jorge Correia de Campos, zwanego glutão. Synowie tego ostatniego w 1987 roku sprzedali nieruchomość japońskiej korporacji budowlanej. A przecież trzysta lat wcześniej, Japońscy studenci z pierwszych chrześcijańskich rodzin kraju kwitnącej wiśni, pojawili się w Penha Longa pewnego pogodnego popołudnia. Następnego poranka przebrali się w tradycyjne stroje japońskie i przypasali zdobione mecze by spacerować po terenach przyklasztornych.

Penha Longa jest obecnie własnością Deutsche Bank. 

Przewodniczący Komisji Europejskiej nie dotarł jeszcze nawet do połowy schodów prywatnego embraera 145, kiedy schody ruszyły, pozostawiając zupełnie nowy samolot, jego czteroosobową załogę i piękną Sylvię van der Vaart, która śmiała się okrutnie, na niewielkim lotnisku wojskowym w pobliżu głównej kwatery NATO przy bulwarze Leopolda III.

Barroso nigdy niczego poza komplikacjami po Europie nie oczekiwał. W szczególności nie spodziewał sie popularności i szacunku. Jednak zakres obojętności Europejczyków na los najwyższego urzędnika upadającego porządku nicejskiego przerósł nawet liberalną obecnie wyobraźnię Portugalczyka. Wieziono go ku Placowi Royal, ale okrężną drogą, przez królewskie Leaken, którego ideałom Barroso sprzeniewierzył się, całym sercem popierając niejasny i oddalający europejskie instytucje od europejskich obywateli traktat lizboński.

Barroso nie mógł odrzucić tezy o zasadności poniżenia jakie go spotkało. Pchający schody na kółkach szaleniec domagał się skrzypiec lub śmierci, policja pozostawała taktowna i wyrozumiała, a wielokulturowi przechodnie co najwyżej pukali się w głowy. Perspektywa ostatecznego ratyfikowania traktatu lizbońskiego zastawała Europę w stanie osobliwego zobojętnienia.

Ze schodów, Przewodniczącego zrzucono do wnętrza nieczynnej i zatęchłej Cafe Park położonej przy stromej, pnącej się ku Placowi Królewskiemu Rue Revenstein.  Tam na porwanego czekało trzech oprawców z tłumaczem.  Przez tylne drzwi knajpy powleczono Przewodniczącego w brudne alejki obok zbudowanego w stylu brabanckiego gotyku i na szczęście dawno już nieczynnego hotelu Rivenstein, a następnie tunelem do pogrążonego w ciemnościach zaułka Rue des Sols. Od czasu gdy José Manuel palił tu ostatnio cygaro, okolica podupadła i zaułek zmienił się z dzielnicę ubogich transwestytów ze wschodniej Europy, których nie stać było nawet na porządną szminkę. Na wprost remontowanego obecnie instytutu, gdzie przez lata prowadzono jałowe i niekonkluzywne badania nad dawno nieistniejącym społeczeństwem, stała teraz otyła ladacznica w okularach. Chciał poprosić ją o pomoc, ale czuł, że jeśli go źle zrozumie, spotka go los okrutniejszy niż ten, którego spodziewał się doświadczyć z rąk oprawców.

Portugalczyka umieszczono w ciemnym pokoju, w którym znajdowały się jedynie puste butelki po białym winie węgierskim i szczątki ryb morskich. Nie zdążył jeszcze sprawdzić wytrzymałości krępujących mu dłonie więzów, gdy przybyło trzech ludzi i tłumacz. Przywódca porywaczy był energiczny i bardziej okrutny dla swoich podwładnych, aniżeli dla porwanego. Inny z oprawców był kobietą. Trzeci, najwyższy i najchudszy, ale nie najważniejszy, przypomniał Przewodniczącemu czasy sprzed rewolucji goździków, które to czasy sprawiły, że zwątpił w demokrację i na moment stał się maoistą.

Energiczny oprawca zakomunikował, że w świetle ostatnich decyzji istotnych przywódców europejskich, czuje się Europejczykiem, jest więc w Brukseli na prawach gospodarza i Przewodniczącego wita.
-- Ja też państwa serdecznie witam w stolicy zjednoczonej Europy. Zarazem serdecznie przepraszam za sprzeniewierzenie się ideałom z Leaken. Zapewniam państwa, że nastąpiło wielkie nieporozumienie, gdyby nie chore ambicje Francuzów, ten nieszczęsny Giscard d'Estaing! Nie można było przecież przewidzieć, że lata pracy konwentu zrodzą coś tak absurdalnego.

Histeryczny śmiech kobiety w kapeluszu nie wróżył niczego dobrego.

Jako pierwszy pytał ten sprzed rewolucji goździków:
-- Co pan robił między rokiem 1355 a 1834?
Ze zrozumiałych powodów Barroso milczał i zadano mu pierwszy cios otwartą dłonią w tył głowy.
-- Kto wycenił Penha Longa na zaledwie dwadzieścia tysięcy rejsów?
Padł drugi cios i José Manuel zobaczył swoją matkę idącą ku migotliwemu morzu.

Następnie do roboty wziął się oprawca energiczny. Pobił przewodniczącego zanim zgodził się zadać pierwsze pytanie:
-- Dlaczego nie zaproponowano mojemu bratu prezydentury Unii Europejskiej?
Barroso nie usłyszał, albo nie zrozumiał prostego w końcu pytania.

Najgorsza była kobieta, która po prostu biła, o nic nie pytając. Dzięki temu jednak, zakrwawiony i na wpół nieprzytomny Barroso domyślił się wreszcie, że to Polacy:
-- Jeśli chodzi o kandydaturę pana Lewandowskiego, to nie ma powodów do niepokoju, z całą pewnością zostanie zaakceptowana.

Wtedy do bicia włączył się nawet tłumacz i Barroso nie rozumiał już nic. Chudy polał przewodniczącego cuchnącą wodą z wiadra pokrytego obitą emalią:
-- Domagamy się ujednolicenia europejskiej podejrzliwości w kierunku antykomunistycznym, jebany maoisto. Domagamy się ustanowienia jednolitej europejskiej służby tajnej, na czele której stanie Mario.
-- To niewątpliwie zdolny i doświadczony człowiek, ceniący niezależność, szanujący prawo i bezstronny w ocenie zagrożeń.

Ciosy, które nań wówczas padły, uzmysłowiły Portugalczykowi, że w ten weekend jego spuchnięte oczy nie ujrzą rozległych łąk Penha Longa.

Eurowhore


Fotomontaże i część czeska tekstu: Honzo.


09:31, balsamlomzynski
Link Komentarze (11) »
piątek, 30 października 2009

Ostatnim miejscem w stolicy Europy, gdzie Jose Manuel Barroso mógł bezpiecznie zapalić cygaro, nie łamiąc zarazem zainicjowanych przez siebie dyrektyw, był niewielki zaułek Rue des Sols, ślepa uliczka w okolicy Placu Królewskiego, rzut kamieniem od kościoła garnizonowego Sain Jaques sur Coundenberg. Stojąca pod wiatr piękna asystentka Portugalczyka, Sylvie van der Vaart była jedyną osobą, która wiedziała o drobnych słabościach niegdysiejszego maoisty. Barroso kaszląc łapczywie łykał gryzący dym:
--  Nie odróżnia Holendrów od Duńczyków, klimatu od klimatyzacji, woli Ałma Atę od Antwerpii, a jednak przyjeżdża, choć będzie tu premier jego kraju. Jak myślisz, dlaczego on mi to znowu robi, Sylvie?
-- Nawet Czesi nie rozumieją motywów delegacji polskiej, Jose Manuel. Nie niepokój się jednak, pamiętaj, że szczyt organizuje prezydencja szwedzka, a nie Komisja.
-- Delegacja polska może tego nie rozumieć, van der Vaart.

Nikt nie zamierzał czekać na rosyjski samolot, z łaski udostępniany prezydentowi przez liberalnego premiera i jego gdańskich popleczników. Remontowany od trzech lat, a następnie przechowywany w siedzibie dowództwa wojsk lądowych w ruinach Cytadeli samolot F16, wykradziono nocą przy użyciu zmysłowego pocałunku złożonego przez Marie na ustach dymisjonowanego generała wojsk lądowych Skrzypczaka oraz innych korzyści wyświadczonych przez Skrzypczaka na rzecz dowódcy obrony przeciwlotniczej kraju. W nadrzecznych zaroślach w okolicy Cytadeli wędkarze widzieli też podobno pełnomocnika do spraw informacji niejawnych BBN, Sylwestra Ż.

Samolot holowano z największą ostrożnością opustoszałą o tej porze Dymińską, Krajewskiego, do ciemnych wód Wisły. Kiedy okazało się, że jednostka jest szczelna i unosi się na wodzie, zapakowano doń broń białą, kosze ze skromnym żołnierskim posiłkiem, wino Egri Bikawer Gold Line, biały Tokaj Furmint, gdyby była ryba, rakietę SM3, oraz prezesa banku centralnego Sławomira Skrzypka. Prezydent siedział w samolocie cały czas, również w trakcie mozolnej wędrówki amerykańskiej maszyny w kierunku rzeki.
-- Znam te okolice, macie tu do Wisły cały czas z górki.

Marie wrzuciła do wody bukiet jesiennych kwiatów i odeszła nie roniąc łez. Jej niepokój uśmierzył łagodny szum ukochanej rzeki.  A Wisła była tej nocy spokojna, choć pełna życia. Po latach nieobecności wróciły nokturnalne węgorze europejskie, białobrzuche kiełbie, mięsistouste brzany, gustujące z wiekiem w samotności klenie, zawsze samotne sandacze, miętusy, których żarłoczność narasta z nadejściem zimy, oraz wpuszczony do Wisły dla jaj w podbydgoskich Chmielnikach pojedynczy jesiotr.

Kiedy do mostu gdańskiego zbliżył się z hukiem ostatni tego dnia pociąg z Kielc, Szczygło z największą ostrożnością przeprowadził F16 miedzy stalowymi przęsłami. Junczyk, która kochała kąpiele, ale pływała zbyt brawurowo, miała większe trudności i przęsło jękło jak pod presją kry. Nad głowami śmiałków, na dolnym poziomie mostu gdańskiego czekał na tramwaj osowiały od ciemności i lepkiej październikowej mgły samotny pasażer. Wychylił się przez barierkę i bardzo zapragnął kogoś wezwać, ale rozpoznawszy prezydenta, zamarł z niemym wołaniem na znużonym długim dniem obliczu.

Przepłynięcie pod mostem Grota-Roweckiego nie stanowiło zagadnienia. W okolicach Łomianek, Szczygło zapuścił silniki. Jak odbijający się nogami od lustra wody ciężki żuraw, F16 długo walczył o powrót do systemu obrony przeciwlotniczej kraju. Chociaż lwią część uzbrojenia i osprzętu jednostki rzeka Wisła uniosła do Morza Bałtyckiego, amerykański odrzutowiec wzbił się w przestworza nad jednoczącym się kontynentem. 

Ostateczna krystalizacja strategii negocjacyjnej tak zwanej prezydenckiej części delegacji RP ukształtowała się nad Dreznem. Czasu było niewiele, bo F16 był szybki, a być może po prostu niesprawny, w każdym razie nie było jasne czy spada, czy tak ma być, czy też Szczygle w kokpicie oblodzony drążek nieco się wymyka. 

Jako pierwsza, strategię negocjacyjną sformułowała lecąca piechotą Junczyk-Ziomecka.  Nie znała się na dyplomacji i nie wiedziała po co leci, ale tylko ona mówiła w jedynym języku, w którym formułuje się poważne strategie europejskie: 
-- Violoniste o muerte!

Pokonując opór rześkiego strumienia sprężonego do granic wytrzymałości niemieckiego powietrza, wezwanie Ziomeckiej podjął siny z zimna prezydent i jego wierni urzędnicy:
-- Skrzypek albo śmierć!

Niepokój Skrzypka prezydent rozwiał osobiście:
-- Nie dam Lewandowskiemu prywatyzować Europy, którą zjednoczyłem z takim trudem i wbrew moim najgłębszym przekonaniom. Jeśli nauczył się pan makroekonomii w pół roku pod Chicago, to reguł tworzenia budżetu unijnego nauczy się pan w samolocie. Proszę po prostu nie tracić czasu na liberalną propagandę. Bugaj mówi, że najważniejsze jest, żeby stopami nie ruszać za często.
-- Tym zajmuje się Jean-Claude Trichet.
-- Widzę, że pan już to i owo kuma.

 

14:18, balsamlomzynski
Link Komentarze (29) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne