RSS
wtorek, 17 listopada 2009

La petite apocalypse

Prezydent przeziębił się ponieważ wyszło na jaw, że chcą zburzyć Pałac Kultury. Jak się dowiedział, bez zbędnej zwłoki część straży sprytnie wyminął, część obrzucił wyzwiskami i wprost ze zbudowanego jeszcze za Kwaśniewskich ogrodu zimowego zbiegł truchtem do garażu szukać kanistra. Najbardziej mu się spodobał niebieski, o pojemność pięciu litrów. Opuszczał już prawie garaż, ale w progu stała Marie.
-- Dokąd, nocą, w szlafroku?
-- Widzę, że chcą zburzyć pałac, Marie.
-- Wygłoś orędzie, albo zawetuj.
-- Wprost pałacu bronić mi nie wypada, bo stalinowski, ale bez pałacu to miasto umrze.
-- Jak się pod pałacem spalisz, to się miasto tylko ucieszy.
-- Nad formą protestu zastanowię się po drodze, pokonując rozmaite trudności i konfrontując się z przeszłością. Wiesz przecież Marie, co mam na myśli, nawet Stasiak tę książkę podobno czytał.
-- Idź, ale znajdź najpierw ciepłą i, jeśli się upierasz, łatwopalną odzież.

Miast jak zwykle użyć tajnego przejścia północnego prowadzącego do ogrodów BBN, prezydent wymknął się przez taras, a potem dyskretnym przejściem podziemnym po stronie wschodniej, prowadzącym do magazynów odzieży roboczej i ochronnej Wyższego Metropolitarnego Seminarium Duchownego Jana Chrzciciela. W magazynie przechowywano przede wszystkim czarne rewerendy sięgające kostek, broniące przed złymi myślami białe humerały zwane też „hełmami zbawienia”, nakładane najpierw na głowę, a potem, zwijane wokół szyi jak szal; damsko-męskie alby pełniące funkcję ni to biustonosza ni to kaleson, ale funkcjonalnie przeciwstawne działaniom złych mocy; zielone cingula, czyli sznurkowe paski z frędzlami sygnalizujące wstrzęmięźliwość i spinające luźne na ogół alby; ornaty, kapy i ekscytujące pozareligijną wyobraźnię duchownych białe ministranckie komże. Prezydent pobrał ornat, przepasał się zielonym cingulum i wbrew wskazaniom Ceremoniale Episcoporum, pektorał włożył na ornat, choć powinien odwrotnie, tak by krzyż pektorału był jak najbliżej serca. W ostatniej chwili wziął jeszcze manipularz z purpurowego atłasu służący duchownym wysokiej rangi do dawania znaku, że ceremoniał może się już zacząć.

Wydało mu się teraz, że przeziębienie mu nie grozi, i że łatwo wtopi się w tłum. Ledwo wygramolił się przez okienko magazynu, ledwie przebiegł chyłkiem przez ogrody seminarium i wydostał się na zawsze pustą z powodu bliskości Szczygły Furmańską, dostrzegł wspartego o wysoki mur człowieka skądś sobie znanego, z pewnego punktu widzenia łagodnego i niewinnego, ale pod innymi względami znowu gwałtownego i pierwotnego, jak stopniowe zarastanie jezior, albo usuwanie nieczystości ze statków wycieczkowych wprost w głębie morskie. Prezydent zabulgotał groźnie kanistrem.
-- Kim pan jest?
-- Byłem kiedyś kierownikiem telewizji. Teraz jestem dziennikarzem, ale nade wszystko autorem najgorszej książki napisanej w tutejszym języku. Będę panu w ostatniej drodze towarzyszyć ponieważ pańska prezydentura podzieli losy mojej książki.
-- Skąd wiadomo, że książka była najgorsza?
-- Czułno zwlókł się i z rozpaczą zorientował, że w domu nie ma już nic do picia. Musiał żłopać paskudną wodę z kranu, która może nie byłaby taka zła, gdyby nie jego nastawienie. A nastawienie miał fatalane.* Poniosę panu kanister,  panie prezydencie.
-- Jezus Maria!
-- Daniel podniósł głowę i popatrzył prosto, wycelował w niego szarą twarz ze sterczącym dziobem nosa na tle dwóch wież kościoła w spirali ptaków.

Prezydent tym spieszniej przeskoczył Krakowskie, im bardziej autor książki nastawał; dzięki temu w try miga dotarł na plac Piłsudskiego, gdzie skądinąd często bywał. Było tu mgliście, ponuro i trwożnie. Prezydent otarł czoło haftowanym manipularzem i spojrzał dyskretnie za siebie. Autor raził z pewnej odległości.
-- Biała przestrzeń otwierała się nad nim i wokół niego. Wciągał go powietrzny lej. Maria znikła.
-- Na miłość boską!

Prezydent ruszył gwałtownie w kierunku Parku Saskiego, umieścił na chwilę na ławeczce kanister żeby ciaśniej związać
cingulum, a potem, już gotów do dłuższego biegu, puścił się Senatorską, przez Plac Bankowy. Były kierownik telewizji nastawał, prezydent spojrzał dość ciepło na rzęsiście oświetloną fasadę pałacu Mostowskich, a potem zagłębił się w stalinowskie zakamarki dawnej ulicy Nowotki.
-- Im głębiej Czułno wgryzał się w sprawę, tym bardziej się angażował.

Niby już nie było z czego krzesać, a prezydent jeszcze bardziej przyspieszył i, w kontekście zbliżającego się szczytu energetycznego w Kopenhadze, zadumał się nad właściwościami pędnymi grafomanii. Samą redakcją Rzeczpospolitej można by napędzić pół Ukrainy, która przecież na literaturze doskonale się zna.  Snując te rozważania, prezydent dotarł do tymczasowego wiaduktu nad Dworcem Gdańskim i parę razy podskoczył, żeby sprawdzić czy się dobrze trzyma. Był w każdym razie wreszcie u siebie, na starym Żoliborzu, gdzie mieszkała wyłącznie inteligencja. Spoczął pod pomnikiem 1 dywizji pancernej gen. S.Maczka, przez uczniów okolicznego zespołu szkół zwanego pomnikiem orła srającego w locie. Ledwo zasiadł, zza pomnika wychynął rzecznik praw obywatelskich i jął pobierać prezydentowi wymaz z gardła.
-- Zramolali starcy niespełnieni w normalnych rolach życiowych zapadają łacniej. Jeśli pan chcesz tu przebywać, dawaj pan wymaz.
-- Na rany Chrystusa!

Prezydent biegł przed siebie, ale teraz już rychło zasłabł, bo kanistrem nie szło machać z dostateczną swobodą. Skrył się w przychodni rejonowej na Felińskiego. Na parterze siedziało dwóch szatniarzy, którym od dwóch lat nie wolno było palić. Aż dziw brał, że w maleńkiej szatni mieści się aż dwóch, chociaż kto wie, może jeden tylko był portierem, a drugi na przykład rzecznikiem prasowym przychodni. Płaszczy w każdym razie nikt im nie powierzał. Doświadczeni pacjenci bardzo w tym miejscu przyspieszali by okrycia wierzchnie przy sobie zachować. Ci co nijak przyspieszyć już nie mogli, nakładali wierzchnie pod spód. Ponieważ prezydent miał pektorał na wierzchu, a ornat pod spodem, przemknął się nie wzbudzając podejrzeń szatniarza i jego domniemanego rzecznika.

Świątobliwy z wyglądu mąż z niebieskim kanistrem wstępował dostojnie ubożuchną klatką schodową wyposażoną w wąską poręcz wyściełaną przedawnionym igielitem i ozdobioną lamperią wpisującą się jak niezabliźniona rana w najtrudniejszy okres w historii Żoliborza. W korytarzu na piętrze siedziało ze czterdzieści pogodzonych z losem osób starszych, niezamożnych, odartych z godności i kaszlących ukradkiem w łagodnym półobrocie. Zły pisarz i prymitywny rzecznik byli już niestety na miejscu. Rzecznik mówił pisarzowi, że przemoc wobec dzieci obniża koszta leczenia w wieku starczym, a pisarz niepokoił zdumiewająco uprzejmą recepcjonistkę:
-- Rano następnego dnia Wilczycki obudził się z wyschniętym gardłem i pękającą głową w ubraniu obok kanapy.
-- Boże święty! Pierwszy numerek na dziewiątą na początek marca, a numerków, zapewniam pana, praktycznie w ogóle nie mamy.

Prezydent zasiadł tuż pod gabinetem doktora M. Gładząc manipularz mniemał, że mu się uda wkręcić. Nie protestowano, bo nikt od dawna nie wszedł, a jakby nawet zaczęli wpuszczać to przecież nie wedle szkodliwości społecznej tylko wedle numerków. Na krześle na wprost siedziała osoba w oczywisty sposób inteligencka, dysząca, z odzieżą wierzchnią pod spodem, prawie z przegrzania nieżywa, ale wciąż sprawnie narzekająca:
-- Czy i panu doskwiera niewydolność wątroby?
-- Zapalenie orędzia, nie mogę się wysłowić inaczej niż poprzez spolegliwych dziennikarzy. Dlaczego nie wpuszczają?
-- Pacjentka siedzi u doktora M. już drugi tydzień. Zdobyła numerek i chce mu teraz wszystko opowiedzieć. Jest tyleż chora, co samotna, jak wszyscy, ale jak tak można lekarza publicznego blokować? Do prywatnej przychodni iść, albo w ogóle do którejś z osób duchownych, takich jak pan. A jaka to denominacja, jeśli można wiedzieć?
-- Nic się nie da zrobić, żeby przyspieszyć?
-- Podobno lekarz współczesny polski, niewłaściwie jest motywowany na skutek częściowo i niesłusznie przeprowadzonych reform. Trwający w NFZecie pacjenci są coraz biedniejsi i coraz bardziej chorzy, co w niektórych lekarzach wywołuje impuls judymowski, czyli litość fragmentaryczną i ni stąd ni zowąd. Doktor M. tych, co już weszli z numerkiem traktuje dobrze, natomiast wobec oczekujących pod drzwiami odczuwa obojętność, albo i co gorszego. Z doktor D. jest zdaje się odwrotnie.
-- Gardzi tymi w środku?
-- Wszystkimi gardzi.
-- Należy więc kontynuować reformy.
-- Ten złośliwy troll wszystko blokuje i nic się nie da zrobić do przyszłej jesieni. Po prawdzie, jakby nie blokował, byłoby jeszcze gorzej. Innej drogi jednak nie ma. W tym kraju wszystko trzeba najpierw rozpieprzyć, a potem od nowa budować. Nasza administracja nie potrafi inaczej.  Z tych samych powodów chcą zburzyć Pałac Kultury i Nauki.
-- Boże!

Prezydent schował wystający spod ornatu rąbek alby i ruszył w otchłań dnia listopadowego, a za nim grafoman i zamordysta. Grafoman milczeć nie potrafił:
-- Nie sposób przewidzieć wydarzenia, które za moment zmieni nasze życie. Wchodzimy na rynek od ulicy Szewskej i idziemy w kierunku przeznaczenia, które pod postacią innej osoby nadchodzi juz z drugiej strony Sukiennic.
-- Święci Pańscy!

Prezydent na powrót znalazł się pod pomnikiem, a potem zbiegł po schodach ku zgniłozielonym i błotnistym przestrzeniom na dnie fosy wokół cytadeli, gdzie oszalali z samotności i zagubienia mieszkańcy okolicznych bloków wojskowych wypasali psy wielkości cieląt.

Wsparta już o srebrny świerk posadzony jeszcze za czasów generał-policmajstra Andrieja Storożenki, stała piękna z boku i z daleka, ale z żadna młoda, kobieta w rosyjskiej czapce dookolnej, obuta w kozaczki; spowitą w czerń dłonią dociągała połę płaszcza do wydatnej grdyki, położonej tuż poniżej obszernych, tradycyjnych ust polskich, zwartych w nienawistnym uśmiechu. Na widok ten powiało grozą.
-- Poniosę panu kanister, panie prezydencie.
-- Niech pani nigdy nie odbiera mężczyźnie benzyny. Proszę wreszcie doradzić mi coś, co się kupy trzyma.
-- Czy chodzi o przemoc strukturalną instytucji współczesnej cywilizacji?
-- Chodzi o pałac, którego wprost, jako dziedzictwa komunistycznego bronić mi nie wolno.
-- A zatem auto-da-fé w przypadkowo wybranej lokalizacji symbolicznie nawiązującej. Parking przed szpitalem bielańskim?
-- A cóż mi to da?
-- Z pewnością pana nie zauważą i nie udzielą pomocy.
-- Czy nie ma w pani żadnego współczucia?
-- Nieliniowość sieciowej regulacji procesów niszczy wspólnie przeżywaną przestrzeń symboli. Indywidualne wędrowanie w wirtualnych przestrzeniach koroduje potrzebę odbudowania [tej] przestrzeni.
-- Jezusie Nazareński!

Wdrapał się na fosę koło wiecznie przepełnionych śmietników przy Dymińskiej i ruszył na powrót do śródmieścia; przeżył po drodze szereg zapaści na zdrowiu i zwykłych, ludzkich chwil zwątpienia. Ilekroć padał, pobierano wymaz. Rondo Babka trzy razy obchodził w niezdecydowaniu, a za nim szedł pozbawiony talentu autor, rasistowski i antyludzki rzecznik oraz wściekle antykomunistyczna, kryptyczna wizjonerka. Prezydent chciał już ze wszystkiego zrezygnować i iść do domu. Autor jednak nastawał:
-- Pozostawała zimna pustka mieszkania, która otworzyła się przed nim niechętnie. Niemal odruchowo poszedł do baru. Siadając na kanapie i popijając whisky pomyślał, że mimo zmęczenia nie zaśnie.

Gnany okrutnym cytatem, wnet dotarł na marmurowe przestworza wokół Pałacu Kultury. Zbliżał się moment rozstrzygnięć. Prezydent ogarnął wzrokiem urocze gmaszysko.  Tamci też już tu byli:
-- Ciemne postaci wyroiły się dookoła. Spod ich gładkich masek słychać było śmiech. Były coraz bliżej, ciaśniej.

Najgorsza powieść w języku polskim, wysoka gorączka i kontakt z NFZ sprawiły, że prezydent miał wizję. Zoczył mianowicie, że gmaszysko ma kształt odwróconego krzyża. Ujrzał pałac odwrócony i unoszący się delikatnie pod łagodnym skrawkiem błękitu, wsparty na nogach dziewicy naszej, polskiej, ale już po europejsku gotowej. Ujrzał PKiN jako część dziewictwa narodu, którego nie trzeba podpalać, które trzeba obrócić i jako krzyż przed Europą bronić. Potrząsnął manipularzem i śmiało spojrzał na pisarza, który nie zorientował się jeszcze, że samobójstwa nie będzie:
-- Siwicki rzucił się rozpaczliwie głową w przód, ale mężczyźni przytrzymali go, za ramiona wciągnęli na biurko i wreszcie, pomimo oporu, wepchnęli mu głowę w pętlę. Nogi Siwickiego przebierały w powietrzu szukając oparcia, postać podskakiwała na sznurze, aż człowiek na biurku opadł mu na ramiona, całym ciężarem przyciskając do dołu. (...) Ręce Siwickiego ciężko opadły wzdłuż ciała. „A to śmierdziel” powiedział, zeskakując z biurka i zaciskając nos mężczyzna w mundurze. Spoglądał na nogawki Siwickiego, spod których po prążkowanych skarpetkach i wyglancowanych butach na wzorzysty dywan ściekał rzadki kał.
-- Czy pan zamierza coś jeszcze napisać?
-- Pracuję nad powieścią. „Czas niedokonany”, bo tak roboczo nazwałem powieść, rozpoczyna się we wrześniu 2008 roku na giełdzie nowojorskiej na Wall Street, ale zaraz potem zanurzam się w historię i opowiadam dzieje dwóch rodzin, poczynając od roku 1906.
Prezydent wesoło zabulgotał kanistrem:
-- Przykro mi, ale do tego dopuścić nie mogę.

Pomnik dywizji pancernej

Kaczyński i Widlstein

Fotomontaż na początku notki: HONZO

http://dolinanicosci.salon24.pl/91612,odcinek-osiemnasty

15:21, balsamlomzynski
Link Komentarze (42) »
czwartek, 12 listopada 2009

Wykład prezydenta w szkole biznesu w N., gdzie fikcja prywatnego polskiego szkolnictwa wyższego od wielu już lat miesza się z jego pożałowania godną codziennością, nie mógł przebiec dobrze. Pogadanka dotyczyła ekonomii i nie odbiegała poziomem od typowych zajęć aplikowanych tu na co dzień studentom, ale to właśnie wkurwiło młodą publiczność najbardziej. Im bardziej prezydent dukał, czytając z kartki wierutne bzdury o antykryzysowych zasługach obecnego prezesa banku centralnego i pozbawione elementarnej wiarygodności komunały o potrzebie usprawnienia państwa, tym mniej litości publiczność miała dla bełkotliwego mówcy. O poważniejszym geście protestu nie mogło być oczywiście mowy, studenci szkół prywatnych bardzo są bowiem karni, ale nikt ze zgromadzonych nie zdobył się na najlżejszy bodaj gest życzliwości. Spojrzenia pozostawały nieprzeniknione, lodowate, drwiące, a nawet fałszywie zatroskane; dwie studentki w czwartym rzędzie chichotały neurotycznie. Jak każdy zły mówca, prezydent więcej wagi przywiązywał do tych chichotów, niż do sensu własnych słów.


Schodząc z podium pośród anemicznych oklasków, prezydent uświadomił sobie, że do fałszywych działaczy związkowych, którzy lekceważyli go co najmniej od października, i do niezupełnie jak się okazało odpornych na nowinki ze świata Podhalan, którzy wypowiedzieli mu posłuszeństwo wczoraj, dołączyła młodzież skażona grzechem pierworodnym niedostania się na porządne uczelnie, i której przysługiwała teraz tylko tragiczna wolność płacenia czesnego w zamian za produkt podrobiony i nieświeży.


Prezydent liczył, że jego ból w jakimś zakresie uśmierzy rozmowa z zawsze wymowną, karminowoustą profesor doktor habilitowaną S., gwiazdą nieodzownego z punktu widzenia potrzeb lokalnego rynku pracy wydziału nauk politycznych szkoły w N. Niestety, leciwa muza czwartej rzeczpospolitej, autorka tezy, że brat prezydenta dysponuje „piękną inteligencją” leciała tego dnia z Kalisza do Warszawy, gdzie musiała sprawować pełen etat w innej, prestiżowo ważniejszej uczelni, a potem ćwierć etatu w innym, fikcyjnym skądinąd państwowym instytucie badawczym, i być w bóg wie ilu innych mniej lub bardziej fikcyjnych
loci powolnego obumierania nauki polskiej. Na jej usprawiedliwienie można powiedzieć, że profesor S. nie było tego dnia nie tylko w N. 

Był natomiast profesor K., szef jednoosobowej Katedry Badań nad Przyszłością Europy, jednostki kluczowej dla każdej szanującej się szkoły biznesu położonej w obszarach podgórskich. W trakcie obiadu, prezydent śmiało i nietaktownie zagadnął profesora o przyszłość kontynentu, ale profesor, nie przymierzając zaledwie geograf gospodarczy, autor dwóch fundamentalnych prac z dziedziny przemysłu cegielnianego i cementowego, rozłożył ręce i zatrząsł emerytowanym od ponad dekady obliczem na znak, że w kwestii przyszłości Europy nic nowego nie udało się ustalić.

Do końca posiłku ostatecznie zbity z pantałyku prezydent chwytał powietrze jak umierający w plastykowej torbie karp. Z gorącego białego barszczu z grzybami w ogóle musiał zrezygnować z powodu trudności z regulacją oddechu.  Na prezydenta rzeczpospolitej spada kategoryczny obowiązek niesiorbania, i była to jedyna powinność, z której ów wywiązywał się przez całą kadencję i w całej rozciągłości. Na szczęście, poczucie humoru pozbawionych wdzięku i inteligencji naukowców, z których tylko co dwudziesty piąty mieszkał w N., było jeszcze gorsze niż salonowy uwiąd prezydenta.  Siedząca przy stole Marie rozluźniła się nieco uświadomiwszy sobie, że na bezrybiu szerokością horyzontów urzeka nawet umierający karp.

Ponieważ w konserwatywnym N. para prezydencka czuła się szczególnie swojsko, po obiedzie Marie zdołała przekonać męża do spaceru wzdłuż otaczającej N., na wpół górskiej rzeki.

Od bez mała trzech lat, w czasie wspólnych spacerów Marie nie mówiła nic, ściskała tylko męża znacząco raz na jakiś czas nieco powyżej łokcia, co jakiś czas na sekundę kładła mu na ramieniu głowę. On natomiast mówił bez przerwy. Jesienią, szczególnie w listopadzie, trudniej było go zrozumieć, bardziej był przygnębiony, seplenił, mamlał, broczył śliną, kaleczył słowa i połykał końcówki.
-- Mamy pewien kryzys patriotyzmu; ale były siły, nie można powiedzieć, że ich nie było, które patriotyzmu chciały, ale były też siły zapomnienia, siły nie tyle może silniejsze, ale mające łatwiejsze zadanie, bo zapomnienie nie wymaga tyle wysiłku. Kiedyś była defilada, a teraz jedynie przemarsz.  Żeby promować ten kierunek, trzeba się oprzeć pokusom, nie tylko materialnym, ale pokusie, żeby się podobać, żeby być popularnym. Czy nie sądzisz Marie, że mógłbym z powodzeniem twierdzić, że jestem niepopularny bo opieram się pokusie popularności?

Wszystko, co przychodziło jej do głowy w odpowiedzi, to słowa pocieszenia, których wypowiedzieć nie mogła, bo gdyby wydało się, że i ona w niego już nie wierzy, on sam ostatecznie przestałby wierzyć w siebie.
-- Począwszy od bitwy pod Połtawą, w jakimś zakresie nawet wcześniej, Polska była krajem nie w pełni niepodległym, w szczególności wobec Rosji. Też mamy swoje symbole, po cóż nam mur, mamy przecież jedenastego listopada, kiedy przekazano władzę wojskową wtedy jeszcze brygadierowi Piłsudskiemu; przedtem był gabinet lubelski, były rządy Rady Regencyjnej, to nie była jeszcze pełna niepodległość.  

Wciąż było ciepło i nadrzeczne łąki, choć śmiertelnie rażone niedawną jednodniową falą mrozu, broczyły jeszcze resztkami zieleni; opadły co roku poddające się bez walki liście brzozy; liście grabów ściemniały i przykurczyły z zamiarem dotrwania do końca.  Świerki niezasłużenie wypłynęły na pierwszy plan.

Zamiast skręcić na most i przejść przez rzekę ku staremu miastu, poszli dalej, aż do starego cmentarza, nad którym górował pomnik cadyka Chaima Helberstamma, chasydzkiego mistyka, który wsławił się interpretacjami talmudycznymi niezwykłej przenikliwości i zaciekłym uporem w zwalczaniu swojego konkurenta, cadyka z Sadogóry.

-- Jeśli jestem wolny, Marie, dlaczego ciągle powtarzam to samo? Myślisz, że nie widzę, że mnie nie słuchasz? Dlaczego wolność, która stała się udziałem tak wielu, dla mnie jednego jest przekleństwem? Dlaczego dla mnie jednego ma ona sens jedynie jako niepodległość? Myślałem, Marie, że pójdziemy na starówkę. Dlaczego mnie wciągasz w te ciemności?
-- Zapytajmy o radę słynnego cadyka, Chaima Helberstamma.
-- Kto jest cadyk, Marie?
-- To uczony rabin, który potrafi robić cuda.
-- Czy to wypada, Marie, żebym rozmawiał ze zmarłymi i do tego o mojżeszowym ukierunkowaniu?
-- Jadłeś barszcz z fałszywymi prorokami, zaryzykuj rozmowę ze świętym mężem chasydzkim.
-- O co mam go zapytać?
-- Zapytaj go czym jest wolność. Albo jak wygrać wybory gdy człowiek stracił zdolność porozumiewania się z ludźmi.
-- O wolność, Marie, nie będę pytał. Z całym szacunkiem, nie wydaje mi się, żeby cadyk znał się na niepodległości.

Wieczór dawno już zapadł i z drugiej strony rzeki przywędrował dźwięk dzwonów bazyliki. Prezydentowi rzeczpospolitej pomyślała się rzecz nieprawdopodobna, taka mianowicie, że być może bóg rzeczywiście jest wspólny i tylko jeden.

-- Rebe Chaim, jak wygrać wybory, gdy straciłem zdolność porozumiewania się ludźmi?
-- Ty się nigdy nie pytaj o radę Israela z Sadogóry, bo to sybaryta i grzesznik.
-- Proszę nie mydlić mi tu oczu rebe i dać mi prawdziwą i praktyczną poradę. Nie słyszałem nigdy o Sadogórze i tam się nie wybieram. Jak przekonać do siebie ludzi?
-- Ty się nigdy nie rozgaduj o gospodarce i finansach bo ty nie jesteś Żyd, żeby takie rzeczy bez uczenia wyrozumieć.
-- Czy to się godzi, żeby taki mądry cadyk głosił takie przesądy?
-- Jak ty myślisz, że ja jestem mądry zanim ja cosz powiedziałem to ty tym lepiej o ekonomii milcz.
-- Jak mam wygrać, jeśli zamilknę?
-- Ty oddal rebe Szczygło bo on ma skłonnoszcz nazistowską i ty nigdy nie przyjmuj do pałac prezydencki rebe Ziobro, bo on nic nie mówi w co on wierzy i nie wierzy w nic co on robi.
-- Czy to wystarczy?
-- Jak ma wystarczyć, ty szę jeszcze musisz porozumiecz z ludźmi, rebe.
-- Ale jak?
-- Ty ich dopuszcz do głos i one ci powiedzą.

 

 

FOTOMONTAŻE: HONZO

 

 

23:42, balsamlomzynski
Link Komentarze (31) »
piątek, 06 listopada 2009

Średniowieczna wersja tortur wodnych

Ramil Usubow, potomek starożytnej perskiej dynastii Achemenidów, obecnie minister spraw wewnętrznych, gnał grupę jeńców pustynnym szlakiem wokół Göygöl Dövlet Qoruĝu, w środkowej części Âzarâbâdagânu, do zamku Dövlet gdzie od rana grzano kotły z cieczą i podgrzewano implementy: strappado, imadła do przesłuchiwania dwóch świadków jednocześnie, stół do toca, czyli tortur wodnych, do których Torquemada zalecał używać nie więcej niż osiem litrów wody, metalowe gruszki szczególnie przydatne w karaniu sodomitów i hiszpańskie buty do miażdżenia stóp.

Na licznych stacjach benzynowych bojownicy zapomnianych wojen regionalnych myli przednie szyby starych samochodów, z których wystawały niestarannie nakryte plandekami arbuzy.

Nikt nie zwracał uwagi na kondukt Ramila Usubowa. W Âzarâbâdagânie, kraju ognia, wojska mieszały się ze stadami wielbłądów, stare przechodziło w nowe, a czyste od brudnego odróżniała jedynie Nigar Aliyeva, wice-minister zdrowia samozwańczego rządu, którego członkom prezydent RP postanowił przypiąć ordery, wystawiając przy tym życie Junczyk-Ziomeckiej na niebezpieczny szwank.

Zabiedzona misja ONZ w składzie czteroosobowym prosiła o wodę, ale Ramil Usubow tylko szczeknął i misja ruszyła ku górom Karabachu pomniejszona o mało odpornego przedstawiciela królestwa Andory.

Zawinięta w hijab z czesuczy Junczyk-Ziomecka przekroczyła granicę z Armenią w spornym rejonie Agstafy, rzucona na tył dżipa przez własnego kierowcę, na wpół głuchego Armeńczyka o imieniu Iĝdir. Dała się pojmać ludziom Ramila Usubowa bez walki, każąc Iĝdirowi wjechać przodem dżipa pod pałatkę namiotu Usubowa.

-- Rəhbəri bildirdiyinə görə!!!*

Zadaniowana osobiście przez Szczygłę Junczyk nie potraktowała tego jako obelgi. Ziomecki bywał bardziej brutalny. Podczas wstępnych tortur, szkolony w podziemiach BBN i ośrodku CIA w Klewkach, Iĝdir grał na flecie. Grał całą noc.

Dbanie o higienę na przedmurzach Dövlet było łatwiejsze niż w Agstafie gdzie było zimno i gdzie Iĝdir nie spuszczał z niej oka. Junczyk świetnie znosiła poniżenia, ale nie mogła pogodzić się z brakiem ciepłej wody. Przez szparę w naprędce narzuconym na wysuszone krzaki fejho tropiku Junczyk zobaczyła spadające gwiazdy. Wyłączyła pięciozakresowy telefon wyposażony w pilnik do przepiłowywania krat i zasnęła.

Eldar Muhmadow, minister bezpieczeństwa narodowego, czekał na Ramila Usubowa przy zachodniej baszcie Dövlet:

-- Mətbuat xidmətinin rəhbəri bildirdiyinə görə!**

-- Daşınmaz tarix və mədəniyyət abidələrinin siyahısı ilk dəfə!***

Chodziło o to, że ministerstwo kultury Âzarâbâdagânu zorganizowało małą biesiadę z udziałem przechwyconych kobiet armeńskich. Ramil i Eldar lubili kobiety z tamtych stron, chociaż zawsze trzeba było sprawdzić czy w sandałach nie przechowują noży.

Nacierając brzuch i zwiędłe piersi olejkiem z eukaliptusa Junczyk myślała, że za mało wzięła krzyży, bo minister kultury też się jakoś przyczyniał do budowania stosunków polsko-azerskich.

Brzuchy młodych Armenek krążyły powłóczyście i ściągały spojrzenia z trudem prowadzących tortury na Iĝdirze mężczyzn. Iĝdir grał, a nawet dorzucał do ognia mimo hiszpańskich butów miażdżących mu stopy.

Junczyk-Ziomecką rzucono na scenę jak worek, ale ona pomyślała w to mi graj.

Iĝdir zdmuchnął z oczu łańcuch i zasunął Ravelem, co w tych stronach znaczy wiele, rytmem wzdrygnął się do przodu, nim imadło na dobre ścisło skroń.

Drgnął Usubow, drgnął Muhmadow i tańczyli już we troje, chociaż Junczyk nie młoda, trochę okiem, trochę bokiem, nie we w twarzy jest uroda, Iĝdir grał.

Stale BBN wydzwaniał, w kostce Junczyk wiele drgało i na baczność czujny Ramil się miał. Eldar z dłońmi na karku, z zamkniętymi oczami, w oficerkach skórzanych, z tamburynem się skłaniał i śmiał.

Junczyk sięgła do zapiersia, tam zasobnik na ordery i zawyła jak dżejran: a masz!  Ma Mazowsze z Azerami stosunki wzajemne, chociaż nie ma tu higieny, chodź Ramilu, nie spłoniesz, Iĝdir drgał.

*     tradycyjne powitanie azerskie stosowane nocą.
**   azerskie zaproszenie na przyjęcie z torturami i tańcem brzucha.
*** Jeśli mi nic nie wypadnie, naturalnie postaram się wpaść.


Belly dancer

 


17:18, balsamlomzynski
Link Komentarze (24) »
czwartek, 05 listopada 2009

Vaclav KlausVaclav Klaus

W dzień po śmierci Claude Levi-Straussa, prezydent pomyślał, że jak nalewa sobie kawę, to działa jego wolna wola, a jeśli coś do tej kawy potem dolewa, uruchamiają się czynniki strukturalne, nad którymi nie ma kontroli. Ponieważ był to również dzień politycznej śmierci Václava Klausa, któremu prezydent nigdy szczególnie dobrze nie życzył, ale jednak klausowej prokrastynacji traktatowej jakoś kibicował, główny dysponent orłów białych bardziej niż kiedyś zapragnął lepiej zrozumieć tajniki własnej duszy.  

Jak wielu ludzi, którzy o poranku odczuwają suchość w gardle, z miejsca znalazł się na pozycjach sartrowskich, strukturalistycznym radykalnie przeciwstawnych i równie przedawnionych, dających wolność, ale nie dających nadziei.

Wypiwszy kolejną filiżankę czarnej jak smoła kawy, pobudził się nieco, ale pojął, że niczym jest samo pobudzenie, jeśli nie jest pobudzeniem ku szczęściu.  Dolał więc do kawy to i owo i wydało mu się, że struktura nie jest pojęciem empirycznym, a tylko koniecznym postulatem teorii, czy jakoś tak, nie wiadomo, bo dosyć się już wtedy w sumie wkurwił. W każdym razie, kiedy Szczygło wszedł, sprawy zaszły daleko:

-- Nic nie mówcie Szczygło, poślijcie kogoś na hlavnú stranku Vaclava Klausa, dowiedzcie się jak można było podpisać traktat kosztem niepodległości własnego kraju.  
-- Byłem tam już, panie prezydencie, byłem tam wielokrotnie, i przybywam dowiedzieć się czy BBN powinienem się ze stanowiskiem prezydenta Kluasa zgodzić czy też je odrzucić. Widzę, że jeśli chodzi o wyrok czeskiego Trybunału Konstytucyjnego, to Klaus nie tylko
obsahu czyli treści tej decyzji nie lubi, ale również formou. Odmawia też Trybunałowi Konstytucyjnemu prawa formulovania povinnosti prezidenta, a jednak decyzji tego Trybunału w końcu ulega. Chętnie pójdziemy czeskim braciom na pomoc w ramach artykułu piątego Paktu Atlantyckiego, ale jak na razie analizy wiodą nas ku konkluzji, że po pierwsze powinniśmy aresztować prezydenta Klausa.
-- Prymitywnie myślicie. Całość często jest większa niż suma składających się na nią części. Można nie lubić
formou, można nie lubić obsahu, a jednak lubić je ne sais quoi traktatu.
--  Biuro analiz BBN ustaliło, że po czesku
je ne sais quoi to zvláštního. Ale co jest zvláštníhem traktatu?
-- Jego struktura, Szczygło, jego ukryta struktura, dokonująca się i przygniatająca nas czy tego chcemy czy nie. Jego samomitologizacja, która staję się prawdą w akcie mitycznego myślenia.  Niby kompletny prawny gniot, ale będzie jednak obowiązywać.
-- Czy zachodzi wobec tego potrzeba ruszenia na ratunek Pradze?
-- Przez jakiś czas to ja się w ogóle nie będę teraz ruszał. Były wice-dyrektor Bumaru, przy tym człowiek Macierewicza, Szatkowski, prawdziwy
silovnik, jak trzeba to i po pysku da w ciemnym pomieszczeniu zupełnie bez powodu, zawiaduje teraz telewizją, która w naszych czasach jest elementem ściśle strukturalnym, można powiedzieć, tej struktury najważniejszym elementem. Lubię moją prezydenturę, nie lubię jednak, że ludzie nie lubią mnie. Wobec tego nie będę na pole w ogóle wychodzić. Nic nie próbujcie mówić, dość już tego, przecież umysłowość macie w sumie dziką, w niczym osobowości żoliborskiej nie przypominającą.
-- Jestem zdolny do abstrakcyjnego myślenia. Znam czterdzieści sześć odrębnych terminów na bezpieczeństwo.
-- Jakie to niby, wewnętrzne, zewnętrzne, energetyczne, żywnościowe, zdrowotne, edukacyjne, co jeszcze?
-- Od powietrza, głodu, ognia i wojny, i od Szatana, który w dom przychodzi i dusze zwodzi, od zdrady, od nagłej i niespodziewanej śmierci...
-- Tak to można bez końca,
od dodając, od dwutlenku węgla, od dyskryminacji kobiet, od protekcjonizmu, od środowiska degradacji. Dziką macie osobowość, dziką. 
-- Wolałbym
nieoswojoną raczej niż dziką, panie prezydencie. 
-- Też mi różnica. Co się niby oswaja, jeśli nie dzikość. A nowych zagrożeń się uczcie, nie jesteśmy już niepodległym państwem.
-- Dlaczego nie powiadomiono o tym BBN?
-- Bumar teraz tym się bezpośrednio zajmie. Poza tym, jak bym to ogłosił, to by tu Czesi zaraz wkroczyli.
-- Deprese je s vámi pravděpodobně, pane prezidente.
-- Pro malou míru, prodal své vlastní zemi.
-- O nezávislosti může bojovat.
-- Bumar teraz tym się bezpośrednio zajmie, ze strukturą, Szczygło, tylko strukturą można walczyć.

 

Vackav Klaus i Lech Kaczyński


04:52, balsamlomzynski
Link Komentarze (9) »
wtorek, 03 listopada 2009

 

Przesłuchanie Barroso przez delegację polską

Jak wygląda piątkowy wieczór europosła Frakcji Konserwatywnej i Reformatorskiej, sceptycznego wobec idei europejskiej, a więc poniekąd wobec samego siebie?

Jeśli jest to poseł angielski, tłumaczy się prasie z powodów, dla których przewodniczącym jego frakcji jest polski neonazista; jeśli jest to poseł węgierski reprezentujący MDF, myśli o pośle czeskim z ramienia ODS; jeśli jest to poseł czeski, mówi sobie:
Já jsem hlupák a pokrytec. A jeśli jest to poseł polski?

Piątkowy wieczór jest dla Michała Tomasza Kamińskiego czasem refleksji nad konserwatyzmem i reformizmem. Do snu kołysze polskiego posła obraz pełnego godności spółkowania z białym orłem o osobliwie zakrzywionym nosie, któremu korona spada przy każdym poważniejszym pchnięciu zadawanym przez nierówno upierzone lędźwia żarłocznego ptaka.

Niedługo po północy dla europosła wybiła jednak godzina zero. Zadzwonił starannie odłożony telefon i przemówił głos, który na szefa frakcji działa jak wizyta w Brukseli boskiego Zapatero:
-- Rue de Sols 27, na wprost dawnego Instytutu badań Społecznych i Ekonomicznych. Tylko niech cię nikt nie rozpozna.

Prezydent RP przybył na szczyt nie po to by chrzanić o klimacie, w którego istnienie nie wierzył, nie po to by pieprzyć o radzeniu sobie z kryzysem, którego nigdy nie było, ale po to by przedstawić swoje stanowisko, w miarę możliwości bez wysłuchiwania stanowisk innych osób, w sprawie roli i kompetencji przyszłego prezydenta Unii. Nie oczekiwał, naturalnie że nie oczekiwał, że ktoś zasugeruje jego kandydaturę, ale gdy to nie nastąpiło, poczuł głębokie ukłucie. Miał już, mówiąc całkiem szczerze, wobec Brukseli pewne plany, widział tu mianowicie potrzebę zdbudowania niejednego interaktywnego muzeum. Głęboko urażony oddalił się do swoich posiadłości jeszcze przed kolacją. O urazie, jak zwykle wiedziała tylko Marie, która zamknęła się z szydełkiem w Antyszambrze. Prezydent nie miał obyczaju o swoich uczuciach mówić, uważał bowiem, że świadczyły o nim czyny.  Pozostawił natomiast swojemu zapleczu, którego był przecież wiernym zakładnikiem, pełną swobodę działania.

To dlatego José Manuel Durão Barroso został porwany.

Przywódca frakcji Reformatorów i Konserwatystów schował łzy, które ronił ostatnio z osobliwą łatwością, pod trzema warstwami pudru All Skin Tones Translucent 1640, którego sporo poszło na obszerną twarz posła; zaróżowił policzki krwią z palca wskazującego, przywdział pierwsze lepsze pióra i zapomniawszy naszminkować usta wymknął się przez nowoczesny garaż hotelu dla europarlamentarzystów.

Brukselskie kurwy żyją z Europy, ale podobnie jak Frakcja Konserwatystów i Reformatorów nie lubią idei europejskiej i Kamiński mógł bezpiecznie olśniewać dopiero pod kościołem garnizonowym na Placu Królewskim.
-- Jak się zwiesz eurokurwo?
-- Nazywam się Sara i może mnie mieć tylko orzeł.

Znużony do granic wytrzymałości reżyserowanym napięciem europejskich szczytów
José Manuel Durão Barroso pragnął jeszcze przed sobotnim świtem dotrzeć w São Pedro de Penaferrim, skąd miał tylko kwadrans meleksem do słynnych pół golfowych Penha Longa, na której zielone pola pierwszy hieronimita dotarł w 1355 roku. Dobra zakonników znacjonalizowano zaledwie pięćset lat później. Penha Longa stała się własnością okrutnego marszałka Duque de Saldanha, który zakupił ją za zaledwie dwadzieścia jeden tysięcy rejsów, ale nigdy nie zaszczycił perły Sintry swoją obecnością.  Sebastiāo Pinto Leite, skądinąd książę tego regionu i wicehrabia innego, Gandarinhy,  człowiek niezwykłej jak na Gandarinhę łagodności, uzyskał rodzinną poniekąd ziemię czternaście lat później. Piękna, ale niewierna Clementina Libania Pinto Leite, która nigdy nie zostałaby wicehrabinią gdyby nie korzystne małżeństwo, odziedziczyła Penha Longę po łagodnym wicehrabii.  Już jednak w 1921 roku sprzedała ją za pieniądze własnemu zięciowi Joāo Pinto Leite, wiceksięciu Olivais. Wiceksiąże to wprawdzie lepiej niż baron, ale gorzej niż angielski earl. Penha Longa wpadła na blisko pół stulecia w ręce sędziów, albo ich potomków, między innymi Luisa José Pires Soromenho, zwanego nienasyconym i Jorge Correia de Campos, zwanego glutão. Synowie tego ostatniego w 1987 roku sprzedali nieruchomość japońskiej korporacji budowlanej. A przecież trzysta lat wcześniej, Japońscy studenci z pierwszych chrześcijańskich rodzin kraju kwitnącej wiśni, pojawili się w Penha Longa pewnego pogodnego popołudnia. Następnego poranka przebrali się w tradycyjne stroje japońskie i przypasali zdobione mecze by spacerować po terenach przyklasztornych.

Penha Longa jest obecnie własnością Deutsche Bank. 

Przewodniczący Komisji Europejskiej nie dotarł jeszcze nawet do połowy schodów prywatnego embraera 145, kiedy schody ruszyły, pozostawiając zupełnie nowy samolot, jego czteroosobową załogę i piękną Sylvię van der Vaart, która śmiała się okrutnie, na niewielkim lotnisku wojskowym w pobliżu głównej kwatery NATO przy bulwarze Leopolda III.

Barroso nigdy niczego poza komplikacjami po Europie nie oczekiwał. W szczególności nie spodziewał sie popularności i szacunku. Jednak zakres obojętności Europejczyków na los najwyższego urzędnika upadającego porządku nicejskiego przerósł nawet liberalną obecnie wyobraźnię Portugalczyka. Wieziono go ku Placowi Royal, ale okrężną drogą, przez królewskie Leaken, którego ideałom Barroso sprzeniewierzył się, całym sercem popierając niejasny i oddalający europejskie instytucje od europejskich obywateli traktat lizboński.

Barroso nie mógł odrzucić tezy o zasadności poniżenia jakie go spotkało. Pchający schody na kółkach szaleniec domagał się skrzypiec lub śmierci, policja pozostawała taktowna i wyrozumiała, a wielokulturowi przechodnie co najwyżej pukali się w głowy. Perspektywa ostatecznego ratyfikowania traktatu lizbońskiego zastawała Europę w stanie osobliwego zobojętnienia.

Ze schodów, Przewodniczącego zrzucono do wnętrza nieczynnej i zatęchłej Cafe Park położonej przy stromej, pnącej się ku Placowi Królewskiemu Rue Revenstein.  Tam na porwanego czekało trzech oprawców z tłumaczem.  Przez tylne drzwi knajpy powleczono Przewodniczącego w brudne alejki obok zbudowanego w stylu brabanckiego gotyku i na szczęście dawno już nieczynnego hotelu Rivenstein, a następnie tunelem do pogrążonego w ciemnościach zaułka Rue des Sols. Od czasu gdy José Manuel palił tu ostatnio cygaro, okolica podupadła i zaułek zmienił się z dzielnicę ubogich transwestytów ze wschodniej Europy, których nie stać było nawet na porządną szminkę. Na wprost remontowanego obecnie instytutu, gdzie przez lata prowadzono jałowe i niekonkluzywne badania nad dawno nieistniejącym społeczeństwem, stała teraz otyła ladacznica w okularach. Chciał poprosić ją o pomoc, ale czuł, że jeśli go źle zrozumie, spotka go los okrutniejszy niż ten, którego spodziewał się doświadczyć z rąk oprawców.

Portugalczyka umieszczono w ciemnym pokoju, w którym znajdowały się jedynie puste butelki po białym winie węgierskim i szczątki ryb morskich. Nie zdążył jeszcze sprawdzić wytrzymałości krępujących mu dłonie więzów, gdy przybyło trzech ludzi i tłumacz. Przywódca porywaczy był energiczny i bardziej okrutny dla swoich podwładnych, aniżeli dla porwanego. Inny z oprawców był kobietą. Trzeci, najwyższy i najchudszy, ale nie najważniejszy, przypomniał Przewodniczącemu czasy sprzed rewolucji goździków, które to czasy sprawiły, że zwątpił w demokrację i na moment stał się maoistą.

Energiczny oprawca zakomunikował, że w świetle ostatnich decyzji istotnych przywódców europejskich, czuje się Europejczykiem, jest więc w Brukseli na prawach gospodarza i Przewodniczącego wita.
-- Ja też państwa serdecznie witam w stolicy zjednoczonej Europy. Zarazem serdecznie przepraszam za sprzeniewierzenie się ideałom z Leaken. Zapewniam państwa, że nastąpiło wielkie nieporozumienie, gdyby nie chore ambicje Francuzów, ten nieszczęsny Giscard d'Estaing! Nie można było przecież przewidzieć, że lata pracy konwentu zrodzą coś tak absurdalnego.

Histeryczny śmiech kobiety w kapeluszu nie wróżył niczego dobrego.

Jako pierwszy pytał ten sprzed rewolucji goździków:
-- Co pan robił między rokiem 1355 a 1834?
Ze zrozumiałych powodów Barroso milczał i zadano mu pierwszy cios otwartą dłonią w tył głowy.
-- Kto wycenił Penha Longa na zaledwie dwadzieścia tysięcy rejsów?
Padł drugi cios i José Manuel zobaczył swoją matkę idącą ku migotliwemu morzu.

Następnie do roboty wziął się oprawca energiczny. Pobił przewodniczącego zanim zgodził się zadać pierwsze pytanie:
-- Dlaczego nie zaproponowano mojemu bratu prezydentury Unii Europejskiej?
Barroso nie usłyszał, albo nie zrozumiał prostego w końcu pytania.

Najgorsza była kobieta, która po prostu biła, o nic nie pytając. Dzięki temu jednak, zakrwawiony i na wpół nieprzytomny Barroso domyślił się wreszcie, że to Polacy:
-- Jeśli chodzi o kandydaturę pana Lewandowskiego, to nie ma powodów do niepokoju, z całą pewnością zostanie zaakceptowana.

Wtedy do bicia włączył się nawet tłumacz i Barroso nie rozumiał już nic. Chudy polał przewodniczącego cuchnącą wodą z wiadra pokrytego obitą emalią:
-- Domagamy się ujednolicenia europejskiej podejrzliwości w kierunku antykomunistycznym, jebany maoisto. Domagamy się ustanowienia jednolitej europejskiej służby tajnej, na czele której stanie Mario.
-- To niewątpliwie zdolny i doświadczony człowiek, ceniący niezależność, szanujący prawo i bezstronny w ocenie zagrożeń.

Ciosy, które nań wówczas padły, uzmysłowiły Portugalczykowi, że w ten weekend jego spuchnięte oczy nie ujrzą rozległych łąk Penha Longa.

Noc w zjednoczonej Europie




Fotomontaże i część czeska tekstu: Honzo.


09:31, balsamlomzynski
Link Komentarze (11) »
piątek, 30 października 2009

Ostatnim miejscem w stolicy Europy, gdzie Jose Manuel Barroso mógł bezpiecznie zapalić cygaro, nie łamiąc zarazem zainicjowanych przez siebie dyrektyw, był niewielki zaułek Rue des Sols, ślepa uliczka w okolicy Placu Królewskiego, rzut kamieniem od kościoła garnizonowego Sain Jaques sur Coundenberg. Stojąca pod wiatr piękna asystentka Portugalczyka, Sylvie van der Vaart była jedyną osobą, która wiedziała o drobnych słabościach niegdysiejszego maoisty. Barroso kaszląc łapczywie łykał gryzący dym:
--  Nie odróżnia Holendrów od Duńczyków, klimatu od klimatyzacji, woli Ałma Atę od Antwerpii, a jednak przyjeżdża, choć będzie tu premier jego kraju. Jak myślisz, dlaczego on mi to znowu robi, Sylvie?
-- Nawet Czesi nie rozumieją motywów delegacji polskiej, Jose Manuel. Nie niepokój się jednak, pamiętaj, że szczyt organizuje prezydencja szwedzka, a nie Komisja.
-- Delegacja polska może tego nie rozumieć, van der Vaart.

Nikt nie zamierzał czekać na rosyjski samolot, z łaski udostępniany prezydentowi przez liberalnego premiera i jego gdańskich popleczników. Remontowany od trzech lat, a następnie przechowywany w siedzibie dowództwa wojsk lądowych w ruinach Cytadeli samolot F16, wykradziono nocą przy użyciu zmysłowego pocałunku złożonego przez Marie na ustach dymisjonowanego generała wojsk lądowych Skrzypczaka oraz innych korzyści wyświadczonych przez Skrzypczaka na rzecz dowódcy obrony przeciwlotniczej kraju. W nadrzecznych zaroślach w okolicy Cytadeli wędkarze widzieli też podobno pełnomocnika do spraw informacji niejawnych BBN, Sylwestra Ż.

Samolot holowano z największą ostrożnością opustoszałą o tej porze Dymińską, Krajewskiego, do ciemnych wód Wisły. Kiedy okazało się, że jednostka jest szczelna i unosi się na wodzie, zapakowano doń broń białą, kosze ze skromnym żołnierskim posiłkiem, wino Egri Bikawer Gold Line, biały Tokaj Furmint, gdyby była ryba, rakietę SM3, oraz prezesa banku centralnego Sławomira Skrzypka. Prezydent siedział w samolocie cały czas, również w trakcie mozolnej wędrówki amerykańskiej maszyny w kierunku rzeki.
-- Znam te okolice, macie tu do Wisły cały czas z górki.

Marie wrzuciła do wody bukiet jesiennych kwiatów i odeszła nie roniąc łez. Jej niepokój uśmierzył łagodny szum ukochanej rzeki.  A Wisła była tej nocy spokojna, choć pełna życia. Po latach nieobecności wróciły nokturnalne węgorze europejskie, białobrzuche kiełbie, mięsistouste brzany, gustujące z wiekiem w samotności klenie, zawsze samotne sandacze, miętusy, których żarłoczność narasta z nadejściem zimy, oraz wpuszczony do Wisły dla jaj w podbydgoskich Chmielnikach pojedynczy jesiotr.

Kiedy do mostu gdańskiego zbliżył się z hukiem ostatni tego dnia pociąg z Kielc, Szczygło z największą ostrożnością przeprowadził F16 miedzy stalowymi przęsłami. Junczyk, która kochała kąpiele, ale pływała zbyt brawurowo, miała większe trudności i przęsło jękło jak pod presją kry. Nad głowami śmiałków, na dolnym poziomie mostu gdańskiego czekał na tramwaj osowiały od ciemności i lepkiej październikowej mgły samotny pasażer. Wychylił się przez barierkę i bardzo zapragnął kogoś wezwać, ale rozpoznawszy prezydenta, zamarł z niemym wołaniem na znużonym długim dniem obliczu.

Przepłynięcie pod mostem Grota-Roweckiego nie stanowiło zagadnienia. W okolicach Łomianek, Szczygło zapuścił silniki. Jak odbijający się nogami od lustra wody ciężki żuraw, F16 długo walczył o powrót do systemu obrony przeciwlotniczej kraju. Chociaż lwią część uzbrojenia i osprzętu jednostki rzeka Wisła uniosła do Morza Bałtyckiego, amerykański odrzutowiec wzbił się w przestworza nad jednoczącym się kontynentem. 

Ostateczna krystalizacja strategii negocjacyjnej tak zwanej prezydenckiej części delegacji RP ukształtowała się nad Dreznem. Czasu było niewiele, bo F16 był szybki, a być może po prostu niesprawny, w każdym razie nie było jasne czy spada, czy tak ma być, czy też Szczygle w kokpicie oblodzony drążek nieco się wymyka. 

Jako pierwsza, strategię negocjacyjną sformułowała lecąca piechotą Junczyk-Ziomecka.  Nie znała się na dyplomacji i nie wiedziała po co leci, ale tylko ona mówiła w jedynym języku, w którym formułuje się poważne strategie europejskie: 
-- Violoniste o muerte!

Pokonując opór rześkiego strumienia sprężonego do granic wytrzymałości niemieckiego powietrza, wezwanie Ziomeckiej podjął siny z zimna prezydent i jego wierni urzędnicy:
-- Skrzypek albo śmierć!

Niepokój Skrzypka prezydent rozwiał osobiście:
-- Nie dam Lewandowskiemu prywatyzować Europy, którą zjednoczyłem z takim trudem i wbrew moim najgłębszym przekonaniom. Jeśli nauczył się pan makroekonomii w pół roku pod Chicago, to reguł tworzenia budżetu unijnego nauczy się pan w samolocie. Proszę po prostu nie tracić czasu na liberalną propagandę. Bugaj mówi, że najważniejsze jest, żeby stopami nie ruszać za często.
-- Tym zajmuje się Jean-Claude Trichet.
-- Widzę, że pan już to i owo kuma.

 

14:18, balsamlomzynski
Link Komentarze (29) »
czwartek, 29 października 2009


Minister Szczygło stał pochylony nad skąpo oświetlonym stolikiem z drzewa różanego inkrustowanego porcelaną, który Król Stanisław August Poniatowski, ostatni polski król, otrzymał jako podarunek od carycy Katarzyny II, w zamian za podpisanie Traktatu wieczystej przyjaźni, który zdaniem Szczygły, obowiązywał do dziś.

Dowództwo połączonych siły Pałacu i BBN nigdy nie wątpiło czy prezydent jedzie na szczyt czy nie. Sprzeczne sygnały posyłano wyłącznie z myślą o przeciwniku wewnętrznym i zewnętrznym i za poradą Saakashvilego, ostatniego europejskiego sojusznika prezydenta, który przybył dwa dni wcześniej i został specjalnym doradcą.

Został doradcą do spraw ostatniego szczytu UE jako związku państw narodowych.

Tymczasem nie doradzał dobrze, dziękował jedynie za ocalenie, ale Bochenek wypłaciła mu z tego tytułu trzynaście trzysta, które przyjął z wahaniem.
-- Więcej nie możemy, ledwo nam starcza na wydawanie Biblioteki Bezpieczeństwa Narodowego. Możemy natomiast mianować pana kierownikiem działu zagranicznego TVP.

W nocy ze środy na czwartek mało kto spał. Prezydent wstał długo przed świtem, zszedł w samym szlafroku główną klatką schodową, nie zapalając światła, żeby nie zaalarmować służb, którym już nie ufał. Na półpiętrze pogładził marmurową Psyche po piersiach, doprowadził się do porządku i ruszył dalej. Zatrzymał się przed bohomazem ukazującym szarżująca konnicę polską w służbie Napoleona. Brak światła dobrze służył obrazowi. Prezydent pomyślał, że konia namalować nie jest łatwo. Ponieważ w Hetmańskiej paliło się blade świtało, skręcił pospiesznie w prawo, ale zawadził boleśnie podstawą czaszki o piętę bazaltowego Prometeusza, dłuta pozbawionego talentu rzeźbiarza Welońskiego.
-- No żesz... szmelc jakiś...
-- Tutaj panie prezydencie.
Surowy i skupiony Szczygło z troską studiował mapę ostatniej fazy kampanii napoleońskiej, w trakcie której połączone armie Europy zatrzymały Napoleona trzydzieści kilometrów na południe od Brukseli.
-- Tu jest lotnisko tanich linii lotniczych Charleroi. Pójdziemy szlakiem generała Reille, przez Nivelles, Braine-l’Alleud, do Erasme, skąd jeździ metro.
-- To ryzykowne, czy o tej porze będą bilety?
-- Michał Kamiński przyniesie karnet.
-- Wolałbym, żeby nie poruszał się po obcym mieście sam.
-- Przyjedzie z Kurskim.
-- Rozpoznają ich.
-- Będą przebrani.
-- Chcę zatrzymać się w Sint-Pieters-Leeuw, pomodlimy się w tamtejszym kościele.
-- Może być zamknięty.
-- Otworzymy drzwi kościołów Europy.

Prezydent opuścił salę Hetmańską i ruszył do Antyszambry, gdzie Junczyk-Ziomecka podlewała małą konewką na oliwę ostatnie kwiaty jakie w pałacu uchowały się jeszcze przy życiu: odporne na zanieczyszczenia przemysłowe śnieguliczki białe i zmniejszające stężenie dwutlenku węgla trzykrotki.

Bochenek już swoje podlała i teraz śpiewała pieśń o rozmarynie, być może z powodu szczytu, być może dla Mario, który w paramilitarnej kurtce z lat osiemdziesiątych leżał na podłodze z głową na chlebaku i ćmił papierosa za papierosem, obojętny na nadchodzący ból i na śpiew Bochenek.

Prezydent przeszedł przez potężną jak sklep wielkopowierzchniowy salę Kolumnową gdzie Stasiak tłukł głową w kolumnę z oliwkowego marmuru.
-- Tylko wazy z porcelany miśnieńskiej nie stłuczcie, Stasiak.

W Sali Obrazowej prezydent z odrazą odwrócił oczy od obrazu ukazującego goliznę. Dotarł do ogrodu zimowego i wycofał się zirytowany.
-- Gdzie jest do cholery ta Rycerska?

Dotarłszy wreszcie na miejsce, zamknął drzwi do kaplicy, w której Wypych modlił się żarliwie w towarzystwie garstki towarzyszów z harcerstwa. Następnie prezydent osobiście zdejmował ze ścian rapiery, kindżały, piki i dzidy, broń kłująco-sieczną z furdymentem, broń miotaną, kańczugi do poganiania wojsk,  hinduską bichwę o podwójnym ostrzu, a także atrybuty rycerstwa polskiego. Przysunął sobie krzesło i zdjął ze ściany kuszę i tarczę w stylu tatarskim, na którą spojrzał z lubością. Załadował, przymierzył, wystrzelił w kierunku szafy gdańskiej i uszkodził, nieodwracalnie, srebrny plater. Kolejna strzała odbiła się od napierśnika zbroi stojącej w kącie. Trzecia strzała trafiła Borys-Szopę, pomysłodawczynię ostatniego, nieudanego ataku Pałacu na rząd i ABW.

Tymczasem Waszczykowski przyholował z BBN amerykańską rakietę SM3, pozostawioną przez Bidena. Ciągle nie było jasne czy to makieta czy prawdziwa rakieta średniego zasięgu. Negocjator rakietowy rzucił SM3 na stos z bronią białą.
-- Panie prezydencie, przechodząc zauważyłem, że w progu znajdują się zwłoki.
-- Jaka była przyczyna śmierci?
-- Strzała z kuszy tatarskiej z XVI wieku.
-- Nie wyglądała na XVI wiek. Wezwijcie doktora Lubińskiego. Niech pobierze organy, jutro wydarzyć się może wszystko.

Kiedy prezydent ponownie zaplątał się do Hetmańskiej, Szczygło zakończył studiowanie mapy i przez okno spoglądał na ptactwo, które z sobie tylko znanych powodów postanowiło nie opuszczać kraju.
-- Czym polecimy panie ministrze?
-- Czekamy na sygnał od generała Skrzypczaka
-- Czy to mój szef Banku Centralnego?
-- To były dowódca wojsk lądowych.
-- Skąd on weźmie samolot?
-- Od wojsk powietrznych.
-- To jest dobry plan, natychmiast przystąpić do realizacji. A Skrzypka brać ze sobą. Na jego pytania nie odpowiadać, niech się poduczy z budżetu Unijnego.
Prezydent i szef BBN spojrzeli na stalowe niebo nad Warszawa.
-- Panie prezydencie, nie powstrzymamy ich, chcą oddać zdrowie, a nawet życie i, niezależnie od bardzo niekorzystnego układu sił, zrobią to.
-- Nie mogę narażać kwiatu BBN. Jak jest w kancelarii, sami wiecie. Borys-Szopa poniosła już zresztą ofiarę najwyższą, ofiarę życia.
-- Pozostali gotowi są zginąć i zginą.
-- Co proponujecie?
-- Należy w Brukseli przyjąć przewodniczącego Komisji Europejskiej jako gospodarze, jako Europejczycy, współtwórcy traktatu, któremu to traktatowi przewodniczący zawdzięcza polityczne życie.
-- To jest dobry plan. Jego zaletą jest to, że nie sposób liczyć na jego powodzenie. Niech pan skołuje ten samolot.



Jakie są plany prezydenta na szczyt w Brukseli i jak się potoczy ich realizacja?
Jeśli wiesz, napisz w komentarzu do notki;  jeśli zrobisz to przed sobotą, Twoja sugestia będzie jakoś uwzględniona. Raport z przebiegu szczytu ukaże się w poniedziałek.

 


 

Dziękuje anonimowemu, ale niewątpliwie utalentowanemu fotografowi za przygotowanie fotomontaży.

 

09:03, balsamlomzynski
Link Komentarze (10) »
wtorek, 27 października 2009

Gra w piłkę

Być może wszyscy przechodnie na Krakowskim byli zamiejscowi, to się tam przecież stale zdarza, być może BBN było instytucją dbającą o dyskrecję, przecież sama nazwa na to wskazuje,  być może tego biura w ogóle nie było, istnieje przecież zjawisko biurokratycznej fikcji, w każdym razie, inżynier mechanizacji rolnictwa Zbigniew C. stał bezradnie na rogu ulic, a teczka, którą do niedawna się chlubił, zaczęła o nim świadczyć źle, z powodu wielkości i ciężaru, a także swej latentnej peerelowskości.

Pośród przechodniów mijających hotel Bristol Zbigniew C. wyławiał ludzi o twarzach życzliwych i tolerancyjnych.  Przezwyciężając nieznaną sobie wcześniej nieśmiałość, zagadywał o drogę do Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Życzliwość przechodniów ulatniała się, a tolerancyjność okazywała się tylko fasadą.  Ignorowano Zbigniewa C., wyśmiewano, brano za szaleńca.

Ale BBN to nie dworzec kolejowy, albo najbliższa apteka.  To oczywiste nawet w państwach wysoce demokratycznych i wolnych od tradycji powstańczych zrywów. Nic więc dziwnego, że od ciężaru teczki uwolniono inżyniera niespodziewanie, a do imponującego gmachu przy Karowej Zbigniew C. dotarł w towarzystwie człowieka uprzejmego, nawet gościnnego, tyle że na sposób stanowczy. Inżynier zmienił już zdanie i pragnął znów jechać do Wałbrzycha, bodaj autobusem, a jednak szedł dość grzecznie w dół pięknej o tej porze roku Skarpy Wiślanej. Jeśli chodzi o asystowanie interesantom w stawianiu się we właściwym urzędzie, szczególnie w zakresie skuteczności owego asystowania, Zbigniew C. niczego prowadzącemu go człowiekowi nie mógł zarzucić.

W portierni gmachu pracowało trzech profesjonalistów, którzy nie musieli nawet w kierunku wchodzącego petenta patrzeć, a budynek i tak wydawał się niedostępny i wszechstronnie zabezpieczony. Trudno sobie wprost wyobrazić by osoba przypadkowa, albo niepowołana mogła zagrozić zwięzłości podejmowanych tu decyzji, albo jakkolwiek  inaczej zakłócić spokojny szum ukrytych za panelami z białego korka urządzeń wentylacyjnych, klimatyzacyjnych i innych.  Zbigniew C. trzykrotnie powiedział, że nie chciałby przeszkadzać i trzykrotnie mu to umożliwiono. Zbigniew C. po trzykroć otarł czoło, ale nie stało się ono suche. Profesjonaliści byli pochłonięci i zarazem obojętni. Jeden z nich podniósł w końcu na Zbigniewa C. szarostalowe oczy, które członkowie jego grupy zawodowej najprawdopodobniej przekazują sobie z pokolenia na pokolenie:
-- Bezpieczeństwo wewnętrzne czy międzynarodowe?
-- Myślę, że wewnętrzne, zdecydowanie wewnętrzne choć atak, atak przyszedł, można powiedzieć, z zewnątrz.
-- Pan był umówiony?
-- Tak bym tego nie nazwał.  Zostałem ostrzeżony. Uważam, że moim obowiązkiem było przyjechać pierwszym możliwym pociągiem.  Chciałbym zostać wpisany do tutejszej księgi wejść. To mi zupełnie wystarczy, a jeśli minister Kamiński zechce ponadto poświęcić mi chwilę, będę wdzięczny. Zaznaczam, że tego nie oczekuję, a jedynie pragnę. Oto mój bilet na przejazd, wraz z miejscówką.
-- Wyjechano ze stacji Wałbrzych Główny czy Wałbrzych Miasto?
-- Główny.
-- Bilet z Poznania do Warszawy wystawiono w pociągu.
-- Długo się wahałem czy w mojej sytuacji powinienem poruszać się luksusowym eurocity, wsiadłem w ostatniej chwili...
-- Nie ma opłaty manipulacyjnej.
-- Jest, na oddzielnym rachunku, z podpisem czytelnym kierownika pociągu.
-- Tu akurat wolimy termin kierownik składu.
-- Kierownik składu, naturalnie. Ja już też wolę. Dokonałem wszelkich starań, żeby nie było podejrzenia, że miała miejsce transakcja pokątna i nieudokumentowana.
-- Miał pan z sobą rower.
-- Nie, jedynie teczkę, ale jest duża, pomyślałem, że gdyby się okazało, że przekracza dozwolone wymiary, mógłbym narazić się na gniew współpasażerów, albo kierownika składu. Na blankiecie nie ma kategorii teczka, kierownik składu odhaczył więc rower.
-- To nam w zasadzie wystarczy. Proszę zwrócić uwagę, że z winy obecnego rządu minister nie dostał jeszcze nominacji i wprowadził się do tutejszego urzędu nieoficjalnie. Pańska wizyta jest zatem również nieoficjalna.

Zbigniew C. zajął miejsce w poczekalni-czytelni na półpiętrze, u szczytu szerokich schodów, u samych źródeł szerokiego korytarza, którego lewej strona skupiała się na zagrożeniach płynących od wewnątrz, pod światłym kierownictwem Lucjana B., policjanta z Rzeszowa, specjalisty od „przestępczości intelektualnej”, a prawa bezpieczeństwem zewnętrznym, pod kierownictwem Joanny S., pozostającej pod intelektualnym i moralnym wpływem Waszczykowskiego.  Dostępu do korytarza uprzejmie broniło biuro rzecznika prasowego, Jarosława R., który z garstką oddanych mu specjalistów od ośmiu miesięcy prowadził nierówny bój z mediami o wizerunek BBN. Media obchodziły teraz biuro szerokim kołem, Jarosław R. mógł zająć się tym, co kochał najbardziej, redakcją kolejnych tomów Biblioteki Bezpieczeństwa Narodowego.

Tom piąty i ósmy tej poczytnej w wielu wąskich kręgach serii wyłożono do dyspozycji oczekujących. Tom piąty nosił tytuł „Rola symboli narodowych we współczesnej Polsce” i zawierał wykładnię nowatorskiej bo aktywnej polityki wobec symboli; tom ósmy zawierał zapis dyskusji panelowej z udziałem Szczygły, zatytułowanej kokieteryjnie „Czy Polska potrzebuje wojska?” To właśnie ta publikacja przykuła uwagę Zbigniewa C. najbardziej ponieważ zawierała obszerny wstęp autorstwa Stasiaka, w którym ten ostatni sporo uwagi poświęca godnemu pożałowania niestawiennictwu ministra Klicha. Było oczywiste, że w BBN nie tylko się dyskutuje, ale że każde wypowiedziane słowo wydaje w potem formie książkowej, nie szczędząc przy tym środków potrzebnych do życia rzecznikowi prasowemu.

-- Pokój 144, prosto i do końca, proszę iść lewą stroną korytarza.

Minister Kamiński, zajmował już, poniekąd i nieoficjalnie, obszerną przestrzeń biurową z widokiem na Powiśle i na uroczą, pokrytą kostką brukową ulicę Karową. Rozpakowywanie minister najwyraźniej zaczął od przyborów biurowych. Długopisy i ołówki trzymał w plastikowej dyni czy też arbuzie z klapkami umieszczonymi obustronnie, w okolicach ciemieniowych.
-- Podobno przyjechał pan rowerem.
-- Skądże znowu, to była tylko teczka.
-- Znaleziono w niej sznurek. Przypominam, że tryb pańskiego wyjścia nie został jeszcze określony, prosimy zatem by nie podejmował pan żadnych decyzji bez uzgodnienia. Ma pan przecież rodzinę, a z tym wiążą się obowiązki.
-- Bardzo pragnę się oczyścić.  
-- Zamiast się oczyszczać ze słusznych zarzutów, niech pan poszuka w sobie dodatkowych przewinień, przyniesie to panu ulgę, a nas ucieszy. Jest wszakże ten nieudowodniony wprawdzie, ale jednak publicznie sformułowany zarzut o współpracy; jak na mechanizatora rolnictwa osobliwie dobrze rozumie się pan na finansach. Są w panu nieskończone pokłady winy, proszę się tylko rozejrzeć.
-- Jakim to niby sposobem ma mi to przynieść ulgę?
-- Chciał pan przecież dostać się do księgi wyjść tutejszego urzędu.
-- Chyba rozumiem.  Chcę o coś poprosić.
-- Wysłucham czego pan ode mnie oczekuje, choć pańska pozycja przetargowa nie jest dobra. Proszę nie żądać zbyt wiele. 
-- Zgubiło mnie kilka wulgaryzmów, których użyłem. A przecież w ten sposób mówią wszyscy. 
-- Mówią nawet znacznie gorzej. Prezes też. Powiem panu inżynierze, że przy Prezesie pod każdym względem wszyscy jesteśmy jak dzieci.
-- Chciałbym prosić o zaświadczenie, że wszyscy tak mówią.
-- Co pan z nim zrobi?
-- Będę je okazywać, w Żarach, w Świdnicy. 
-- Naturalnie, nie mam nic przeciwko takiemu rozwiązaniu, zaświadczenie będzie wystawione. Proszę odebrać je u Waszczykowskiego.
-- On tym się teraz zajmuje?
-- Zajmie się, w ramach reorganizacji. 
-- Idę zatem. Obawiam się, że będę musiał na portierni odbyć kolejny jałowy spór o teczkę, a boli mnie już głowa. 
-- Na pewno już się wszystko wyjaśniło. Oddadzą panu teczkę. Nienaruszoną. Tymczasem proszę mechanizować. Rolnictwo, że się tak wyrażę, czeka. I niech pan jedzie przez Wrocław, proszę nie trudzić się bez potrzeby.

Edward Munch

Wersja skrócona. Cała opowieść o Zbigniewie C. tutaj:

http://balsamlomzynski1.blox.pl/html

08:43, balsamlomzynski
Link Komentarze (11) »
czwartek, 22 października 2009

baiden w warszawie

Biden z niespokojnej przedwieczornej drzemki wybudził się nad Zagłębiem Ruhry, pomyślał przez moment, że ze snu wyrwał go stukot kół starego torowiska Amtraku koło Aberdeen, ustalił, że jest wiceprezydentem chylącego się ku upadkowi mocarstwa i leci nad Niemcami. Wiceprezydent opowiedział pierwszy tego wieczoru dowcip.

Elizabeth Sherwood-Randall, doradca prezydenta do spraw w zasadzie europejskich, ale z wyraźnym naciskiem na Turcję, zareagowała na facecję wiceprezydenta jedynie symbolicznie, przepuszczając zwiększony strumień powietrza przez ściśnięte gardło.  Uruchomiła całą wiedzę zdobytą na drogim uniwersytecie u stóp łagodnych gór pasma Santa Cruz i całą bezwzględność wyniesioną z rodzinnego domu położonego w zamieniającej się w pustynię Dolinie Centralnej. Przypomniała wiceprezydentowi listę krajów, które miał tym razem odwiedzić; zaznaczyła, że trzej najwięksi wariaci nowoczesnej Europy to nie żarty.


Doktryna nietaktu wyprzedającego zrodziła się się w głowie Elizabeth na Rakowcu, gdy po prawej pojawiły się ciemne przestrzenie ogródków działkowych, a po lewej okrutne dziedzictwo postkomunistycznego budownictwa.
To, że Joe uderzy, nie ulegało wątpliwości; to że przywódca Polski wykaże się nadludzką odwagą i sprytem było równie oczywiste. O ile jednak ekscesy Joe dały się przewidzieć, zachowania prezydenta Polski pozostawały tajemnicą nawet dla najlepszych analityków Departamentu Stanu. Nim nastąpi niespodziewany atak, Elizabeth zamierzała odpalić gafę sui generis, akt niemiły, ale z drugiej strony jak najbardziej godny pochwały.

Lee Feinstein, świeżo nominowany ambasador USA w Warszawie zamówił wieniec w specjalizującej się w kwietnych aranżacjach żałobnych kwiaciarni Flora przy ulicy Dzikiej, dwa kroki od Umschlagplatz. Zadzwonił osobiście. Zaproponowano mu białe róże. Lee nigdy nie działał pochopnie, ale tym razem gwałtownie odrzucił sugestię kwiaciarki.
-- Wyłącznie czerwone.
-- Trzydzieści?
--  Sześćdziesiąt.

Zaniepokojony gwałtowną zmianą programu Szczygło przyglądał się scenie złożenia wieńca z okien dawnego lokalu kontaktowego „Marianna”, na ostatnim piętrze dziesięciopiętrowego domu przy Anielewicza. Towarzyszyła mu używająca teatralnej lornetki Junczyk-Ziomecka:
-- Potraktowali nas jak antysemitów.
-- Jesteśmy antysemitami, pani minister. A swoją drogą, dobrze wieniec składa.
-- Ja nie jestem. Za krótko stał i za mało się pochylił.
-- Kim jest ta blondynka z przodu?
-- Elizabeth Sherwood-Randall, zmiana programu wizyty to podobno jej pomysł.
-- Jej chodzi wyłącznie o to, żeby mówić o Turcji.

Czasu było trochę, bo gość najpierw spotykał się z premierem. W drodze do pałacu, Szczygło i  Junczyk-Ziomecka zdefiniowali zagrożenia i opracowali strategię. Sherwood-Randall będzie chcieć mówić krótko i o Turcji. Minister Ziomecka odjęła
lorgnon od zmętniałych oczu kobiety obcującej wyłącznie z kulturą wysoką:
-- Nie będziemy powstrzymywać prezydenta od pocałowania Elizabeth Sherwood-Randall w dłoń.

Kiedy mokra ręka konstytucyjnego satrapy pociągnęła wysportowane ramię Elizabeth Sherwood-Randall w górę i do przodu, dyplomatka napięła pośladki w krótkotrwałym oporze w obronie ideałów młodości. Końska szczęka Stasiaka napięła się groźnie i obróciła na muskularnej szyi bydlęcia; stojący po prawej asystent Elizabeth dyplomatycznie oddał kilka kropel moczu nadludzkim wysiłkiem powstrzymując chichot; Biden mordował asystenta wzrokiem; Elizabeth pomyślała jeszcze, że błyskotliwa dotąd kariera Lee Feinsteina skończy się w Bukareszcie, po czym uległa jak w czasach gdy szkoły publiczne Fresno były jeszcze w rękach patriarchatu. 
Wiotkie usta prezydenta runęły na rozwarte w krzyku pory naskórka Elizabeth.

To, co działo się dalej nie miało już właściwie żadnego znaczenia. Pokonana Sherwood-Randall siedziała bez czucia w jedynym z czterech foteli uratowanych z tragicznego pożaru 1852 roku, a Junczyk-Ziomecka poprawiała swą słynącą z asymetrii trwałą, z kwaśnym uśmiechem triumfującego poddaństwa. Turcja utrzymała się jedynie przez pół godziny. Joe rozgadał się na dobre. Mówił o inteligencji i takcie Polaków. Polski przywódca opowiadał historyjki z pogranicza Gruzji, a gdy tłumacz przestał sobie radzić, Stasiak odgrywał ukryte w ciemnościach wojska rosyjskie. Z góry założono, że choć spotkanie planowane jest na godzinę, potrwa dwie. To żadna cena za utrzymanie polskiego kontyngentu w Afganistanie.

Pozostawały jedynie doświadczenia końcowe.

-- Rozmawialiśmy z panem prezydentem, w zasadzie wiceprezydentem, o sprawach interesujących pana prezydenta i mnie; ale również rozmawialiśmy o tym, co interesuje nas, Rzeczypospolitą, ze względu na nasze położenie, a położenie to jest dla mnie jako prezydenta, najistotniejsze. Nie tylko chodzi o system MS-3, w ramach czterech faz, w latach 2011-2018, rozmawialiśmy o warunkach stacjonowania; to nie jest kwestia do rozwiązania między wiceprezydentem a prezydentem, ani, to przecież oczywiste, premierem a wiceprezydentem, i o ile wiem, a wiem, nawet tego nie próbowano; to są kwestię szczegółowe, mam nadzieję, że rozwiążemy to na zasadzie kompromisu; uzyskałem potwierdzenie o trwałości sojuszu; umocniłem się w przekonaniu, że jesteśmy bezpieczni, nie mówię o osobistym bezpieczeństwie, ale jeśli chodzi o osobiste, to oczywiście radzimy sobie z ministrem Szczygło sami; niebawem zresztą dołączy do nas Mario i wtedy mysz się nie przeciśnie; nie przewidujemy oczywiście konfliktu o charakterze zbrojnym, ale przecież on nie musi być zbrojny, żeby polała się krew istot najniewinniejszych, dzieci; bardzo interesujące było zainteresowanie prezydenta kwestiami bezpieczeństwa energetycznego, zwróciłem uwagę, ile tam gdzie najchętniej latam jest sporo zasobów energetycznych nierosyjskich i jak tam warto działać, oczywiście w pełnym poszanowaniu suwerenności; rozmawialiśmy o Turcji, ale w trybie konwersatoryjnym, choć aż pół godziny; warto takie opinie wymieniać, bo utrzymujemy dobre stosunki z państwem tureckim.  Cieszę, się z wizyty, która nastąpiła szybko; minęło 10 miesięcy od inauguracji, praktycznie jest to rocznica, choć nie jest to rocznica pełna. To była długa dwugodzinna rozmowa. Jeśli nie liczyć czasu poświęconego Turcji, to w zasadzie półtorej godzinna, ale jak powiadam, warto też rozmawiać o niczym. Wielokrotnie używałem zwrotu, że jedynym efektywnym eksportem demokracji jest NATO, jako sojusz polityczno-obronny, minęła właśnie 60 rocznica, która jest okrągła. Nie wiem czy zwrot tłumaczono dostatecznie precyzyjnie. Raz jeszcze powiadam, dłużej rozmawialiśmy niż gdzie indziej rozmawiano, a można było jeszcze dłużej, znacznie dłużej.

-- Zagadaliśmy się i jeszcze byśmy gadali, jak to między starymi przyjaciółmi; moja córka mieszka w największym polskim mieście poza Polską, w Chicago, ale tu się podobno nie żartuje. Polska dokonała postępu, ale ciągle domaga się komplementów i strona amerykańska ich nie szczędziła. Mamy z panem prezydentem wiele wspólnych zainteresowań, wiem, że pan walczył z Osetią, tak jak polskie wojska w Afganistanie. To są wojownicy, a nie żołnierze, bylibyście z ich dumni gdybyśmy wiedzieli, o co w Afganistanie chodzi. Oba kraje robią wiele, żeby wojska było dużo przy minimum celów. Po dzisiejszych rozmowach można powiedzieć, że prezydenci obu naszych krajów są czyści. Spotkałem się z weteranami, z kobietami i mężczyznami w mundurach. Tu tylko mężczyźni służą? Być może, ale poznałem tu dziś kobietę, która z właściwym sprzętem poradziłaby sobie na pierwszej linii niejednego frontu. Przez dwie godziny rozmawialiśmy, przepraszam, bo wiem jak Panu prezydentowi zależało, żeby rozmawiać długo.

Jeszcze tego samego dnia, wiceprezydent Biden dotarł do Pragi. Wprost z lotniska udano się na koncert Czeskiej Orkiestry Symfonicznej by wysłuchać IX symfonii Beethovena. Dyrygował Jiří Bělohlávek.

Pozostała tylko Transylwania, w której zdaniem Elizabeth Sherwood-Randall, Joe Biden powinien poczuć się dobrze.

Biden i Kaczyński

16:19, balsamlomzynski
Link Komentarze (17) »
środa, 21 października 2009

Drodzy Czytelnicy:

Na blogu red. Ziemkiewicza ukazał się komentarz porównujący córkę Wałęsy z wnukiem Stalina.
http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2009/10/20/wnuk-stalina-corka-walesy/

Napisałem rzeczowy komentarz, nie wychodzący w uprzejmościach poza język i metody pana redaktora Ziemkiewicza. Komentarz zablokowano. Czy, po lekturze mojego komentarza, zachcecie się proszę udać na blog Ziemiekiewicza i poprosić o pokazanie mojego komentarza? Ja nigdy nie ocenzurowałem ani nie zablokowałem żadnego z komentarzy na moim blogu.



Jeśli zdecydujesz się na komentarz na blogu Ziemkiewicza, skopiuj go, najlepiej po wysłaniu, gdy ukaże się on jako "oczekujący".  Jeśli Ci go wytną, umieść go u mnie jako komentarz do notki.


 

Oto mój komentarz:

Rzeczpospolita w NICZYM NIE PRZYPOMINA NAZISTOWSKIEJ GADZINÓWKI, ale działalność redaktora Ziemkiewicza przypomina propagandę. Zyzaka nie można złapać na kłamstwie bo wygłasza twierdzenia nie poddające się werfyfikacji.

Najważniejszym zabiegiem historyków Zyzaka, Gontarczyka, ale również obecnego prezydenta, np. w jego telewizyjnych wypowiedziach, jest (było) wywodzenie decyzji prezydenta Wałęsy po 89 z uwikłań elektryka Wałęsy we wczesnych lat 70.

Decyzje po roku 89 stają się więc zarazem przesłanką i konkluzją w dowodzeniu.

Nie jest przecież jasne, ze Wałęsa po roku 89 podejmował decyzje, które szkodziły Polsce , albo których nie podjąłby gdyby urodził się dziesięć lat później i nie uczestniczył w wydarzeniach grudnia 1970; absolutnie nie jest też jasne, że Wałęsa we wczesnych latach 70tych nie ogrywał ubecji raczej niż jej ulegał.

Analogia między insynuacjami sama jest insynuacją; jest też elementarnym zabiegiem propagandy na przykład komunistycznej w wydaniu Urbana.

Nie uważam, że "to żałosne, że tacy ludzie mogą grasować w polskim" dziennikarstwie, bo myślę, że ataki na Wałęsę zdecydowanie mieszczą się w granicach wolności niezbędnej by możliwa była również krytyka straszliwości jakie wyprawia czasem władza, chowając się za przepisami o zakazie obrazy majestatu. Gdybyśmy zakazali wieszania psów na Wałęsie, nie moglibyśmy wspólnie stawiać pytania o zdrowie naszych obecnych przywódców; bez takiej możliwości, moglibyśmy w przyszłości być reprezentowani przez szaleńców, których zdolność generowania strachu i konfuzji z luźnych związków między insynuacjami wynosiłaby ich czasem na urzędy publiczne.

Jak dotąd, moje komentarze na stronie Rzeczpospolitej były na ogół kasowane; jak będzie tym razem?


 

 

Godzinę później, na blogu Ziemkiewicza, ukazał się następujący komentarz, sygnowany nickiem Warszawski_ZgReD:

Szanowni ‘przeciwnicy’ treści zapisanej w felietonie!!
Macie zasadniczo okazje co dzień zdobyć jakis dowód na prawdziwość głoszonych przez Was tez, wystarczy w formie pisemnej lub też ustnej zwrócić sie do pana Wałęsy aby zwrócił kilkadziesiąt kart które był zabrał z teczki TW “Bolka”
Mniemam że wasze prośby zostaną ocenione i wysłuchane pozytywnie i dokumenty te _w_oryginale_ zostana zwrócone przez byłego Prezydenta.
Na razie nie wdawajmy sie w polemikę czy zostały zabrane z teczki TW “Bolek” w sposób prawem dozwolony.
Ja, a zapewne i Wy Szanowni interlokutorzy pragniecie dobrego imienia oraz pamięci heroicznych czynów/wyczynów które były udziałem pana Wałęsy.
Mam nadzieję że dacie radę wyprosić pana Wałęsę o te marne kilkadziesiąt kart z teczki.
Pozdrawiam.

 

Oto moja odpowiedz, która również została zablokowana:

 

Zachodzi jednak pytanie, Warszawski-ZgReDzie co ma piernik do wiatraka?

Z tego, że wyjął z teczki materiały nie wynika, że była współpraca.

Może wyjął dlatego, ze wejrzawszy w doskonałe fałszywki ubecji, nad którymi tłumy najlepszych umysłów SB pracowały przez dekadę, wystraszył się ludzi takich jak Pan i pomyślał, że jeśli materiałów nie usunie, to do końca życia nie zdziała niczego poza tłumaczeniem się z kwestii, które wikłają ciemne pokoje, pięciu ludzi bez poczucia humoru, lampę w oczy, dławiące oddech uczucie, że świat pozostanie przecież jaki jest i wrażenie, że jest się absolutnie osamotnionym.

Kolejny nieuzasadniony wniosek z przesłanki, która sama wymaga udowodnienia. Myślę, ze w istocie wyjął te materiały, ale nadal zachodzi pytanie dlaczego.

Czy to też Pan wytnie Panie redaktorze?

 


 

Fascynujące, że redaktorowi zarazem nie przeszkadzała taka oto notatka:

krzyhoo Pisze: 
21/10/2009 o 16:54

Jeśli chodzi o poziom dzienikarsko-meneleskiej hipokryzji, to Ziemkiewiczowi należy się nagroda Półlitera.




 

 

 

14:11, balsamlomzynski
Link Komentarze (19) »
wtorek, 20 października 2009

Pawlak

Październik nie był łaskawy dla wsi i produktów rolnych. Ceny mleka spadły gwałtownie, śnieg spadł zanim obornik na dobre przegryzł się z próchniczną warstwą gleby, mróz chwycił gdy rumiany idared barwił jeszcze grójeckie sady, Pawlak powiedział w telewizji, że dobrze jest żyć na podsłuchu.

Świtem dnia następnego, kiedy Iwona Grzymała, prezes sprzętowo związanej z pożarnictwem mleczarni "Plockman" wybudzała się właśnie z płytkiego snu właściwego niewiernym konkubinom, Pawlak pędził hybrydą do radia odkręcać straszliwą pomyłkę. Nie odkręcił. Popełnił następną, jeszcze straszliwszą.
-- Nasz rząd przecież mniej podsłuchuje niż PRL.
Prowadząca wywiad redaktorka nie wróciła jeszcze całkiem do siebie  kiedy ludowiec biegł przez zarośla ku swej hybrydzie gubiąc dziwnie tego dnia bezradną ochronę. Drżał, że więcej powie. Zamiast pojechać na komitet stały, Pawlak skierował hybrydę do domu. Nic paliła wiele. Zadzwonił do biura, że nie będzie go w pracy, powiedzieli, że już wiedzą od ABW, i że jego obecność nie ma większego znaczenia bo gospodarką kierują teraz mechanizmy rynkowe.

Pawlak kończył się wielokrotnie, ale tym razem wraz z nim kończyła się wieś. Minął Anin i przez chwilę leciał na Lublin, żeby choć zza szyb wozu spojrzeć na obszary prawdziwie wiejskie, ale wszędzie napotykał jedynie stany pośrednie. Zatrzymał hybrydę, zapalił papierosa, pomyślał o przemijaniu, służbie wojskowej w garnizonie ostródzkim i, zupełnie bez powodu, o opcjach walutowych. Zawrócił do Warszawy, dojechał do Anina, skręcił w ulicę Zorzy. Cicha była ta hybryda.

Wbrew oczekiwaniom zastał Iwonę w domu. Gdy otworzył drzwi do jej pokoju była naga i spocona, ćwiczyła nerwowo na treadmillu, ale Pawlak wyczuł znany mu dobrze z ław sejmowych pot.
-- Dlaczego nie jesteś w pracy?
-- Mleczarnię zamknęli, mógłbyś coś zrobić z cenami mleka.
-- Robię teraz w przemyśle, głupia. Dlaczego tu cuchnie Gienkiem Kłopotkiem?
-- Nie powiedzieli mi, że wcześniej przyjeżdżasz.
-- Kto ci nie powiedział?
-- ABW.
Gienek nigdy nie przyjeżdżał do Iwony bez powodu. Wyczuł słabość Pawlaka, sięgnął po kobietę szefa, po kawałek władzy, skrawek wpływów, po cokolwiek bo polityka dobrze znosi umysłową próżnię. Takie jest życie, a ludzie Pawlaka zawsze szanowali jego surowe wymogi.  Pazurami zawsze musieli wydzierać swoje, bo najpierw obcy ziemię zabierał, a potem swój swojemu był wilkiem.

Minął kuchnię, z której czuć było gachem. Gdyby Pawlak wtedy wymyślił, co zrobić ze zwłokami, Kłopotek już by nie żył. Zadzwonił po radę do Pitery:
-- Taka sprawa, pani minister, odczuwam nieprawidłowości na szczytach władzy, ale nie wiem co zrobić ze zwłokami.
-- Panie wicepremierze, proszę przedłożyć pismo, najlepiej na zespole międzyresortowym.
Poparcie wsi wszystkim było potrzebne, ale wsi było coraz mniej, Pawlak robił zresztą w przemyśle, a i tam nie robił przecież wiele.  
Prywatny gabinet Pawlaka mieścił się w najdalszej części domu. Okna wychodziły na sosnowy las.  Wysoki pokój pełen był książek, starych odbiorników radiowych, pamiątek z rodzinnego domu, pucharów przechodnich, proporczyków z czasów PRL, okresu kiedy Pawlak wstawał o czwartej rano, pomagał przy dojeniu, a potem pozostawał społeczno-politycznie aktywny aż po nadejście nocy. Nad biurkiem wisiało duże chomąto. Lampa na biurku zapaliła się. Z ciemności wypłynął Stasiak. Był nieuzbrojony.
-- Sądząc po zgromadzonych tu przedmiotach, panie premierze, kiedy pan mówi, że teraz jest lepiej niż za PRL, to w istocie myśli pan, że teraz jest gorzej.
-- Obaj mamy ten sam problem. Jak pan, panie ministrze, mówi, że się pogarsza, to się na ogół polepsza.
-- Ze zwłokami można poradzić sobie na wiele sposobów.
-- Duża ulga. Ciągle mnie, bogu dzięki, ktoś podsłuchuje.
-- Ale nie potrwa to długo. Pora się zacząć dogadywać, panie premierze. My nie wygramy bez wsi, pan ma do stracenia absolutnie wszystko.
-- Przegracie bez wsi i z wsią.
-- Chodzi tylko o przejście do drugiej tury. Na drugą turę mamy bombę atomową.
-- Nie wierzę w wasze bomby, poza tym nie ma już wsi.
-- Jest, za długo pan robił w przemyśle.
-- Czy ktoś mi zagwarantuje, że będziecie dalej mnie podsłuchiwać?
-- Może być pan pewien, że przy nas czuć się pan będzie jak w PRLu.

stasiak

20:11, balsamlomzynski
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 19 października 2009

 

http://img392.imageshack.us/i/hema0kx3.gif/#q=crazy doctors pictures

Cielesny aspekt choroby prezydenta lekarz pałacowy, doktor Lubiński, zidentyfikował stosunkowo szybko, choć stało się to przypadkowo, prawdopodobnie podczas badania palpacyjnego odcinka lędźwiowo-krzyżowego. Lubiński zaaplikował dożylnie dwudziestoprocentowy roztwór magnesium sulfiricum, traktując targającą pacjentem rzucawkę jako przejaw niedoboru magnezu. Wystąpiły typowe przy stosowaniu tego leku zaburzenia żołądkowo-jelitowe, ale medyk wziął to za objawy przełomu ciśnieniowego i wcisnął choremu nitromint, tym razem podjęzykowo. Na narastające rozkojarzenie elektryczno-mechaniczne wykształcony w ośrodkach zagranicznych Lubiński zareagował atropiną w kroplówce, 3 mg, co trzy minuty. Leki były nieskuteczne i przypadkowo dobrane; odchodząc od łóżka, lekarz pałacowy zostawiał pacjenta w majakach, gorączce i w stanie ogólnym gorszym niż ten, w którym go zastał, ale prezydent, gdy jeszcze był z nim jakiś kontakt, domagał się by leczyć go tak jak leczą się jego obywatele.
-- Czy mogę jeść smażone, panie doktorze?
-- Ten podział wyszedł już z użycia, panie prezydencie. Mówi się raczej o produktach o wysokiej i niskiej zawartości tłuszczu, o ich pochodzeniu roślinnym i zwierzęcym, choć skądinąd o pochodzeniu mówi się coraz mniej. Mówi się też o uprawach ekologicznych i konwencjonalnych, żywności transgenicznej i modyfikowanej jedynie przez naturę. Z dychotomii tradycyjnych, pozostał już tylko podział na pokarmy stałe i płynne.

Lekarz pałacowy wykształcił się wprawdzie w ośrodkach zagranicznych, jednak natychmiast po powrocie do kraju uległ niezdrowym wpływom ministerstwa zdrowia, a także obyczajom panującym w środowisku medycznym.  Po zagranicznych wojażach została mu jedynie wyniosłość.

Wypych czekał na lekarza w wąskim przesmyku łączącym prywatną rezydencję prezydenta z kaplicą.
-- Jakie są rokowania?
-- Choroba ma naturę psychosomatyczną, jak wiele chorób naszych czasów.
-- Jeśli prezydent nie skomentuje wydarzeń bieżących do poniedziałku wieczór, przestaną być bieżące.
-- Odniosłem wrażenie, że zawsze dotąd pojawiały się nowe wydarzenia.  Czy nie może skomentować nowych?
-- Biuro Bezpieczeństwa Narodowego nie zgadza się na marnowanie afer.
-- Czy ostatnio dostrzegł pan, panie ministrze, w zachowaniu prezydenta coś niezwykłego?
-- Zapragnął pozdrowić delegatów na zjazd Solidarności w Białymstoku przez videolink.
-- To mieści się w normalnych zachowaniach przywódców.
-- Mieści się tylko wtedy, gdy obecność przywódcy jest bardzo pożądana, a przywódca nie ma ochoty przyjechać, nie zaś gdy jest odwrotnie. Widzę, że podczas badania powziął pan podejrzenia co do stanu nerwów prezydenta.
-- Niepokoił się o podsłuchy zakładane dziennikarzom, o stan praw obywatelskich i efektywne sprawowanie funkcji kontrolnej przez media.
-- To nie jest objaw chorobowy lecz instrukcje brata pana prezydenta. Proszę zwrócić uwagę, panie doktorze, że o stan praw obywatelskich i niezależność prasy troszczy się również Wasserman.
-- Atropinę podałem zatem pochopnie, na skutek braku doświadczenia politycznego. Idę tam ponownie.

W krótkim czasie jaki upłynął od wyjścia doktora Lubińskiego, stan prezydenta pogorszył się. Lekarz zorientował się, że chorego najwyraźniej odwiedziła rodzina, bo wokół znajdowały się półmiski z dobrze wysmażonymi potrawami z kartofli. Ktoś włączył telewizor.  Oczy pacjenta płonęły, głos słabł.
-- Gmyz, Rzeczpospolita, oni nie mają prawa.
Spokojny dotąd lekarz pałacowy zaczął działać szybko. Podał alfentanyl, głównie, a może wyłącznie ze względu na krótki klirens leku. Odchodząc od łóżka, doktor Lubiński zauważył, że prezydent się uspokoił i cicho kwili.
Miejsce Wypycha w przesmyku zajął Szczygło. Szef BBN był zaniepokojony nie na żarty, ciężko dyszał, chodziły mu szczęki, a o oczach lepiej nie mówić.
-- Czy nie potrzebuje pan przypadkiem opieki lekarskiej, panie ministrze?
-- Jestem zdrowy, natomiast afer, w tym stoczniowej, marnować nie pozwolę. Dowiaduję się, że wziął pan troskę o prawa obywateli za objaw chorobowy.
-- Jestem lekarzem, nie politykiem. Dotąd się nie troszczył, raczej nastawał.
-- Czy doprawdy nie zauważył pan, że o prawa człowieka w chwili obecnej troszczy się Wasserman, Giertych, a nawet Ziobro? Jest pan lekarzem prezydenckim, po którym oczekuje się politycznego wyrobienia.
-- I jako lekarz oświadczam, że może stanowić pan zagrożenie dla siebie i dla otoczenia.
-- Jeśli stanowię zagrożenie, to jedynie dla byłych komunistów, przeciwników wrogów komunizmu, wszelkiego pedalstwa i żydostwa, nie dlatego że nie lubię Żydów, ale dlatego, że to komuniści i ja się z nimi pieprzyć nie będę.
-- Proponuje betachistynę, 24mg dwa razy dziennie. Wzmaga krążenie w uchu środkowym, ale nie tylko. Ponadto mykofluid, dwa psiuki do nosa, gdyby wystąpił obrzęk.
-- Jeśli to ucho środkowe to skąd będę wiedział, że mam obrzęk?
-- Różne są reakcje osobnicze, ale w pańskim przypadku spodziewam się wysięku w kolorze brunatnym przechodzącym w smolisty. Skupmy się jednak na na zdrowiu pana prezydenta. Podałem silne środki, po których, jeśli się z nich w ogóle wybudzi, z pewnością będzie komentować. Inna sprawa czy koherentnie.
-- Biuro Bezpieczeństwa Narodowego bierze poprawną interpretację słów pana prezydenta na siebie. Czy pacjent wspominał o Pawlaku?
-- Owszem, ale sądziłem, że to normalna reakcja na atropinę.
-- Może pan wracać do siebie. Informacje o pacjencie będzie pan otrzymywać bezpośrednio. Proszę jedynie uruchomić to oto urządzenie elektroniczne.
-- Czyżby Pawlak stanowił jakieś zagrożenie?
-- Jest dokładnie odwrotnie, Pawlak to nasza nadzieja. Prezydent dowiedział się dziś jednak, że wszyscy którzy się liczą, są na podsłuchu. Gmyz był podsłuchiwany, Rzepa to publikacja szmatława i upadająca, pracuje tam kto chce, więc pojmuje pan jak czuje się człowiek, którego naród wybrał w wyborach powszechnych.
-- Rozumiem, że wyłączenie telewizora w pokoju prezydenta nie wystarczy.
-- Założymy podsłuch i podgląd.
-- Ale on się przecież nie liczy.
-- Dlatego będzie pan jedynym odbiorcą danych i będzie je pan zbierać w trybie przed-operacyjnym. Instrukcje znajdzie pan w opakowaniu.
-- Z e-medycyną stykałem się już w ośrodkach zagranicznych.

http://www.efakt.pl/Lech-Kaczynski-jest-chory-Dopadla-go-,artykuly,54727,1.html

07:31, balsamlomzynski
Link Komentarze (10) »
piątek, 16 października 2009

agent tomek

Pozbywanie się zastępców wypełniło generałowi Wojtunikowi wtorek i środę. We czwartek technicy oczyszczali niegdysiejszy gabinet Mario z podsłuchów. Usunięto trzynaście figurek Piłsudskiego różnej wielkości; zaskakująco duże jabłka  z plastiku z dziurkami imitującymi kanały wyżłobione przez robaki; rośliny doniczkowe, którym atmosfera podejrzliwości wyraźnie posłużyła bo kwitły i owocowały jak poszycie tropikalnych lasów. Przed piątkiem rano nie udało się jedynie usunąć rudego kota pozostawionego przez jednego z zastępców Mario. To z powodu tego kota postanowiono nie podejmować nowych działań antykorupcyjnych.
Wstrzymano natomiast wszystkie bieżące operacje CBA, zaczynając od tych najważniejszych. Narządy rodne agentów wyjęto z rozognionych korzyścią osobistą ciał osób prowokowanych; bagażniki furgonetek wypełniły się niewręczonymi korzyściami majątkowymi, które przez całą noc zwożono i deponowano w sejfach Banku Gospodarki Żywnościowej. W nocy z czwartku na piątek, w zamkniętym na głucho składzie celnym na Białostoczyźnie otworzyło się wieko skrzyni z oliwą z oliwek, w Rzeszowie z częściami zamiennymi do maszyn rolniczych i bawełną z Kazachstanu; trzech agentów wynurzyło się z Bugu we Włodawie i oddało się do dyspozycji tamtejszego, nigdy porządnie niezlustrowanego establishmentu;  jeden patrol po prostu nie wysiadł w Poznaniu i pojechał do Berlina, gdzie przebywa do dzisiaj, utrzymując się z wymuszeń, prostytucji i drobnych kradzieży.  Skruszeni ojcowie wrócili do swoich żon i dzieci i oddali się lekturze tradycyjnych gazet; wiele mieszkań wypełniła woń zupy grzybowej i powideł ze śliwek gotowanych ze szczególną gorliwością przez skruszone żony. Ruszyły zahamowane procesy prywatyzacyjne, dostosowawcze i globalizacyjne, a znużona gospodarka ponownie wsparła się na wiedzy.  
Pierwszy świt bez CBA w jego dawnej formie wstał czysty i osobliwie wolny od patologii w strukturze władz. Z braku oczywistych obowiązków, Julia Pitera została tego dnia w swoim domu na przedmieściach, przyoblekła się w odzież ochronną i zrosiła brzoskwinie roztworem miedzianu 50WP. Uczyniła to za wcześnie, bo brzoskwinie nie straciły jeszcze liści, ale bała się, że niebawem znów będą jej powierzone równie rozległe i równie pilne jak poprzednio obowiązki, z których wywiąże się terminowo i ze wszech miar zakulisowo, a jej skuteczności nie będzie końca. Natomiast Wojtunik wiedział, że choć pozbył się zastępców Mario, choć wszystko wstrzymał i wszystko, poza kotem, usunął, nie dotarł jeszcze do jądra opętańczej organizacji i nie przekształcił jej tak by działała zgodnie ze swoja nową rolą.  Jaka to była rola? Tego generał jeszcze nie wiedział.
W piątek, nowy szef nadzorował przegląd wszystkich czterystu sześćdziesięciu agentów i agentek i osobiście zwolnił połowę personelu biurowego. Agenci mówili że wykonywali tylko rozkazy, agentki, że nie miały wyjścia bo ich mężowie nie pracują, pracownicy biurowi, że oni przecież jedynie spowalniają, a nie przyspieszają toczące się śledztwa.  Solennie obiecywano lojalność. Wojtunik  postanowił uwierzyć, ale na ich pytania, co będą robić dalej, odpowiadał wymijająco.
Dzień pracy dobiegał końca i przed przyjęciem ostatniego agenta, generał otworzył okno, wziął głęboki oddech i spojrzał na dziedziniec i na przywdzianych w przedwcześnie ciężkie płaszcze przechodniów; ze strychu budynku na wprost odebrał dyskretne pozdrowienie dbających o jego bezpieczeństwo snajperów. Ostatnim agentem do zweryfikowania był porucznik Tomasz Małecki.
„Kola” nie był ani typem wiejskiego amanta, ani biznesmena wątpliwej konduity, fryzura nie tchnęła biłgorajskim pierwowzorem w najmniejszym nawet stopniu; agent ani nie pachniał szczególnie, nie wyglądał na kogoś kto ma nadzwyczajnie białe zęby. Poruszał się sztywno i nie mógł być szczególnie wysportowany, jedynie stosunkowo szczupły. Nie był typem południowym lecz zmęczonym dojazdami i ciężką pracą w błędnie wybranym zawodzie człowiekiem. Miał w sobie zwykłość i nieciekawość, jaką czasem dysponują pasażerowie pociągów dalekobieżnych, i przed którymi ucieka się mimo wykupionej miejscówki i potem przez wiele godzin pije się w warsie rozpuszczalną kawę.
Rudy kot zastępcy Mario skorzystał ze zdumienia Wojtunika, dokonał fizycznie niemożliwego skoku z szafy wprost ku otwartemu oknu, srebrny dzwoneczek u szyi zwierzęcia zadzwonił i kot rzucił się z parapetu głową w dół. Kochający koty generał zamarł w oczekiwaniu jakiegoś dźwięku przesądzającego, jaki los spotkał rude zwierzę, ale nie usłyszał niczego, co dowodziłoby, że kot zderzył się z jakąś dającą się udokumentować formą rzeczywistości.
-- Czyżby potrafił pan stać się tym kim pan chce, poruczniku Małecki?
-- To nie ma znaczenia. Myślę, że powinien mnie pan zwolnić, panie generale bo i tak nigdy mi pan nie zaufa.
-- Należało wobec tego złożyć dymisję. To prawda, nie zaufam panu nigdy, ale może pan u nas odbyć pokutę.
-- W jakiej roli?
-- Pójdzie pan w teren, ze skromniejszym niż niegdyś budżetem, ale dostatecznym by być hojnym i wpływowym parafianinem. Jest pan wierzący?
-- Nie w zwykłym sensie, ale uważam, że istnieje istota wyższa, która kieruje naszymi krokami.
-- Wyczuwam w pańskim głosie autentyczną prostotę i otwartość.
-- Dziękuję, panie generale.
-- Nie będzie pan mieć określonych zdań, jedynie szczerze uwierzyć, bywać w kościołach, jeździć na pielgrzymki, uczęszczać na koła różańcowe, słuchać radia i zmienić operatora komórkowego.
-- Nie oczekuje pan chyba, że będę uwodzić staruszki? Tego jednego nie umiem sobie wyobrazić.
-- O żadnym uwodzeniu nie może być teraz mowy. Ten schemat działania jest spalony i nielegalny. Będzie pan zachowywać się normalnie i składać regularne raporty. Nie tu, będziemy spotykać się w mniej oczywistym miejscu. Z czasem stanie się jasne, do czego przydadzą się pańskie zdolności.
-- Chcę pan bym prowadził rozpoznanie możliwych form korupcji?
-- Chce jedynie by odbył pan szczerą pokutę.

18:04, balsamlomzynski
Link Komentarze (13) »
czwartek, 15 października 2009

Kapelan prezydenta

Z powodu gwałtownych opadów śniegu, w pałacu prezydenckim siadł prąd i żeby posłuchać „Sygnałów dnia”, prezydent musiał włączyć tranzystor. Dostrajając odbiornik, brat prezesa trafił niechcący na dobrze umotywowane sapanie redaktora Semki, ale potem odezwała się Paradowska i prezydent jak oparzony, drżącymi rękami kręcił pośpiesznie, aż dotarł do „Sygnałów dnia”. Zapachniało świeżo skoszonym sianem i serwatką. Leciała właśnie nad wyraz wyważona prognoza pogody, a potem była korespondencja z Lublina, o polowaniu CBA na autora fałszywego planu miasta. Do studia wszedł Wypych i dziennikarz Jedynki był dla ministra wyrozumiały jak w 2005, kiedy to prezes nie przychodził do radia tylko radio przychodziło do prezesa. Minister Wypych brutalnie straszył i formalno-prawnie się dziwił, politycznie dwoił się i troił, zachęcał do wyjaśnienia wszystkich afer, zaznaczając zarazem, że w polityczne wojenki pałac się nie będzie angażować. Dziennikarz mógł zapytać jak pałac zamierza nie mieszać się w konflikt, który sam wywołał, ale naturalnie tego nie zrobił. Taka spolegliwość była uszom prezydenta miła, ale nawet się nie uśmiechnął. Po wywiadzie z Wypychem, puścili „Bo z dziewczynami nigdy nie wie, och nie wie się” i prezydent tupnął, zakołysał się, uśmiechnął, troszkę zaślinił i zakaszlał. Poczuł delikatne drapanie w gardle, ból głowy, słabość w plecach, dzwonienie w uszach i zrozumiał, że nadchodzi pierwsza jesienna grypa.
Jak jednak odróżnić chorobę ciała od choroby duszy? Skąd wiadomo czy człowiek jest smutny czy jedynie wkurwiony? Skąd właściwie wiadomo, czy dano ciała czy powzięto historyczny kompromis? A może Joanina na coś się jednak komuś zda? Prezydent nie rozwiązał żadnego z tych dylematów w sposób ostateczny, ale wyrażając pragnienie rozmowy z kapelanem opowiedział się jednak po stronie duchowych źródeł jesiennej grypy.
Ksiądz Roman przesiadywał na plebanii przy swoim macierzystym kościele Dzieciątka Jezus na Żoliborzu, pił z tamtejszym proboszczem wina gruzińskie i mołdawskie i nie pojawił się natychmiast. Kiedy się pojawił, siadł do prezydenckiego łoża bokiem i w zasadzie mówił do portretu Kościuszki.
-- Niech będzie pochwalony.
-- Ma ksiądz na myśli Kościuszkę?
-- Ironia czy konfuzja, panie prezydencie?
-- Grypa, a może gorzki smak klęski.
-- Czy wszystko stracone?
-- Ostatni ludzie Mario noszą jeszcze towar redaktorowi Semce, żeby on mimo swej opasłości do tego towaru jakoś dotarł, ale ja już w nic nie wierzę.
-- Wierzy pan zatem w nieskazitelność rządu.
-- Postkomunizm w narodzie umarł i czuję, że ja umieram wraz z nim.
-- Być może jako chrześcijanin nie powinienem takich rzeczy mówić, ale należy myśleć pozytywnie, panie prezydencie.
-- Rzecz w tym, księże kapelanie, że w moim przypadku myślenie jest pozytywne jeśli dzieją się rzeczy negatywne.
-- Ma pan wszakże pierwszą jesienną grypę, panie prezydencie. Być może ona jest ptasia.
-- Chodzi o Rzeczpospolitą, księże kapelanie, wyłącznie o nią.

12:56, balsamlomzynski
Link Komentarze (5) »
wtorek, 13 października 2009

Kaczyński

Na dymisję „Mario” Kamińskiego prezydent odpowiedział stanowczym spotkaniem. Ponieważ Stasiak, Wypych, Duda i tak już się wespół z prezydentem spotykali w sali Błękitnej, pozostawało jedynie zmienić spotkanie rutynowe w stanowcze.
-- Ministrze Duda, pójdzie pan powiadomić prasę, że spotykamy się stanowczo.
-- Jeśli zapytają, czy przypadkiem i tak się nie spotykaliśmy, życzy pan sobie bym skłamał czy też bym powiedział prawdę?
-- Jeśli pójdziecie do Rzeczpospolitej, nie zapytają.
-- Może powinniśmy kogoś znacznego na wszelki wypadek doprosić?
-- Jeśli macie na myśli Szczygłę to trzeba wam wiedzieć, że widzę go codziennie.
-- Może Abdula Rahmana el Assira?
-- Ja tego pana nie znam.
-- Ale on pana zna.
-- Skąd to wiadomo?
-- On zna wszystkich.
-- Skąd to wiecie?
-- Od Rabiha el Assira.
-- A kto to jest?
-- Brat Abduli Rahmana el Assira.
-- Rahiba też nie znam. 
-- Nie zna pan, panie prezydencie, czy jedynie zerwał pan z nim znajomość?
-- Idźcie już Duda i zapytajcie Bochenek dlaczego was mianowałem na ministra. Ale nie przychodźcie z odpowiedzią, zachowajcie to dla siebie.

W trzyosobowym składzie, spotkaniu w żadnym razie nie brakowało stanowczości, ale świadomość, że liczba uczestników zmniejszyła się, zaciążyła wszystkim, szczególnie źle znoszącemu wszelkie niedopowiedzenia Stasiakowi. Prezydent wykazał się refleksem emocjonalnym, który jest taki sam jak zwykły, potrzebny na przykład pod ogniem sowieckich karabinów, tyle że prezydent go ma.
-- Ministrze Stasiak, pójdzie pan wezwać Kamińskiego.
-- Mario czy tego europosła?
-- Cóż to za pytanie, oczywiście, że Mario.
-- Mario trzymam w Hetmańskiej, za ścianą, wystarczy krzyknąć.
-- Jestem prezydentem a pan prezydenckim ministrem. Nikt tu nie będzie krzyczeć bo to psuje państwo. Proszę iść w trybie zasadniczej niewiedzy co do jego miejsca pobytu i w duchu konstytucyjnej rozdzielności urzędu prezydenta Rzeczpospolitej od tajnych służb.
-- Rzeczpospolita się oddzieliła?
-- Media to już nie wasza działka. Idźcie do Hetmańskiej w wyżej wymienionym duchu i w przedmiotowej niewiedzy.
-- Naturalnie, panie prezydencie, będę się poruszać tyłem.

W dwuosobowym składzie, spotkanie tylko zyskało na stanowczości, ale rutynowość ciągle przebijała i zakłócała atmosferę kryzysu państwa, którą bezprawne dowołanie Mario wywołało. Prezydent spojrzał na Wypycha.
-- Trzeba iść do TVN, kuć żelazo póki gorące. Kryzys państwa sam się nie zrobi.
-- Naturalnie, panie prezydencie. Co mam powiedzieć?
-- Że prezydent jest zdumiony.
-- To może być za mało.
-- Pogróźcie jeszcze trybunałem stanu, ale nie za mocno, bo jeszcze nie wiem co to jest. Potem jeszcze się pośle Szczygłę, on zresztą lepiej postraszy.
-- Jeśli pójdę, trudno będzie twierdzić, że się pan spotyka.
-- Nonsens, jak mówicie w telewizji, że jestem zdumiony, a oni wierzą, to przecież to jest taka sama sytuacja, bo was tu przecież nie ma, a ja mogę w tym czasie przejść ze zdumienia w oburzenie.
-- To może lepiej jak wezmę pana z sobą.
-- Jak wy to sobie wyobrażacie, że będę siedział w kącie zdumiony?
-- Zdumiony to rzeczywiście może być trudne, ale oburzony, jak najbardziej.
-- Zejdźcie mi z oczu.

Gdy prezydent został sam, stanowczość narastała, ale nie było jej komu zakomunikować i na nowo zapachniało rutynowością. Jak zwykle, Mario wszedł w porę.
-- Widzę, że siedzi pan, panie prezydencie w Błękitnej, w samotności.
-- Ze smutkiem stwierdzam panie ministrze, że afera stoczniowa jest cokolwiek dęta. Przykrył pan znakomitą aferę hazardową, w której była jednakowoż rozmowa na cmentarzu, jakimś półproduktem. Nie przykrywa się afery aferą, w szczególności gorszą.
-- Proszę się nie niepokoić, panie prezydencie, już to naprawiłem.
-- W jaki sposób?
-- Stoczniową przykryłem za pomocą finansowej.
-- Przykrycie przykrycia nie odsłania rzeczywistości przykrywanej, czyli afery hazardowej.
-- Myślałem, panie prezydencie, że rzeczywistością przykrywaną jest pański podpis pod traktatem, a hazardowa go przykrywa.
-- Sami widzicie, przykrycie drugiego stopnia nic nie odsłania, ale trzeciego i wyższego już tak. Finansowa nie może więc przykrywać stoczniowej, musi być bytem samodzielnym. Czy w finansowej są przynajmniej jakieś znaczne sumy?
-- Trzy miliardy. Wydarte Rzeczpospolitej z samego serca ministerstwa finansów.
-- Szczebel, podajcie na miłość boską szczebel.
-- Minister, może nawet premier.
-- Rzeczpospolita płonie. Pozwolicie, że wstanę i obejdę stół dookoła. Powiedzieć prawdę, odbywało się tu rutynowe spotkanie, a jego stanowczość to, rzec można, fakt medialny, o ile oczywiście Duda doszedł. Robiło się nawet trochę niezręcznie. Za finansową bardzo jestem wdzięczny. A teraz podajcie nazwiska, niech wreszcie usłyszę nazwiska.
-- Kawałek Buzka, Miller, Belka, Kaczyński.
-- Jeśli o moje doznania chodzi, to przyznam, że stoczniowej jakby nigdy nie było.
-- Może to dlatego, że technicznie rzecz biorąc popełniłem właśnie przeciek.
-- W istocie, targa mną sprzeczne uczucie, że jestem zarówno źródłem jak i odbiorcą przecieku. Ale w Rzeczpospolitej stale się takie rzeczy dzieją. 
-- Siedząc w Hetmańskiej, pomyślałem też, panie prezydencie, że można by ustrzelić kogoś w pałacu, żeby nie było, że tylko na rząd dybiemy. 
-- Strzelajcie, nie zależy mi, byle nie w Szczygłę, zabije was i waszego psa. Macie kogoś konkretnego na myśli?
-- Duda zna Drabę.
-- A Draba to kto?
-- Też pański minister, tyle że były, a obecnie pracownik firmy Rabiha el Assira, w której handluje się bronią.
-- Rabih el Assir to kto?
-- Brat Abdula Rahmana el Assira.
-- To na nic, Mario, Abdul zna wszystkich.


23:53, balsamlomzynski
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 12 października 2009

Kaczyński się modli

Młody diakon podniósł oprawioną w czerwone sukno księgę na wysokość białej jak kreda twarzy Benedykta XVI.

Miserere nostri, domine.
Quia peccavimus tibi

Spojrzenie biskupa Rzymu powędrowało nad bukietami zebranych o świcie w ogrodach watykańskich storczyków i azalii, nad drżącymi płomieniami świec i ponad głowami purpuratów, ku Lechowi i Marii Kaczyńskim, jedynym spośród zgromadzonych, którzy od początku ceremonii nie odpowiadali na zaklęcia celebransów. Z narastającą niecierpliwością i gasnącym zrozumieniem oboje wertowali otrzymane przed mszą książeczki do nabożeństwa. Twarz Marie skrywała czarna woalka. Załzawione oczy prezydenta zwrócone były ku sprawom nie z tego świata.

Józef Forgacz, dolnośląski laryngolog, bliski współpracownik Sobiesiaka i znajomy Chlebowskiego z chrzęstem wsunął urządzenie w kształcie dwuzębnego widelca, służące do usuwaniu przerostów tkanki, w przestrzeń między błoną śluzową a kością nosową leżącej na stole operacyjnym córki Sobiesiaka. Znany laryngolog zwiększył napięcie w urządzeniu, do którego podłączony był widelec do najwyższego, ósmego poziomu i poczekał aż z nosa wysoko kwalifikowanej i uzdolnionej kobiety dobędzie się dym. Opuścił salę operacyjną przez drzwi wychodzące na wąski i ciemny korytarz. Tam doktor Forgacz zdjął z czoła laryngologiczną lampę i wyplątał się z przewodów. Używając obu rąk, z troską zdjął osłaniającą sam czubek głowy zieloną czapeczkę chirurga. Na dwuczęściowy fartuch nałożył długi płaszcz i wymknął się na parking. Trzy minuty później zaparkował obok kipiącego od nadmiaru śmieci cmentarnego śmietnika w Marcinowicach. Pochylony wszedł między pochodzące z połowy lat osiemdziesiątych identyczne groby z lastryka. Spóźnił się. Za nagrobkiem z dwumetrowym aniołem ze skrzydłami sięgającymi czasów współczesnych, Marcin Rosół wręczał już Zbigniewowi Chlebowskiemu dwa zawinięte w gazetę znicze.
-- Dlaczego, kurwa znicze?
-- Wiadomość od Kamińskiego. Daje ci dwa znicze, podajesz dwa nazwiska, dostajesz dwa lata w zawieszeniu.

Przebrzmiał słodki śpiew chóru i arcybiskup Angelo Amato, prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych wstąpił na wyściełany adamaszkiem podest i zbliżył na się do papieża. Towarzyszyło mu pięcioro postulatorów. Siedzący w półkolu kardynałowie nałożyli na głowy wysokie, beżowe mitry. Cierpiąc na chorobę Parkinsona kardynał Carlo Maria Martini drżącą ręką odrzucił na kark zwisające z mitry wstążki. Kardynał Dziwisz nałożył mitrę później niż inni:
-- Czego chcesz, jezuito, w zamian za odstąpienie od obiekcji wobec przyspieszenia beatyfikacji, o którą chodzi naprawdę?
-- Chcę, wasza eminencjo, żeby przyznano, że błogosławiony Karol złożył pocałunek na Koranie.
-- On zostanie świętym, ale ja stanę się kłamcą.
-- W tym rzecz, wasza eminencjo, w tym rzecz.


Na trzecim piętrze budynku ministerialnego przy Wspólnej, oficer ochrony, podpułkownik Arkadiusz Koschalke, pomagał Andrzejowi Lepperowi nałożyć kamizelkę kuloodporną. Rozmiar kamizelki nie był właściwy i dopinając paski, pułkownik spowodował wytrzeszcz oczu i silne zaczerwienienie twarzy wicepremiera, a potem także poważne i, jak się okazało, groźne dla życia zaburzenia oddechu. Ostatnie słowa jakie wygłosił efemeryczny minister rolnictwa brzmiały: „Owoców miękkich, gdzie... załatwiłem w Brukseli, zwiększone dopłaty do owoców miękkich...”

Omnes sancti Angeli et Archangeli,
orate pro nobis.
Omnes sancti beatorum Spirituum ordines,
orate pro nobis.

Urzędnik niższego szczebla wszedł do Sali Niebieskiej. Była ciemna noc, ale nie zapalił wszystkich świateł. Termin podpisania zmieniał się z dnia na dzień i obawy, że czegoś nie dopilnuje nie dawała urzędnikowi spać. Chciał raz jeszcze sprawdzić czy przygotowano właściwe flagi i czy żadna nie jest umieszczona do góry nogami. Po raz setny w tym tygodniu wyjął z pióra wkład i sprawdził czy wypełniony jest atramentem. Na wszelki wypadek przeciągnął stalówką po wyrwanej z notesu kartce. Usłyszał trzask zamka. Ktoś przygasił nieliczne światła. Urzędnik wstrzymał oddech.
-- To pan, panie prezydencie?
-- A któż by inny?
-- Pański głos brzmi jaśniej, pański krok jest tej nocy żywszy, a pańskie ruchy zdradzają, że nie całkiem opuściła pana energia.
-- Zechce pan panie ministrze wrócić do siebie, sam sprawdzę to pióro.
-- Nie jestem nawet podsekretarzem stanu. Ponadto nocą na ogół zwraca się pan do mnie per wy.
-- Coś panu poradzę. Niech pan tu więcej nie przychodzi. Sam dopilnuję, żeby pióro działało. Poradzę panu coś jeszcze. Wygląda pan na człowieka bojaźliwego. Zechce pan wziąć kilkudniowy urlop bo wydarzenia nieco teraz przyspieszą. Mój brat niczego nie zauważy.

Diakon po raz ostatni zbliżył się do papieża z otwartą księgą. Znad grubych szkieł Benedykt XVI spojrzał na wiernych i na tych udających wiarę. Przerzucił wzrok na księgę, odczekał sekundę i przemówił drżącym głosem: „... po długim zastanowieniu, wielokrotnym przyzywaniu pomocy Bożej, a także po wysłuchaniu opinii wielu naszych braci w biskupstwie, ogłaszamy i uznajemy za świętych błogosławionych Zygmunta Szczęsnego Felińskiego....”

Amen, Amen, Amen.

Marie załapała się na ostatnie powtórzenie, ale prezydent nie zdążył i w Katedrze Świętego Piotra rozległo się jeszcze jedno, wypowiedziane głośno acz niewyraźnie, dodatkowe, czwarte amen. Wysokie czapki kardynałów obróciły się ku parze prezydenckiej. Kardynał Dziwisz ani drgnął. Szeptał modlitwę, którą słyszał tylko on sam i Carlo Maria Martini: Sancte Michael Archangele, defende nos in proelio…

Sezon skończył się i w „Zielonej Tawernie” w Kazimierzu było pusto. Osowiali kelnerzy rozmawiali z młodą kucharką. Przy stoliku w rogu sali, Kola negocjował z Markiem M. ostateczną cenę.
-- Zapłacę cztery miliony.
-- Milion zupełnie wystarczy.
-- Trzy miliony. 
-- Przecież to ja sprzedaje, a ty kupujesz.
-- Dwa i pół, ale z teczką.
Kola zapachniał ładnie i zacytował Asnyka:

Przykro, przykro jest dębowi, gdy go robak toczy,
Ale przykrzej nie móc płakać, gdy łez pełne oczy.

Smutno biednej jest ptaszynie, gdy jej skrzydła urzną,
Ale smutniej jeszcze temu, co kocha na próżno.

Źle jest zmykać jeleniowi, gdy go zdybią w kniei,
Ale gorzej jeszcze sercu wyrzec się nadziei.

Marek M. sięgnął po pieniądze, ale teczkę zostawił. Twarz Koli przestała być piękna. Zniknęły białe zęby i w nozdrza Marka B. wdarł się zapach dziczyzny. Kola położył na stole dłoń, ale tylko po to by ją sobie przybić do blatu ostrym nożem do steków.

Trzy zakonnice w czarnych strojach ustawiły na ołtarzu relikwie nowego świętego. Były tam okulary biskupa Felińskiego, skrawek sutanny i ząb trzonowy. Troje wiernych przyniosło pamiątki po Franciszku Colly Guitarta.

Realizację w tak zwanej sprawie siarkowej wyznaczono na wczesny poranek. Znajdujący się w kręgu podejrzeń minister przyjął już był korzyść, wrócił do domu i umieścił ją w sejfie. Poczuł się dziwnie samotny i pomyślał, że w życiu przyjął zbyt dużo korzyści majątkowych, a za mało osobistych.
Załoga niepozornego, niebieskiego fiata uno czekała na tyłach podobnego, ale jednak niewłaściwego domu, zamieszkałego przez Katarzynę K., która na widok trzech mężczyzn w kominiarkach przedzierających się przez częściowo wyłamane drzwi zaczęła się bać jakby miała coś do ukrycia.
Punktualnie o piątej trzydzieści, ekipa filmowa CBA wtargnęła do domu ministra przez frontowe drzwi, również wyłamując drzwi, a ponadto płosząc trzy bezwłose koty rasy sfinks.
Ekipy skomunikowały się ze sobą godzinę później. Uznano, że wycofanie się bez walki przypominałoby zbicie termometru przez chorego z wysoką gorączką. Wspólnie zaatakowano pobliski bazar warzywny, aptekę, i autoryzowany salon telefonii komórkowej.

Uroczystość zakończyła się i procesja ruszyła ku wrotom katedry. Za krzyżem szedł diakon z lekko uniesionym Ewangeliarzem. Tuż za nim kroczyli koncelebransi, a na końcu wspierany przez dwóch ministrantów Benedykt XVI w mitrze i z pastorałem.
Idący w procesji kardynał Dziwisz nie spojrzał w kierunku Kaczyńskich, choć Marie uniosła woalkę. Twórca kościoła łagiewnickiego wciąż szeptał słowa egzorcyzmu prywatnego do Świętego Michała Archanioła.

Na pokładzie nieukończonego statku marynarki wojennej „Jastrząb”, grupa negocjacyjna Agencji Rozwoju Przemysłu gorączkowo finalizowała rozmowy. Na podłodze korytarza biegnącego wzdłuż kajut oficerskich siedzieli i klęczeli zamaskowani agenci ABW, którzy wespół z kręcącymi się po pokładzie agentami CBŚ stanowili tarczę antykorupcyjną negocjacji. Strona rządowa zachęcała trzyosobową delegacją z krajów arabskich do przedstawienia się. Strona arabska usiłowała wręczyć stronie polskiej wadium, przed czym Polacy bronili się za pomocą wszelkich metod dostępnych urzędnikom państwowym. Ilekroć delegacja arabska sięgała po gotówkę, agenci ABW wznosili gniewne okrzyki i odbezpieczali broń.
Dowodzona osobiście przez „Mario” grupa szturmowa CBA za pomocą wszelkich dozwolonych prawem i intuicją środków, w tym płetwonurków i zakupu kontrolowanego, bezskutecznie forsowała tarczę antykorupcyjną ABW i CBŚ. Całą operację, z dźwigu suwnicowego obserwował były koordynator służb specjalnych Wasserman, dziś sprawujący swój urząd społecznie.
Grupa ARP szykowała się do złożenia ostatecznej oferty. W odpowiedzi inwestor arabski raz jeszcze podjął próbę przekazania wymaganej ustawowo bezzwrotnej kaucji. Zadrżały szklanki z kawą. Stół negocjacyjny przechylił się i z trudem złożone wadium rozsypało się po podłodze. Ogromny statek zsuwał się w wodę mimo ubytków w poszyciu kadłuba. Na nabrzeżu kobieta w czarnym welonie krzyczała „Jaszcząb, boże, Jaszcząb”. Statek przechylił się na prawą burtę i utonął. ABW wkroczyło do kajuty bez wahania, ale za drzwiami napotkało ścianę wody, wadium i charakterystyczne kominiarki CBA.
Mario wynurzył się z czarnej jak smoła wody i przyjął od Wassermana zapalonego już papierosa.
-- Gdybym cię spotkał za czasów enzetesowskich, zajebałbym na śmierć.

Święty Gabriel


08:40, balsamlomzynski
Link Komentarze (4) »
czwartek, 08 października 2009

Kaczyński i Basescu

Kaczyński: Brak kultury nie jest przeszkodą w jej owocnej wymianie.

Na wizytę w Rumunii zabrano niewłaściwego tłumacza, wybitnego specjalistę, ale wyłącznie od języka i kultury Bułgarii. Wyszło to na jaw dopiero drugiego dnia rozmów, w trakcie podpisywania deklaracji o współdziałaniu strategicznym. Rozmowy naturalnie kontynuowano, w uzasadnionej nadziei, że żaden z prezydentów w kwestiach strategicznych i tak nie ma w swoim kraju nic do powiedzenia.

Niemożność porozumienia wykorzystano do podpisania umowy o wymianie kulturalnej. W minionych latach na przeszkodzie w negocjacjach stawało przeświadczenie każdej ze stron, że druga godną uwagi kulturą nie dysponuje.

W oświadczeniu dla prasy prezydent Rzeczpospolitej zaznaczył, że wielokrotnie w przeszłości nie rozumiał prezydenta Traiana Băsescu, nawet gdy tłumaczenie było poprawne.  Antycypując trudności w realizacji umowy o wymianie kulturalnej, zaproponował by Rumunia nadal wymieniała się z Bułgarią, która „jest krajem równie ważnym i zasadniczo europejskim”.

Po powrocie do Warszawy, prezydencka kolumna sprawnie przedarła się z lotniska do pałacu. Mimo później pory i pierwszych jesiennych opadów, wszyscy ministrowie, wyłączywszy Dudę, czekali na wewnętrznym parkingu. Od referendum w Irlandii atmosfera w pałacu nie była dobra. Na dodatek, opublikowano właśnie najnowsze sondaże, z których wynikało, że prezydent nie przejdzie nawet do drugiej tury.  Wszyscy milczeli uroczyście i, po raz pierwszy od początku kadencji, z wyrzutem. Junczyk-Ziomecka patrzyła w bok. Stasiak pod nogi. Szczygło plótł od rzeczy:

-- Kolejny ważny kraj europejski znalazł się w orbicie pańskich wpływów, panie prezydencie.

-- Przesada. To tylko Bułgaria, panie ministrze.

-- Był pan w Rumunii.

-- Sami widzicie Szczygło, jako to jest z krajami peryferyjnymi. Czy rozpad rządu przebiega zgodnie z planami mojego brata?

-- Owszem, choć nie do końca wiem jakie są to plany.

-- Czy z kancelarii premiera nadeszły jakieś niekompletne wnioski wymagające szeregu uzupełnień?

-- Owszem, nadszedł wniosek o odwołanie szefa CBA. Brakuje mu uzasadnienia, z którym możemy się zgodzić.

-- Pora przygotować Kamińskiemu jakieś stanowisko ministerialne w pałacu. Może u Dudy. Tam nie ma zbyt wiele pracy.

-- Duda nic nie robi w kwestiach prawnych, a minister Kamiński nie ma w tym obszarze żadnej wiedzy.

-- Czego się nie wie, można operacyjnie uzupełnić. Poza tym, jak mówi Pawlak, dajcie mi prawdziwego pociotka, a stanowisko się znajdzie.

-- Minister Kamiński mógłby podsłuchiwać ministra Dudę, który nic nie robi i nic nie mówi, więc ryzyka nijakiego nie ma.

-- Dobrze. Zamierzam skorzystać z zamieszania i podpisać dzisiaj traktat lizboński. Proszę umieścić kopię w pomieszczeniu gospodarczym, w którym Łopiński wręczył niegdyś Lepperowi dymisję. Proszę wyłączyć korki, bo będę podpisywać po ciemku. Użyję ołówka kopiowego. Nie ślińcie go przypadkiem, uczynię to osobiście.

-- Kopię traktatu przechowywał u siebie Stasiak, ale niestety, padł ofiarą przemocy.

-- Nie dziwi mnie to, wchodzimy w decydujący okres. Ziobro, Kurski, Kamiński i mój brat uważają, że raz podpisany, traktat lizboński zacznie wywierać określony wpływ. Być może wywiera wpływ już teraz, w konsekwencji referendum w Irlandii.

-- To pański brat zabrał Stasiakowi traktat.

-- Jestem zdumiony, że Stasiak stawiał opór w obronie dokumentów jawnych.

-- Minister Stasiak nie bronił traktatu, lecz integralności cielesnej, która w określonym sensie została, panie prezydencie, naruszona.

-- Należy zatem utajnić traktat. Jeśli Stasiak uwierzy, że uległ w obronie dokumentów niejawnych, nie odczuje tego jako plamy na honorze.

-- To się w biały dzień, panie prezydencie, nigdy wcześniej nie zdarzało.

-- Myślicie Szczygło, że to z tego powodu Stasiak taki jest tępy?

-- Jest dokładnie odwrotnie, jest ostatnio bardziej ożywiony, cytuje aforyzmy. Ale cierpi, widzę to, domaga się silnego państwa, zdecydowania i męskości.

-- W jego sytuacji też byście, Szczygło, bredzili bez sensu. Ale widzę, że wam ta sprawa leży na sercu. Mówcie szczerze, ale szybko bo Marie nie lubi jak podpisuję w nocy.

-- Otóż, panie prezydencie, prawda jest taka, że minister Stasiak i mnie nie jest obojętny.

-- A więc zaczęło się. Opóźniam podpisanie traktatu co najmniej do niedzieli. Stasiaka proszę w coś na kilka dni zawinąć, korzystając z wzorców arabskich. Nawiasem mówiąc, w Bułgarii ciągle pod tym względem panuje spokój.

-- Był pan w Rumunii, panie prezydencie.

15:13, balsamlomzynski
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 05 października 2009

Maliniak

Obyło się bez uścisków dłoni, bez bolesnych uśmiechów kobiet, którym w takich sytuacjach zazwyczaj wykręcano w nadgarstkach dłonie, bez kontaktu z drżącymi z politycznej ekscytacji ustami prezydenta.

Zagaił Stasiak:

-- Celem pana prezydenta jest przeprowadzenie szczerej rozmowy, w której nie powinny grać roli emocje. Chodzi o bezpieczeństwo gier wzajemnych, również na obszarach wiejskich. Jako pierwszy krótko przemówi prezydent; w drugiej, dłuższej części spotkania, prezydent przemówi dłużej. Minister Szczygło przygotował prezentację w aplikacji komputerowej power point. Ponieważ prezentacja nie ma związku z czymkolwiek i jest objęta klauzulą tajności, jest pokazywana w Sali Niebieskiej bez udziału publiczności. Panie prezydencie, panie profesorze, w imię bezpieczeństwa gier wzajemnych, prosimy.

Usta prezydenta się rozwarły, oczy nabiegły krwią, czoło zmarszczyło w nadludzkim wysiłku, ale zamiast oczekiwanego rzężenia rozległ się głos zupełnie zrozumiały i czysty. Podejrzenie padło na dotkniętego do żywego, nadzwyczajnie zmęczonego Tuska. Stasiak wstał gwałtownie:

-- Myślę, że zgodzi się pan, panie premierze, że dla pana prezydenta będzie lepiej jeśli nie będzie pan przerywać. Najważniejsze, żeby to była szczera, męska rozmowa i sądzę, że pan prezydent doskonale się na tym polu wywiąże. Nie będę ukrywał, że naprawdę szkoda, że pan przerwał. Jeszcze raz zatem, panie prezydencie, panie profesorze, w imię większej przejrzystości życia publicznego, prosimy.

-- Drodzy państwo, panie i panowie ministrowie, pozostający na wolności członkowie rządu. W uzupełnieniu programu obrad, dodam, że jeśli zajdzie taka konieczność, minister Stasiak zacytuje Arystotelesa, a także nawiąże do artykułu „Nie bójmy się silnego państwa”, którego jest autorem i, jak należy sądzić, jedynym czytelnikiem. Wyłącznie od państwa zależy czy uda nam się tego uniknąć. Przechodząc do rzeczy, jak wiadomo, za pół miliarda złotych można kupić samolot.

-- Z budżetu pięknego Tomka można kupić dwa.

Ponownie, tym razem z namysłem, wstał Stasiak:

-- To jest szczera rozmowa, jest to doskonała okazja, żeby pan prezydent się wypowiedział.

-- Panie ministrze, dziękuję za utrzymywanie porządku, ale proszę już na miły bóg usiąść. Skoro jest takie oczekiwanie, powiem szczerze. Rząd od dwóch lat wykorzystuje swoją popularność do sprawowania władzy. Problem wykracza poza granice kraju. Na moim niedawnym spotkaniu z Polonią amerykańską, część publiczności wzięła mnie za Maliniaka. Czy muszę wyjaśniać, jak to świadczy o mojej popularności, mojej pozycji i jak to kompromituje urząd głowy państwa?

Stasiak spojrzał na premiera ponaglająco.

-- Prowadzę rząd popularny, to prawda, ale złożony z ludzi pozbawionych kompetencji. Mniejsza już o ludzi uwikłanych w obecny skandal. Minister Kopacz jest tu równie dobrym przykładem. Jeśli cokolwiek wiadomo o jej osiągnięciach, proszę się tymi informacjami ze mną podzielić, ostrzegam jednak, że nie zamierzam wysłuchiwać insynuacji. Proszę przy okazji przytoczyć choć jedną wypowiedź Czumy, która zdradza jego przygotowanie prawnicze, albo jakiekolwiek inne. Może ktoś wie, czym zajmuje się minister Pitera. Ja nie mam zielonego pojęcia. Jedynego człowieka z głową, Ćwiąkalskiego, zwolniłem, z powodu głowy. Jak powszechnie wiadomo, za cokolwiek się nie wezmę, wyskakuje kulturoznawca Boni. W jego planie strategicznym Polska 2030, mowa o dyfuzji polaryzacyjnej. Jeśli ktoś jest w stanie udowodnić, że to się trzyma kupy, jestem skłonny natychmiast podać się do dymisji. Prawda jest taka, że za młodu, pragnąłem zwalczać obecność państwa w gospodarce. Nowym wyzwaniem dla polskiego neoliberalizmu jest mniej Boniego i w państwie, i w gospodarce.

W prezydencie zawrzało:

-- Nie mylmy megalomanii z niedorozwojem.

-- Megalomania prowadzi do znacznie poważniejszych strat.

-- A koszyk świadczeń gwarantowanych?

-- Jest gotów od pięciu lat.

-- A dodatkowe ubezpieczenia od stołówek szpitalnych?

-- Ten pomysł zgłosił wasz minister. I jest to pomysł pozbawiony sensu, o czym pan i pańscy ludzie wiedzą.

-- Jeśli uważa pan, że ktokolwiek w mojej kancelarii cokolwiek wie, to ja sobie wypraszam. Czy zastanawiał się pan kiedyś dlaczego polityka nie styka się u mnie z biznesem? Junczyk-Ziomecka order dla szwagra załatwiała u Borys-Szopy, którą nominowałem jedynie z braku innych środków efektywnego wyrazu troski o bezpieczeństwo w górnictwie, której to troski, o tym wie pan doskonale, nie żywię. A może pan myśli, że obchodzą mnie gry wzajemne? Jeśli tak, proszę mi to powiedzieć w twarz. Jedynym, co mnie interesuje są zrywy powstańcze i fobie mojego brata. Do diabła z tym. Stasiak, cytujcie.

-- Zastrzegam sobie prawo do omówienia modelu polaryzacji dyfuzyjnej.

-- Wstrzymajcie się Stasiak, nie mówiłem poważnie. Nie twierdzę, panie premierze, że ma pan rząd kompetentny, twierdzę jedynie, że jest zdecydowanie popularniejszy od rządu mjego brata.

-- Skoro pan ten temat poruszył, dlaczego na sali nie ma pańskiego brata?

-- Doskonale pan wie, że wszystkie moje decyzje podejmuje on i nie musi być fizycznie obecny bym wiedział, co myśli. Czy jest pan sobie jest w stanie wyobrazić, co się będzie działo, gdy podpiszę w tym tygodniu traktat? Jak pan sądzi, dlaczego wywołaliśmy to całe zamieszanie?

-- Ma pan, panie prezydencie sporą grupę zwolenników, którzy nic z tego nie rozumieją, a i tak będą na pana głosować.

-- Jest ich coraz mniej i wielu z nich nie trafia we właściwe kratki na kartach do głosowania. Twierdzę i jestem skłonny to wielokrotnie powtórzyć, że utrzymuje pan popularność jedynie z powodu strachu szerszej publiczności przed moim bratem, który to strach zasadniczo podzielam. Gdyby pan był do któregokolwiek z nas jakkolwiek podobny, już dawno rozpocząłby pan aresztowania i zaczął od siebie.

-- Różnice między panami a mną są zdumiewająco powierzchowne. Zwracam uwagę, panie prezydencie, że nie jesteśmy we własnym gronie. Na sali jest również Szmajdziński.

Wicemarszałek z ramienia lewicy uniósł zmęczone powieki i uśmiechnął się niezwykle łagodnie:

-- Nie ma żadnych podstaw by twierdzić, że moja obecność ma znaczenie. Nawet gdybyśmy pobiegli z tym do prasy, ludzie nadto dobrze pamiętają Milera i Rywina. O ile społeczeństwo doskonale wie, co każdy z panów udaje, w naszym przypadku, nie jest to wiadome i tylko dlatego brzmimy niekiedy rozsądnie i niesprzecznie. Bardzo byśmy chcieli ustalić czym powinniśmy mydlić ludziom oczy, ale do kogo mielibyśmy się zwrócić? Przecież nie do klasyków. Nie zaglądano do nich już za czasów mojej młodości. Nasz organ prasowy czyta wyłącznie jego redakcja. Oświadczam, że lewica jest tu przypadkowo, na mocy splotu okoliczności historycznych i nasze dni są policzone. Rzeczywistym fundamentem porządku instytucjonalnego rzeczpospolitej nie jest już obawa przed komunizmem, ale fobie brata pana prezydenta.

Zabrzmiało to nad wyraz rozsądnie i strony sporu straciły wigor. Przemówił Tusk:

-- Mówiąc o aresztowaniach, kogo pan prezydent miał zasadniczo na myśli?

Odpowiedział mu Stasiak:

-- Zasadniczo pan prezydent ma na myśli pana, panie premierze.

-- Jeśli spakuję szczoteczkę do zębów i pójdę do aresztu, pomyślą, że to kontrola. To bez sensu, wychodzę.

-- Nie ukrywam, że to miała być szczera rozmowa.

-- Była szczera, ale wam to jakoś, Stasiak, umknęło.

 

 

 

12:41, balsamlomzynski
Link Komentarze (3) »
czwartek, 01 października 2009

Kaczyński na twardo.

Krwawe liście klonu za oknem Gabinetu przypomniały prezydentowi o niemożności obrony bez końca. I o konieczności dalszej walki. Mokotów już dawno ewakuowano i prezydent duchowo przeniósł się do Śródmieścia. Wczoraj, o osiemnastej dziewiętnaście poddał Żoliborz. Obnosił zwycięstwo za zwycięstwem, ale nadchodziła pora by poddać niezwyciężone miasto. Kanały pustoszały. Leczenie zębów należało podjąć dopóki jest dostęp do pałacowego dentysty. Referendum w Irlandii jest już jutro. Trzeba podpisać, ale tak, żeby nikt nie tego widział. Pod osłoną nocy, albo czegoś co noc przypomina. Cimoszewicz ma siedemnaście procent, tylko siedem punktów mniej. Ten kraj nie zasługuje na muzeum interaktywne. Leśniczówka, długie spacery z Marie. Szalony brat w komórce na narzędzia. Albo ja go zamknę, albo on zamknie mnie. Wchodzi, jak się wydaje, Bochenek.

-- Panie prezydencie, odnoszę wrażenie, że weszliśmy w posiadanie określonej wiedzy.

-- Czy słyszała pani, pani minister, amerykańskie przysłowie, że lepiej jest zostawić śpiące psy w spokoju? Czasem lepiej jest nie wiedzieć.

-- Przysłowie jest meksykańskie, a nazwisko brzmi Kamiński, Mariusz Kamiński.

-- To pan. Owładnięty gorliwością, nieco pan piszczy. Nie widziałem pana co najmniej od tygodnia. Czy to pan aresztował Polańskiego? To oczywiście niewinny żart.

-- Pańskie żarty nigdy nie są niewinne.

-- Wracając do psów, mam nadzieję, że warto je budzić.

-- Zapewniam, że już może się pan oburzać, panie prezydencie.

-- Czy zdaje pan sobie sprawę ze skali moich potrzeb? Potrzebuję oburzenia na skalę europejską. Najchętniej wezwałbym do pałacu i przeczołgał Radę Bezpieczeństwa ONZ, albo przynajmniej szwedzką prezydencję. Chcę, żeby Sarkozy łkał i prosił o litość. Potrzebuję związku z Gruzją, którą obecnie postrzegam jako trzynastoletnie dziecko niepokojone przez sąsiada. Choć mogę ją oczywiście widzieć jako porządnego obywatela nagabywanego przez wyuzdaną trzynastolatkę. Co pan dla mnie ma? Proszę mówić.

-- Dziewczyna prowadziła działalność gospodarczą, była właścicielką, była pracownicą, była właścicielką i pracownicą.

-- A więc jednak wyuzdana trzynastolatka i spółka pracownicza. Co o tym sądzi mój brat?

-- Zapytał w jakiej kolejności uprawiano seks oralny i analny. Cały pałac jest tym pytaniem wstrząśnięty. Po drodze widziałem, że Junczyk-Ziomecka płacze. Handzlik przestał się ruszać. Wypych modli się w kaplicy. Szczygło pojechał konno na kresy wschodnie. Obawiam się, że tej nocy zginie wielu niewinnych ludzi.

-- Skoro już przy tym jesteśmy, przypomnijcie mi jakieś filmy Polańskiego. Dziennikarze lubią chodzić do kina i bywają przebiegli. Pamiętam tylko film o rurociągu.

-- „Nóż w wodzie” jest o uwłaszczeniu nomenklatury, „Lokator” o nieuchronności lustracji; Chinatown jest o splocie seksu i rurociągów pompujących strategiczne zasoby w niewłaściwym kierunku; „Dziecko Rosemary” dotyczy in vitro za pomocą ziół. Pozostałe filmy są obłąkane, trudne do sklasyfikowania, albo zwykła szmira zrobiona dla korzyści.

-- Nie lekceważmy korzyści. Nie można jeść żaluzji. Mów, synu, mów.

-- Albo korzyść przepłynie do określonych osób, albo określone osoby przypłyną do korzyści.

-- Nie miałem na myśli kolejnych aforyzmów. Co dokładnie ustaliliście?

-- Nasi przeciwnicy używali telefonów komórkowych.

-- To nie jest dużo. Dzwonili czy jedynie przyjmowali?

-- I jedno i drugie.

-- Lepiej, ale i tak mało. Zamiast oburzać, zaczynam się martwić.

-- Sylwester w spa „Szarotka”.

-- Szczebel. Podajcie na miłość boską szczebel.

-- Najwyższy szczebel partyjno-państwowy.

-- Dyrektorzy departamentów?

-- Szef klubu parlamentarnego, minister.

-- A więc głowa.

-- Ryba, panie prezydencie, psuje się od głowy.

-- Zanim wystąpię z orędziem, pragnę odświeżyć tę frazeologię. Wyjaśnijcie, nie szczędząc żadnych środków, jak jest z kurczakiem.

12:37, balsamlomzynski
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 28 września 2009

Poniedziałkowy poranek upłynął głowie państwa na rozpakowywaniu bagaży po powrocie z Nowego Jorku i na refleksjach natury ekonomicznej. Rozmówki angielskie prezydent wrzucił do kominka natychmiast po wyjęciu ich z walizki, ponieważ zawiodły go na całej linii: trzykrotnie tłumaczył Obamie, że woli potrawy z kartofli i trzykrotnie słyszał w odpowiedzi, że marihuana nie mogła zjeść własnych palców u nóg. Na odcinku makroekonomicznym, prezydenta uderzyła myśl, że z jego przemówienia w OZN wynika, że powodem obecnego kryzysu jest nadto swobodne ustalanie cen przez giełdy, jedną z których osobiście otworzył, zamiast wstęgi używając dzwonka. Ponieważ te giełdy się jedynie otwiera, a nigdy nie zamyka, pomyślał prezydent, niektóre rzeczy są wyraźnie droższe, a inne wyraźnie tańsze.

Prezydent przejrzał też przygotowane przez Bochenek wycinki z gazet. Z ubiegłotygodniowych wywiadów prasowych wynikało jednoznacznie, że przez ostatnie kilka miesięcy, każdego ranka jako z pierwszym rozmawiał z Łopińskim, sądząc, że to Szczygło. Kiedy więc Szczygło wszedł, spojrzał na niego podejrzliwie. Postanowił Szczygłę zwodzić, aż wyjdzie na jaw, kim ten naprawdę jest.

-- Panie prezydencie, w przestrzeni powietrznej nad Eurazją zapanował ostateczny chaos.

-- Proszę nie wpadać w panikę, panie ministrze, tak jest zawsze o tej porze roku. Odlatują żurawie i bociany, a wiatr z południowego zmienia się w północny.

-- Mam na myśli irańskie rakiety średniego zasięgu. Od dzisiejszego poranka, również dalekiego.

-- Któż może powiedzieć gdzie leży granica między tym co średnie, a tym, co dalekie?

-- Dalekie sięgają znacznie dalej niż średnie.

-- Jak na kogoś, kto zna się na uzbrojeniu, mówicie dość ogólnikowo. Zresztą, cóż mnie obchodzą irańskie rakiety? Niech latają. Jak mówi Obama, fuck this.

-- Rzecz w tym, panie prezydencie, że to dowodzi błędności decyzji Amerykanów.

-- Decyzji, żeby przyskrzynić Polańskiego we wrześniu?

-- Decyzji o rezygnacji z tarczy, podjętej siedemnastego września.

-- Decyzja o tarczy to nie to samo, co sama tarcza. W najlepszym razie zbudowaliby coś dopiero za trzy, cztery lata. Proszę zważyć, że Amerykanie obiecali Sikorskiemu ruchome instalacje do roku 2015. Czy uważacie, że ruchome instalacje za sześć lat słabiej zwalczają obecne irańskie zakusy niż instalacje stałe za lat trzy?

– Ktoś pana wprowadza w błąd. Trzecia wojna światowa nie rozegra się jako wzajemne bombardowanie dworców kolejowych, których nie wolno fotografować. Rakiety współczesne nakierowane są na cele wirtualne związane z pamięcią, za nic mając orientację w czasie i przestrzeni. W jakiejś mierze, średnie mogą odlecieć z dalsza niż dalekie i mogą przez to ugodzić bardziej.

-- Dziwnie mówicie, trochę jak harcerz, w każdym razie nie jak ktoś, kto zna się na balistyce. A w co niby mogą uderzyć te rakiety?

-- Nie jest ważne w co uderzą, ważne skąd wyfruną. Amerykańska tarcza miała pamiętać o zagrożeniu sowieckim, mimo że w czasie rzeczywistym miała przy pomocy czeskiego radaru przeczesywać irańską przestrzeń powietrzną. To dlatego negatywna decyzja Amerykanów zapadła w dniu kiedy ziścił się pakt Ribbentrop-Mołotow.

-- Coś mi się wydaje, że sugerujecie, że gdyby irańskie rakiety dalekiego zasięgu zamiast dzisiaj wystrzelono drugiego października, czyli w rocznicę Monachium, musielibyśmy zbombardować Zaolzie za pomocą bumarowskiego szmelcu.

-- Bumarowski szmelc dalej nie doleci. Czy wie pan, panie prezydencie, w jaką rocznicę Irańczycy odpalili rakiety długiego zasięgu?

-- W rocznicę powstania Państwa Podziemnego. Swoją drogą, ordery wydano?

-- Wydano.

-- W futerałach?

-- Te słowa mnie ranią. Odznaczeni jeszcze żyli, panie prezydencie.

-- Paszoł, Wypych, won.

17:26, balsamlomzynski
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3
Najlepsze Blogi Polityczne Najlepsze Blogi Polityczne