Spotkania polityki i literatury, gówna i wiatraka, onuc i opatrzności
RSS
środa, 16 maja 2012
poniedziałek, 16 kwietnia 2012

 

I. Wino mszalne

Wkrótce po zakończeniu rocznicowych obchodów smoleńskich, susza zapanowała głęboka i bezlitosna i gdyby zmartwiałe od pisowskiego jadu miasto zachowało resztki struktury, susza wniknęłaby w nią i zamieniałaby w popiół. Posępne kury niosły blade jaja, perony tramwajowe wydłużały się i drżały w upale ciężkim jak włoszczowska metafizyka heretycznych wizji Palikota. 

W otwartym z nadejściem tej strasznej wiosny piwnym ogródku, siedziało dwóch średniostarszych obywateli i zadaniowało Maciorę. Jeden z nich, bardziej niż drugi średni, zerkał ku furcie pobliskiego klasztoru. Prowadzono tam dwudziestoczterogodzinne spowiedzi, z linią obsługi samochodów, których kierowcy,  nie wysiadając, odzyskiwali czystość duszy i płynów funkcyjnych. Baba z ciężkim dysgrabiem* usuwała z chodnika liście odciągając uwagę straży miejskiej i okolicznego kleru, który jak nikt inny przeczuwał nadejście wielkiej kurtyzany od świętego Jana, o której krążyły plotki, że trzeciego dnia, licząc od tyłu, wykopie wreszcie wielki dół w poszukiwaniu źródeł piekielnego gorąca. 


Miasto przechodziło ciągle wtórne wstrząsy: gazeta polska, karnowscy bliżniacy i kółka różańcowe podskakwiały w zaułkach bezwiednie. Podskakiwały kurtyzany, ale to z powodu silniejszej z wiosną konkurencji. Na starej lipie nad ogródkiem piwnym, wiewiórka Kropotkina, rezydentka ambasady rosyjskiej, skakała nie tyle dla zmieszania się z tłumem, ile dla odwrócenia uwagi kontrwywiadu od toczącej się przy stoliku gry operacyjnej: 
-- Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę! 

Wołokam Illicz Bystrowzwodczinow, pseudonim Maciora Antoni, wstał stanowczo od  stołu, wkroczył do klasztoru i wrócił zanim wypaliła się piana w zagranicznym piwie. Tuż po nim wyszedł ksiądz spowiednik, blady jak ściana, podskakujący wyżej, niż dachy przejeżdzajacych samochodów: 
-- Tak nie wolno! 

Maciora zasiadł kierując wytrzeszcz ku bardziej staremu. 
-- Co zrobiłeś temu księdzu, maciora? 
-- Nie zapłaciłem mu, pułkowniku. 
-- Dlaczego? 
-- Nie biorą kart kredytowych. 
-- Czy wyznałeś mu swoje grzechy? 
-- Zmusiłem, żeby wyznał swoje. 
-- Jak definiujesz grzech? 
-- Nie definiuję. 

Wiewiórka spojrzała na rozmawiających w głębokim skupieniu. Maciora przemieścił wytrzeszcz gdzieś na północ, nieopodal Młocin. Pułkownik uspokoił się i powoli wysunął dłoń z wewnętrznej kieszeni ruskiego jak kitajski gorod płaszcza: 
-- Ziobro myje wrak. 
-- Zabiję. 
-- Nie ma i nie było takiego rozkazu. Pójedziesz i powiesz mu, żeby nie proszkiem, i że woda nie może być za zimna bo się towar zepsuje. Reszta mnie nie obchodzi. Weź z sobą Biniędę. 
-- Binięda ma dysontologię. 
-- Jak nie lubi macać, niech szuka w komputerze. 
-- Czego szukamy? 
-- Trzeciej skrzynki. 
-- Co w niej jest? 
-- Wino. 
-- Scala coeli?
-- Ałtar wino, na ostatnią mszę biskupa Michalika.


 

II. Un corazón, tan poco. 

Enrique Porcel Ortega, posępny kondor wenezuelski przebywający w Warszawie na zasłużonych wakacjach, obudził się rano na krawędzi betonowego mola za kortami Spójni, w szacie roślinnej, którą możnaby nazwać szuwarami gdyby nie to, że były to maltretowane wiosennym szlamem cienkie łozy. W lewym oku ptaka odbił się nurt rzeki koloru ciekłego cementu, kikuty trzech bezdusznych bloków i wieża kościoła, w którym nie postała stopa żadnego mieszkańca lewobrzeżnej części miasta; w oku prawym odbiła się lądowa infrastruktura chaotycznych z natury sportów wodnych; w gardle ptaka odbiło się mszalnym winem

Jak każdego poranka, kondor podjął próbę lotu, wbiegł niezdarnie pod zarośniętą skarpę, minął wypożyczalnię łodzi wiosłowych, szkołę nurkowania i jazdy konnej, przebiegł pod bilbordem reklamującą tanie loty, wbiegł na zatłoczoną o tej porze jezdnię wiodącą na północ, przebił się przez porośnięty wątłą brzeziną pas zieleni, nieruchomą od korków jezdnię południową, pod murem Cytadeli, w której niegdyś siedział zamyślony Asnyk, wiedział już, że szybciej biec nie podoła, ale efekt ciągu wciąż nie przekładał się na efekt wznoszenia: 
-- Por qué no puedo volar? (Dlaczego nie mogę się wznieść)? 
-- No tienen un ala izquierda (Nie masz lewego skrzydła). 
-- Hemos tenido que decir inmediatamente (Trzeba było od razu mówić). 
-- Debo visitar el río hasta la primavera no se harán realidad (Nie bywam nad rzeką zanim nie przyjdzie prawdziwa wiosna) 
-- Cómo sabes cuando venga, si no estás en el río? (Skąd wiesz kiedy przychodzi, skoro nad nią nie bywasz?). 
-- Czekam na pierwszego posępnego kondora, bez lewego skrzydła, nade wszystko pragnącego wrócić w rodzinne Andy, gotowego dla rozbiegu stracić twarz przecinając Wisłostradę przed dziewiątą, szaleńca nie zważającego na pas zieleni, lżonego przez dostawców chłamu z plastyku z okolic Płońska, kierowców betoniarek ze strzegomskiem cementem, bogaczy przeklinających ów dzień, w którym dali się przekonać swoim zachłannym żonom do zakupu domów w Dąbrowie, przeklinany przez zrozpaczone upływem czasu kobiety nade wszystko pragnące wyrwać się z Łomianek, złorzerzeczące wdowy po bezrozumnych pilotach, którzy lotem zbyt niskiem ... 
-- Dość, łapię w lot. Jednego skrzydła, tak mało, tak mało. 

 

(współpraca: Ob.Ciach, anumlik, jar, jota-40, marzencic,

oraz:

Malcolm Lowry, Fernando del Paso, Antoni Macierewicz)

 

 

_________________________________________________________________

* Dysgrabie:

Na wzgórzu Koziniec, nieopodal Bystrego mieszkała dzielna wdowa cierpiąca na dysgrabie. Z braku środków walczyła z dysfunckją ziołami, a po dojściu do władzy nowego ministra zdrowia, poszła na Chramcówki, do doktora Henryka Piękosia, przyjmującego w ośrodku Vital & Active. Zapytała na wejściu: 

-- A ile to będzie kosztowało? 
-- A co? 
-- Dysgrabie wyleczyć. 
-- W ofercie mamy terapię active living, a z testów mamografię. 
I tak oto doktor Piękoś active living miał już poza sobą. Wróciła wdowa do prac polowych i obowiązków obywatelskich. Wszystko robiła tak sprawnie, że policja bała się podejść. Kapustę ubiła, stada owcze pogoniła wiosną na właściwe regle, zaczepiła zębami wysoko tyczki na porzeczki, a nad tyczki poprzeczki, żeby owoce sięgły słońca z samego poranka, jak od Piszczorów wstaje. 
Obejścia tylko z liści z powodu choroby latami nie grabiła, tyle co nogą zagarniała na kupę, pod paruślak sosnowy, mieszała z igłami i z wiosną podpalała zalewając liście litrami niebezpiecznej dla zdrowia podpałki Flamit. Przyszli ludzie ostrożnie, z rana, pachniało Flamitem, wdowa była spokojna, od Piszczorów dniało, coś się tylko tliło, dali wdowie grabie: 
-- Macie tutaj grabie, co będziecie liście międlić, i niewydajnie, i niebezpiecznie. 
-- A jak grabie wezne, jak ja rynców nie mam? 

20:22, balsamlomzynski
Link Komentarze (518) »
wtorek, 10 kwietnia 2012


 

Oleg Czikanow, kierownik działu logistyki najwszechstronniejszej z moskiewskich firm spedycyjnych “Mostransawto”, zdolnej transportować towar rzeczywisty i wyłącznie księgowy, nadawać i odzyskiwać  należności zaległe i raz już odzyskane, udał się na miejsce składowania wraku w celu oszacowania kosztów wysyłki: sprawdził odwrócone podwozie i niezwykle trudny do zapakowania ogon. Ocenił koszta na “piat, dziesiat milionow rubliej”. Wszedł do kokpitu, a stwierdziwszy, że został po nim tylko wysokościomierz, rozważał podniesienie ceny transportu wraku do piętnastu milionów. Jakiś zabłąkany głos poinformował go jednak trzeźwo:
-- Jeśli będzie pogoda, poleci.

A pogoda była piękna.  Czikanow zapalił, ruszył, objechał na brzuchu podmokłą łąkę, zatrząsł odrzutem prawym, podkręcił lewy i poleciał zostawiając lasy i pola za sobą. Wielu komponentów brakowało, ale elementy elektroniczne wykazały się przewodniością, a nośne nośnością. System TAWS, wskutek traumy bycia ignorowanym przez wszystkich, ćwierkał przymilnie i niezrozumiale:
-- Nieba! Konce koncow! Nieba!

Wrak wszedł w polską przestrzeń powietrzną bokiem, ale dumnie.  Nad Terespolem, wskutek naturalnego w samolotach tego typu przecieku rtęci z wysokościomierza barycznego w radiowy, samolot przybrał funkcje cyfrowego multipleksu, zdolnego do nadawania wyłącznie treści katolickich:
-- Jak oni warczą, tacy są warczący. To jest współdziałanie niemiecko-żydowsko-rosyjskie, tyle seksu bez sensu, dzieci się instruuje, jak robić samogwałt, jak sobie radzić bez Boga. Ja tego nie biorę do ręki.  Ja to nazywam ja waj szalom. Widać, że to jest religia handlowa, To jest handel, a nie religia w Boga. Ja to nazywam telewizja i telewizornia. Tak, to są  przekaziory*.

Tymczasem ziemskie obchody drugiej rocznicy zapaści kwiatu w dołek własnego ukopu weszły w fazę naukową. Pod ministerstwem kultury, na podniesienu trwałym, na które Gronkiewicz zezwoliła w ostatniej chwili, występowały kolejno cioty inżynierii materiałowej, alfonsi fizyki teoretycznej,  ćpuny mechaniki, oszołomy prawa międzynarodowego, z trzech kontynetów i czterech krajów światowej sławy.

Kiedy zaczęła się faza rekreacyjna, Oleg Czikanow wziął migające pochodnie za wskazówkę do lądowania.  Osadził samolot na barierce nad trasą W-Z, w miejscu gdzie zazwyczaj lądują tylko najzdolniejsi deskorolkarze. Rosyjski logistyk niedabale odrzucił prawy wstecznik, którym chronił się od słońca i wiatru. Tłum smoleński rzekł prawdziwie:
-- Za późno, wrak się nie liczy, skucha.
Logistyk Czikanow nie znał się na logice pisowskiej. Wyszedł przez byłe okno awaryjne, dzierżąc dwie czarne skrzynki:
-- W imieniu prezydenta Putina, na drugą rocznicę wypadków smoleńskich, dwa silne wybuchy na taśmach magnetycznych. Rząd Federacji Rosyjskiej bierze je na siebie.

W obawie przed klientelizmem, dobry tłum zrzucił Czikanowa na tory tramwajowe. Nie udało się już jednak wrócić do atmosfery sprzed dwóch lat.  W obiektywach kamer drugiego obiegu widać było wyłącznie obywateli czwartej rzeszy:  emerytów o nikłych szansach ponownego dożycia sześciędziesiątego siódmego roku życia. Wskutek zaniedbań ministerstwa, ludzie ci organy mieli w nieładzie, a zęby mieli zrobione prywatnie.

Michael Baden, który sześćdziesiąty siódmy roku życia osiagnął nie bez przeszkód jednaście lat temu, wystąpił jako ostatni.  Okiem patomorfologa spojrzał na zmartwiałe od obchodów pisowskich miasto, na wyczerpane comiesięczną rozpaczą rodziny smoleńskie;  najuważniej patrzał jednak na Macierewicza:

-- Dopóki nie zbadam wszystkich ofiar kataklizmu, muszę się wypowiadać nader ostrożnie. Mogę jednak powiedzieć z całą pewnością, że mister Macierewicz nie zginął wskutek zderzenia z drzewem. Zginął z miłości. Przedwczesna inicjacja pozbawiła tę twarz niewinności. Nadmiar seksu oralnego odkształcał i wydłużył nos, w miarę jak młody Antoni tracił węch, zyskując w zamian nowe terytoria. Nadmiar biernego seksu analanego, najwyraźniej z użyciem ciężkiego rynsztunku, z którego słynęła kresowa jazda polska, spowodował ucisk w oczodole od strony śródczaszkowiej. Stąd ten stepowy wytrzeszcz. Odkopywałem rodzinę Romanowów, Byrona De La Beckwitha i wielu innych, i nie wydaje mi się, żeby taki wytrzeszcz mógł się wytworzyć wyłącznie wskutek nadziania się na brzozę pospolitą.

II.

 

Pozyskawszy skrzynki i wrak, drobny prezes i chuda maciora opadli nieszczerze na jedno kolano, płacząc rzewnie, co u prezesa objawiło się zupełnie inaczej niż u maciory, bowiem ten ostatni, w bolesnym wykrzywieniu, kwitł błogo, jak kwitły rok później wypalone francuskim ogniem armatnim przedpola Borodino: 
-- Za długo czekaliśmy, za bardzo ich pragnęliśmy, zbyt wiele nocy przepędziliśmy marząc, że czarne skrzynki i zimne, szorstkie, odłamki kokpitu dotykają rdzawym aluminium naszych rodzimych, polskich podbrzuszy. 

I zapłakali raz jeszcze, dla prasy katolickiej. 

Kurtykowa, zaciekła wdowa smoleńska, po której mąż miał zamiłowanie do zamierzchłej i zmurszałej przeszłości, a nie odwrotnie, powiedziała na widok wraku i szkrzynek: 
-- Nie zależy mi, nigdy mi nie zależało, tak tylko mówiłam w interesie narodu polskiego. 

Natomiast senatorka Gosiewska, zbiegła w trzech skokach z królewskiego placu na poziom torów tramwajowych, co zdumiało pasażerów tramwaju jadącego, po raz tysięczny, na Bródno. Szalona wdowa kielecka dopadła Czikanowa, poćwiartowała, piszczel wprawiła na miejsce obojczka, a obojczyk zatkęła za zmiażdżoną miednicą, serce wyrwała i posiekała na wybłyszczonej szynie brzytwami od fryzjera, co przybył oniemiały z mariensztackeigo rynku. Tatarski już organ wkomponowała w przestrzeń okołojelitową, a na miejscu serca umieściała ceramiczną płytkę , która od końca ubiegłego stulecia i tak zamierzała odpaść z sufitu tunelu; jelita przesunęła, ach czego ona z tymi jelitami nie robiła, w każdym razie, całość ubrała w garnitur i wrzuciała w dół wykopany gazetą polską na zboczu, u stóp kościoła św. Anny. Oniemiały tłum zaszemrał po sobie: 
-- Zło dobrze zwyciężyła! 

Rozstąpili się wszyscy na wejście okolicznego kleru kroczącego ironicznie z chlebem wiejskim, krzyżem z drewna i spóźnioną misją pokojową; ustąpili na widok niemrawej straży miejskiej; zamilkli pod adresem prawdziwej policji z bronią palną wymierzoną tam gdzie Gosiewskia miałaby płat czołowy, gdyby wówczas wszystko poszło dobrze: 
-- Co się stało temu człowiekowi? 
-- Zginął od urazów. 
-- Jakich urazów, kobieto?
 -- Wielonarządowych. 

* http://pl.wikiquote.org/wiki/Tadeusz_Rydzyk

22:18, balsamlomzynski
Link Komentarze (142) »
niedziela, 01 kwietnia 2012

 

 

Kabalista modlący się w Safed (Izrael)

 


Leon Reitzenstein, młody ekonometra hiszpański, poczęty chaotycznie w najbardziej seksualnie skomplikowanym klubie nocnym Sewilli; dziecko sangrii i flamenco, Leon Reitzenstein Maquarel stał się darem Sonsoles Espinozy dla polskiego ministra cyfryzacji.

Opuściwszy Universidad de Granada, perłę Andaluzji, narośl na ruinach Madrasy ostatnich Nasrydów, Leon harował za trzy euro na krzyż na szerokiej plaży La Caleta w Kadyksie, w oparciu o ulotne obietnice niesięgające dnia następnego. Każdy wschód słońca nad Calle de la Rosa odnawiał amorficzne kontrakty Leona z pracodawcami, każdy powiew sirocco znad San Sebastian je zawieszał. Dla złagodzenia kosztów amortyzacji sił własnych, ubogi ekonomentra zamieszkał z matką w zachodnim krańcu miasta i nie zawsze starczało na tostadę z czerwonej fasoli, zwanej potocznie fasolą czarną.

Tak być nie musiało. Na krótko przed przyznaniem Maquarelowi upragnionego doktoratu, coordinador programa de doctorado, bystra choć sędziwa María Ángeles Álava Martínez de Contrasta, uczona ewaluatorka efektywnosci wszelkich publicznych przedsięwzięć, wydatków i budżetowych zamierzeń, najwybitniejszy umysł hiszpański w dziedzinie oceny tego, co w urzędach publicznych działa, a co nie, autorka słynnej, drugiej zasady biurokratyzmu: Si algo funciona, lo hace sin la necesidad, si se necesita algo, no funciona, co znaczy: “Jeśli coś działa, czyni to bez potrzeby, jeśli coś jest potrzebne, nie działa”, rozmówiła się z Leonem na osobności, czego w hiszpańskim kształceniu wyższym na ogół się nie praktykuje:
-- Leonie, posiadłeś całą wiedzę Nasrydów, a także wszystko co wydobyła z żydowskich conversos i islamskich moriscos Święta Inkwizycja, a co potem bez potrzeby skomplikowali subsydiowani z funduszy spójności uczeni Andaluzji.  Pora byś dowiedział się najważniejszego: uniwersytety hiszpańskie są równie bezużyteczne jak uniwersytety włoskie i francuskie. Wiedz, że mówię to z przykrością, ale wiedz też, że nie to jest najgorsze. Czasy wiedzy pozbawionej zastosowań dobiegły końca.  Tym się  róźnisz ode mnie i od Sokratesa, Leonie, że choć wiesz merda, nie zarobisz na tym ani grosza, ani nie zdobędziesz sławy.
-- Profesor de Contrasta, pragnę jak najszybciej stawić czoła przyszłości, jakakolwiek ona jest, nie chciałbym jednak wychodzić, zanim nie skończy pani mówić.
-- Wedle moich analiz numerycznych, w naszym kraju została tylko jedna stała praca na pełnym etacie. Zwracam ci uwagę, że chociaż jesteś spokrewniony w linii prostej z Majmonidesem i Torquemadą, jesteś urodziwy.  
-- Nie można być spokrewnionym i z Majmonidesem, i z Torquemandą. 
-- Można, Leonie, ale w istocie, wynikają z tego nieszczęścia takie, jakie spotkały twoich przodków. Ty nie kieruj się ani żądzą wiedzy wszechogarniającej, ani żądzą oczyszczenia się z podejrzeń, że jesteś kim jesteś.   Udaj się więc na salony mojej przyrodniej siostry, Sonsoles Espinozy, żony premiera, i sprzedaj swoje ciało póki jest coś warte. Umiejętność tańca bez pamięci masz we krwi.
-- Wolę do końca życia pilnować parkinkgu we wschodnim Kadyksie
.
Bystra choć skłonna do gniewu María Ángeles Álava Martínez de Contrasta pokryła się potem, z którego wytrąciły się  polimorficzne aragonity, co zdradzało skład chemiczny i nieandaluzyjskie pochodzenie uczonej:
-- Nie posyłam cię do Madrytu, Leonie, wyłącznie po to byś się tańczył dla Sonsoles Espinozy, choć nie byłbyś w tym ani pierwszym, ani ostatnim, ale dla wypełnienia woli przodków i ratowania Hiszpanii przed ostateczną zapaścią.
-- Ojca nie znałem, a moja matka nigdy nie dbała ani o mnie, ani o Hiszpanię. 
-- Oboje twoi rodzice pochodzą z Pirenejów Zachodnich. Urodzili się w czasie gdy chroniło się tam wielu hiszpańskich anarchistów, włoskich syndykalistów, polskich trockistów, słynna terrorystka Kropotkina, znana latawica Motylak, sędziwi Chasydzi i młodzi adepci paryskich szkół rabinistycznych, chroniący się w górach przed generałem Franco i reżimem Vichy.
-- Skąd to pani wiadomo, profesor de Contrasta?
-- Byłam tam i nie moge wykluczyć, że nie jestem twoją babką. 
-- Była pani anarchistką?
-- Anarchosydykaliską nie pragnącą niczego poza jakąś permanencją w rewolucji, ale w cygańskim szałasie, pod ostrzałem z powietrza, nawet bogobojni rabini tracili wiarę. Zapewne chcesz poznać szczegóły, Leonie?
-- Z jakich przesłanek pochodzi ta konfkluzja, profesor de Contrasta? Od czego zależy gospodarcze ocalenie Hiszpanów? Czyż nie od elastycznych rynków pracy, na których studiowaniu strawiłem młodość?
-- Są już tak elastyczne jak pustynne piaski w Almerii. 
-- Od czego więc? Robimy przecież wszystko, co nam każą. 
-- Nie unoś się i nie złość gdy usłyszysz prawdziwą odpowiedź, której nie znajdziesz w podręcznikach ekonomii i ekonometrii. Nasza przyszłość zależy od odzyskania łaski Żydów, których wyklęła Izabela i Ferdynand, i którzy potem na wieki przeklęli Hiszpanię.
-- Jestem ekonometrą, a nie mistykiem.
-- Nie unikniesz wypełnienia woli przodków.
-- Jeśli byli nimi  Majmonides i Torquemada, arachosyndykaliści i sewillscy artyści flamenco, nie istnieje wola, która jest im wspólna.
-- Istnieje, Reitzenstein Maquarel, i na imię jej Iszaphanim. 

 Dumny ekonometra z rana był szoferem, wieczorem parkingowym, a nocą podawał do stołu w sennej tawernie “La Juderia”, która brudnym zapleczem sięgała morskich fal. Pewnego ranka, kiedy wiatr przywiał z Maroko zapach aragonitów zwiastujących narodziny nowej perły, Leon zastał w domu matkę martwą: zginęła podczas wykonywania prac ogrodowych na znacznej wysokości, którą tamtejsza winorośl nieuchronnie osiąga. Nie mając z czego żyć, Leon przywdział najlepsze buty, koszulę ze stójką, zapakował listy referencyjne de Contrasty i zdał się na łaskę żony pierwszego ministra, Sonsoles Espinoza:
-- Czy to prawda, seniora, że jest u pani ostatnia w Hiszpanii stała praca na pełnym etacie?
-- Ostatniej pracy na pełnym etacie spodziewamy się gdy Unia Europejska przyjmie nowy kraj członkowski.
-- Czy ktoś się jeszcze o to stara?
-- Turcja, która kiedyś okazała się dla twoich przodków bardzo gościnna. To jednak potrwa, Leonie i tymczasem będziesz pracować w Polsce.
-- Co będę robić?
-- Będziesz zabiegał o wprowadzenie ruchu bezwizowego dla naszych przodków, tak by Hiszpania  na powrót stała się Ziemią Obiecaną.
-- Moi przodkowie nie żyją, seniora.
-- María Ángeles Álava Martínez de Contrasta nie powiedziała ci wszystkiego.
-- Nie martwi mnie to. 
-- Była nie tylko anarchosydykalistką, ale i kabalistką. Stała się nią pod wpływem pewnego mędrca, który dla ratowania życia zgolił brodę i przywdział cygańską kamizelkę typu bolero. 
-- Kamizelki bolero kryją kobiece piersi i ramiona.
-- Nie powiedziałam, że zaszła w ciążę, lecz że została kabalistką. Z analiz gematrycznych de Contrastay wynika, że Europa, nie mogąc osiągnąć jednolitej polityki fiskalnej, stanie się jednością duchową.  Nie znajdując nowych krajów członkowskich, pragnąc jednak ekspansji i dalszego zróżnicowania,  integracja europejska posunie się do ostateczności. Wiele krajów zapragnie pośpiesznie oczyścić się z błędów i zadośćuczynić za dawne zbrodnie. Twoje zadanie polegać będzie na tym, by twoi przodkowie, zorientowawszy się, że znów są potrzebni, wybrali Hiszpanię, zamiast na przykład Estonię, która jako kraj najbardziej bezbożny, jest naszym głównym konkurentem.
-- Czy moi przodkowie są aż tak nierozsądni by trzeba ich było przekonywać jak piękna jest Hiszpania?
-- Twoi przodkowie nie potrzebują słońca, ale powodów by żyć. Umarłych nie można do niczego przekonywać, ani przekupić, można ich tylko zanudzić na życie. Twoi przodkowie muszą odbyć odwrotną peregrynację: wrócić do Polski i na nowo pokochać ten kraj, a potem go opuścić z powodu zachodzącej tam na masową skalę cyfryzacji przesądów i biurokracji, nadmiaru poprawności politycznej, rasowego zróżnicowania i tolerancji.
-- Seniora raczysz sobie ze mnie żartować. Kto z kim miałby się w Polsce rasowo róźnić? Czy nie mógłbym zająć się czymś, co jest bliższe moim kwalifikacjom?
-- Ja napiję się wina, a ty tańcz cante chico. 

C.d.n

 

 

Zdjęcie:

http://www.prweb.com/releases/2005/05/prweb239269.htm


01:13, balsamlomzynski
Link Komentarze (90) »
środa, 08 lutego 2012



 

Fryzjer lubelski ma się tak do cyrulika sewilskiego jak Rydzyk do Michnika: robią to samo, ale z różnym skutkiem.

      


Marek Wieczorek, wizażysta lubelski o orientacji damskiej, miał duszę fryzjera, pomyślunek handlowy i typowe dla ponowoczesnych intelektualistów wybiórcze zainteresowania naukowe. W dni powszednie, fryzjerstwo, szczególnie młode i jędrne, było naturalnym ujściem dla jego poleskiej drażliwości, a jeśli w piątki wieczór nadal czuł się niespełniony, napinał się zaocznie i robił kolejny fakultet w którejś z okolicznych szkół na wpół wyższych, renomą sięgających Biłgoraja, Siemiatycz, a na wschód jednakowoż już tylko Horodyszczy. Uczył się angielskiego ze słynnym biłgorajskim akcentem, turystyki zamorskiej, zarządzania nocą i planowania dnia, a we wszystkich tych dziedzinach przewyższał środowisko, wokół którego się obracał, i które przystrzygiwał.

-- Zrobi mi pan trwałą, panie Wieczorek, niech pan spojrzy jak ja wyglądam.
-- Nie mówi się już trwała, mówi się forma.
-- Chcę włosów kręconych. Cała jestem piękna i  niebawem dosięgną mnie pokusy władzy, którym chyba nie będę się opierać, jak pan myśli, panie Wieczorek? Ale włosy mam proste i trudne w obsłudze.
-- Wiele kobiet o włosach prostych pragnie włosów kręconych, a wiele kobiet o włosach kręconych chce włosów prostych. Tak naprawdę te kobiety po prostu pragną zmiany.
-- Jaki pan manadżersko doświadczony, panie Wieczorek.
-- Twarz pani jest w kształcie kwadratu, ma pani charakterystyczne niskie i szerokie czoło o poziomo i prostoliniowo ukształtowanej nasadzie włosów. 
-- A moja słynna reszta?
-- Brwi tworzą linie poziome bez łukowatych wygięć. Policzki i łuki jarzmowe są wystające, czym wzmagają wyrażenie płaskiej twarzy. 
-- Co to oznacza?
--  Loki spiralne, skręt włosa i kontrast muszą w pani przypadku zwiększyć długość od góry i zwęzić policzki.
-- Jaki pan jest wszechstronny.

-- Pani włosy będą jak donica pełna kwiatów.



Jeśli kobieta jest piękna, pragnie mądrości; jeśli nie jest piękna, pragnie urody, nie doktoratu. Jeśli ma urodę i doktorat, ma dość kochanków i pragnie fryzjera. Uroda Joanny Muchy, pomysłodawczyni wprowadzenia rachunku ekonomicznego do kwestii życia i śmierci, zaprowadziła ją w końcu na szczyty. Na wieść o tym, Wieczorek za dnia strzygł, a nocą płakał.

-- Cyruliczku.
-- Ministro.
-- Jadę do Warszawy na zawsze, na najwyższy szczebel.
-- Nic nie jest na zawsze, czyż Sobieski nie jeździ codziennie?
-- Bez twojej delikatnej ręki.
-- Bez twoich miękkich włosów.
-- Jedź ze mną.
-- Jestem zwykłym fryzjerem
-- Bez włosów, sprawować władzę łyso. Pojedź ze mną, zestarzejemy się razem, a jak nasze leczenie nie będzie się opłacać, razem skoczymy do rzeki.
-- Nie mogę.
-- Dlaczego?
-- Nie mam kwalifikacji.
-- Wystarczy rozpacz, rzeka na kwalifikacje nie zważa.
-- Chodzi o zarządzanie ośrodkiem sportu.
-- Ja będę nędznie płacić.
-- W branży pomyślą, żem żigolak.
-- Twoja branża składa się wyłącznie z fajfusów, cyruliku.
-- Wykryją nas i wyśmieją.
--  Pomysł, iż zatrudniłam cię ze względu na korzystanie z twoich usług fryzjerskich jest najbardziej abstrakcyjnym, jaki kiedykolwiek słyszałam podczas mojego politycznego życia*.
-- Jest tylko jeden sposób w jaki mogę zostać z tobą.
-- Jako kochanek?
-- Jako e-fryzjer.
-- Słusznie chcesz się wpisać w cyfrowe majaki mojego rządu. A jak robi to e-fryzjer?
-- Zaczyna od pilotażu, gdzieś gdzie nie widać, najlepiej za uszami.
-- Czysto europejska implementacja programu, bez sensu, drogo, ale przynajmniej poprzez małe e-kroki. Co zapilotujemy najpierw cyruliku?
-- E nierząd.


* Cytat dosłowny.

 

Zdjęcie: http://www.youtube.com/watch?v=F3B0xEUegpM

20:38, balsamlomzynski
Link Komentarze (480) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
Blogi Polityczne
Najlepsze Blogi Polityczne

Korespondenci:

Jota-40
Marzencic
Miaukota
Tetryk56
Anumlik
Ob.Ciach
Adomi6319
Jar